Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evie prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evie prywatnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lutego 2022

Ostatni semestr na horyzoncie

Czas płynie nieubłaganie szybko. Zanim się obejrzałam, minął cały zimowy semestr i mamy ferie. 
Oswoiłam się już z myślą, że moje studia licencjackie dobiegają końca, znalazłam pacjentkę i zdecydowałam się na temat pracy licencjackiej. Jestem nawet w trakcie jej pisania. Ciągle jednak nie dociera do mnie, że za 6 miesięcy będę już dyplomowaną położną. To ciągle brzmi surrealistycznie, a ja nie czuję się na to gotowa. 

Trzeci rok jest dla mnie zupełnie inny. Zajęć akademickich mamy dużo mniej, przez co znalazłam czas na aktywności typu praca czy zajęcia taneczne, za którymi bardzo tęskniłam. Z drugiej strony wisi nade mną widmo praktyk indywidualnych, które należy zaliczyć bodajże do maja. Ja do tej pory zaliczoną mam już salę porodową, anestezjologię oraz kończę najdłuższą ginekologię. Została mi psychiatria i POZ, które załatwię początkiem letniego semestru. Wszystko pod kontrolą, choć mam nadzieję, że do końca marca wyrobię wszystkie godziny i będę się mogła skupić na pisaniu pracy, nauce do największej sesji na studiach i do dyplomu.

Choć mam dużo wolnego czasu od uczelni, to potrzebowałam świąt i wolnego, tak samo teraz potrzebuję ferii. Dwa tygodnie poprzedzające święta męczyłam  się z przeziębieniem (a jak wszyscy wiedzą, na WUM nie można chorować, bo odrabianie zajęć jest wyjątkowo trudne, o ile w ogóle możliwe), a co za tym idzie, miałam coraz mniej motywacji i siły do interesowania się uczelnianymi sprawami, wliczając w to pisanie pracy licencjackiej, wyszukiwanie artykułów, czytanie książek z interesującej mnie dziedziny. Plan był taki, by w nowym roku wrócić pełna energii i zapału, po czym skończyć studia w terminie. Na razie jego realizacja przebiega pomyślnie, choć przed feriami znowu zaczęło mnie zbierać na chorobę. Pandemiczne czasy sprawiają, że za każdym razem, gdy się gorzej czuję, kaszlę i smarkam, to robię sobie test antygenowy na COVID 19. Na razie wszystkie negatywne! 😁 Jeszcze trochę i będę te testy robić delikatnie i bezboleśnie...
10 dni ferii spędzam u rodziców, aby nabrać energii i motywacji na ostatni, najintensywniejszy semestr. Plan na te 10 dni? Dużo snu, narty, gry planszowe, czytanie rekreacyjne i niestety pisanie pracy licencjackiej.

W grudniu uderzyła mnie myśl, że po raz ostatni miałam w czasie świąt w  pełni wolne. Będąc młodą położną, pracującą w szpitalu, trzeba się liczyć z tym, że w święta dostaje się dyżur, lub nawet dyżury. Później prawdopodobieństwo trzech wolnych dni również jest naprawdę małe :/  Jak nie mam problemu z tym, by pracować w sylwestra, Święta Wielkanocne, majówkę, weekendy, to jednak święta Bożego Narodzenie lubię najbardziej i chyba dyżury w tym czasie to jeden z największych minusów tej pracy.  

Przy okazji, pochwalę się! Od połowy stycznia mam wyrobioną wymaganą ilość porodów do dyplomu! Na WUM są dwie opcje, albo 40 przyjętych porodów, albo 30 przyjętych porodów i 20 asyst. Ja wybrałam drugą opcję, bo uznałam, że będzie mi to łatwiej uzbierać. Asystą możemy nazwać nie tylko asystowanie położnej przy porodzie, ale również opiekę nad pacjentką przez większą część dyżuru, poród zakończony vacuum, kleszczami lub cięciem cesarskim. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego tak mało osób wybiera tę opcję, mnie się opłaciła, na ostatnie dyżury chodziłam dużo spokojniejsza i nie musiałam się starać o wolontariat.
Dziwnie mi z myślą, że skończyłam swoje studenckie czasy na sali porodowej (chyba, że będę tam zdawać dyplom). Im bliżej dyplomu, tym bardziej jestem świadoma ile mam braków, ile jeszcze muszę się nauczyć. Szkoda, że nie mamy więcej zajęć praktycznych albo stażu po studiach. 







wtorek, 16 marca 2021

Awersja względem komputera

Jak zwykle napisałam coś i nie pamiętałam, by sprawdzić i opublikować…

Potrzebowałam tych (odległych już) ferii. Przez niezaliczoną anatomię nie odpoczęłam w czasie wakacji, a przynajmniej nie psychicznie.

Zdalne nauczanie było dla mnie męczące w tak dużym stopniu, że nie mogłam nawet patrzeć na komputer, a sama myśl o tym, że muszę go uruchomić podczas ferii, napawała mnie odrazą i zniesmaczeniem (mimo że nie używałam go wtedy do nauki). W sumie wiele się nie zmieniło, dalej otwieram go w ostateczności. Po tym roku laptop kojarzy mi się jedynie z obowiązkami i nauką. Do tej pory, w podróży zawsze sobie coś oglądałam, jakoś musiałam sobie zająć te 3-5 godzin jazdy. Nie wymaga to ode mnie większego zaangażowania umysłowego, uważałam oglądanie za odprężające zajęcie. Obecnie komputer jedzie sobie grzecznie w walizce, a ja spędzam czas czytając lub po prostu patrząc w okno. Wszystko, byle nie patrzeć w ekran. Wolę nawet nie myśleć, jak bardzo pogorszył się mój wzrok. Chyba powinnam ponownie zacząć nosić okulary (mam naprawdę minimalną wadę, -0,5), a może nawet powinnam się wybrać do okulisty na kontrolę? Chyba wszyscy powinniśmy o tym pomyśleć.

