niedziela, 31 maja 2020

Nowa rzeczywistość

Trochę mnie tu nie było. Przez to całe e-nauczanie musiałam sobie na nowo zorganizować... no w zasadzie wszystko, od własnej głowy zaczynając.

Mówiąc szczerze, patrzę teraz na ekran komputera i nie za bardzo wiem, co napisać.



Wracałam do Bielska pełna rozgoryczenia i poczucia bezsilności. Przede wszystkim dlatego, że powrót tutaj miał łączyć się z praktykami w szpitalu, których jednak nie będzie.
Studia zmusiły mnie do usamodzielnienia się, a co za tym idzie, w jakiś sposób zorganizowania sobie życia, czasu. Dla mnie był to naturalny proces, mentalnie przygotowywałam się do niego od dziecka. Czas na zajęcie się mieszkaniem, gotowaniem, czas na uczenie się, wszystko miałam mniej więcej poukładane. Nie sądziłam, że powrót do domu i pozostanie odpowiedzialną osobą nie jest już takie proste. Czuję się tak, jakbym wróciła do liceum, mentalnie i organizacyjnie.


Gdy wracałam w marcu do domu, miałam do spakowania naprawdę dużo, a walizkę miałam niewielką. Nie wiedziałam na jak długo jadę (zakładałam pierwotnie 3 tygodnie...), ale zbliżały mi się zaliczenia, dlatego wiedziałam, że muszę wziąć moje notatki i książki. Wyszło mi pół mojej małej walizki... Poza tym musiałam wziąć część kosmetyków, których nie mam w domu oraz jedzenie, które może się przeterminować (zgadnijcie, kto zrobił kilka dni wcześniej zakupy...). Koniec końców, z ubrań, które się zmieściły, były dwa T-shirty, jedne getry i to, co miałam na sobie. Na szczęście miałam w domu kilka starszych rzeczy, które zostawiłam "na wszelki wypadek". Wstyd się w nich ludziom pokazać, ale są. Dwa miesiące chodziłam w getrach i tym jednym, znalezionym w szafie dresie. Wielkanoc spędziłam w zwykłych jeansach, choć zazwyczaj przynajmniej pierwszy dzień świąt spędzamy ubrani troszkę ładniej niż zwykle.



Gdy dowiedziałam się, że zajęcia stacjonarne na WUM-ie zawieszone zostają do 30 września, a praktyk w szpitalu nie będzie, nie było wesoło. Miałam fatalny humor, byłam zdenerwowana, miałam ochotę się popłakać, bo to właśnie na praktyki czekałam cały rok, były one moją motywacją do nauki. Zdecydowanie można określić moje ówczesne zachowanie i stan psychiczny jako "bez kija nie podchodź".


Parę dni później pojechałam do Warszawy, aby przewieźć 3/4 moich rzeczy z powrotem do Bielska. Jedyne pociągi, jadące wtedy do Warszawy, jechały 4-5 godzin. Obowiązkowo maseczki (to, w jaki sposób je niektórzy nosili to zupełnie inna historia), przez co pierwszy raz w pociągu odezwała się moja choroba lokomocyjna. Sensacji nie było, ale chwilkę musiałam sobie pooddychać bez niej. Nikt mi uwagi nie zwrócił, ale ja czułam się dziwnie, jakbym popełniała największe przestępstwo. Coś, co mi się podobało, to jedna osoba na dwa miejsca w pociągu :D Nie lubię siedzieć obok obcych, kto lubi?


Na pakowanie zszedł mi cały dzień, od 10 do 20:30. Mały metraż mojej dziupli nie pomagał. Potykałam się przynajmniej 3 razy na godzinę. Następnego dnia zrobiłam 6 rundek po schodach z 4 piętra znosząc moje torby i pudełka, aby potem radośnie, mimo trzęsących się ze zmęczenia nóg, zapakować się do samochodu cioci, która mnie odwiozła do domu. Równie radośnie wyjęłam po przyjeździe INNY dresik. Jak mało czasami do szczęścia potrzeba.


Wyobraźcie sobie moje zdezorientowanie, gdy jeszcze tego samego dnia usłyszałam, że jest opcja powrotu na dwa tygodnie do Centrum Symulacji. Na razie nic o tym nie wiadomo, sprawa ucichła, a praktyki są prowadzone on-line, ale w tamtym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przeprowadziłam się z powrotem na południe, po to by usłyszeć, że jednak mam wracać do stolicy?! Pozłościłam się trochę i mi przeszło, ale dalej mam fazę buntu "teraz to już nie chcę". Jestem po prostu zmęczona tymi ciągłymi zmianami.

Trochę się boję, o to, co będzie dalej. Rok akademicki skończy mi się za miesiąc (udało nam się przyspieszyć sesję), mam 3 miesiące wolnego. Chyba powinnam się cieszyć. Ostatnie, zupełnie luźne wakacje. A potem, miejmy nadzieję, powrót na uczelnię. Wierzę, że uczelnia nie wypuści mnie w świat, jeżeli będę niedouczona i brakować mi będzie umiejętności. Jednak gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że gdyby nie pandemia, to czułabym się zupełnie inaczej, pewniej jako prawie położna. Liczę na to, że ta myśl szybko zniknie. :)


PS Blogger został zaktualizowany i nie dość, że nie mogę znaleźć emotikonek, to jeszcze gubię się w zwykłej organizacji postu :|