Na szczęście 4 semestr jest głównie stacjonarny, zajęcia odbywają się w szpitalach. Realizowane tam przedmioty to PiOP, na oddziale patologii ciąży, TPiPP na bloku porodowym, chirurgia, choroby wewnętrzne na oddziale internistycznym, pediatria, neonatologia. Poza tym mamy kilka zajęć na Teamsie lub stacjonarnie. Są nimi angielski, diagnostyka medyczna, ćwiczenia z farmakologii oraz wf.

W tym semestrze zostałyśmy podzielone na mniejsze grupki, nazwane a-f, po 3-4 osoby. W tych grupkach wchodzimy na dyżur. Tyle dobrego z wirusa, gdyby nas było więcej, to dużo bardziej byśmy się nudziły, mniej procedur każda z nas by wykonała. Ta mała ilość osób na dyżurze powinna już zostać na stałe, bo naprawdę dobrze się tak pracuje.

Jestem już po pierwszym oddziale, w moim wypadku patologii ciąży, ale tak bardzo mi się tam podobało, że należy się temu osobny wpis.

wtorek, 2 lutego 2021

O tym, jak sylwester mnie ominął i o oddziale położniczym

Tak jak pisałam Wam poprzednio, zapisywanie się na dyżury mentoringowe wygląda na zasadzie dopisywania się na dyżury konkretnych położnych. Pod koniec grudnia dostałyśmy grafik styczniowy. 

W szpitalu, do którego przypisana jest moja grupa, na oddział położniczy możemy przychodzić tylko na dzienne dyżury. Dlatego trudniej jest się dopasować. W drugiej połowie miesiąca czekały nas jeszcze zaliczenia, więc każdemu zależało, by do szpitala pójść początkiem stycznia. W tym mnie.
Z 23 terminów zdecydowałam się wybrać wszystkie, gdy nie muszę za bardzo kombinować z przesuwaniem zajęć, czyli 13 dyżurów. Wpisałam nawet 1 stycznia.

Gdy dostałyśmy od naszej starościny uzupełniony grafik, okazało się, że dostałam 3 dyżury z mojego drugiego wyboru. W tym 1.01.2021. Gdybym tego dnia nie podała, nie wiem, czy miałabym dyżury u tej samej położnej (co jest lepsze i co jest naszym priorytetem podczas ustawiania dyżurów), czy dzielone. Dlatego podałam wszystko, co możliwe, licząc się z konsekwencjami. Poza mną, tylko dwie dziewczyny podały dyspozycyjność tego dnia, obie mają po 3 dyżury u innych położnych, więc na tym konkretnym dyżurze byłam jedyną studentką na oddziale. Więcej dla mnie do zrobienia, nauczenia się i wpisania do książeczki! Z drugiej strony nie ma z kim poplotkować i ponarzekać. Ale nie nudziłam się!

Nie miałam planów na Sylwestra. Szczerze mówiąc, to nie mam ich od kilku lat, więc COVID mi nic nie pokrzyżował. Od liceum obracałam się w towarzystwie, gdzie Sylwestra spędza się z „poprzednią ekipą” (trzeba jeszcze taką mieć). Planowaliśmy z rodzicami wieczór gier i filmów. Trochę mi smutno, że mnie to ominęło. Uwielbiam grać w planszówki, ruszyć szare komórki inaczej niż podczas nauki.
Odkąd wybrałam położnictwo, to śmiałam się, że branie sylwestrowych dyżurów nie będzie dla mnie w przyszłości w pracy problemem. Nie spodziewałam się, że zacznę już jako student. Jakoś, gdy podawałam datę 1.01, nie dotarło do mnie, że w sylwestra muszę wsiąść w pociąg i wrócić do Warszawy, a po dotarciu na miejsce pójść spać, by wstać o 5 rano. A co najgorsze, znowu musiałam zostawić mojego kotka w innym mieście!

Dzień na oddziale był spokojny, ponieważ to świąteczny dzień, bez planowych cięć cesarskich, badań, które można odłożyć na następny dzień. Przystawiałam maluszki do piersi, pomagałam je ubierać i przewijać, ważyłam je, przygotowywałam i roznosiłam leki, wykonałam kilka zastrzyków przeciwzakrzepowych (czyli iniekcję podskórną, zazwyczaj w brzuch, ale można również np. w ramię), podłączałam kroplówki i pobierałam krew.

Drugi dyżur trafił mi się we wtorek, zwykły dzień, więc pracy było dużo więcej, ale byłam z tego powodu zadowolona. Ile ja się tego dnia dzieci nanosiłam i naubierałam! Gdy pacjentka przyjeżdża na oddział położniczy po cięciu, do nas należy ubranie noworodka i przystawienie do piersi. Jedna z pacjentek (której pomagałam w „uruchomieniu” po cięciu) miała kochane dziecko-przylepę. Co próbowałam odłożyć małego do wózeczka, by mama mogła się przespać, odpocząć, to chłopczyk się budził i zaczynał płakać. Uspokajał się tylko na rękach, przytulony. Gdy mama wyszła na chwilę do łazienki, to oczywiście mały człowiek protestował, ale bardzo szybko się uspokoił, gdy zamiast zostawić w wózeczku, wzięłam go na ręce. Mama nie będzie miała z nim łatwo. Z jakiegoś powodu był to do tej pory mój ulubiony pacjent. Zapamiętam go na długo.
Tego dnia nowością dla mnie było wykonanie zastrzyku domięśniowego (zakończonego sukcesem i bardzo miłym komentarzem pacjentki) i badanie słuchu dzieciom. Badanie to nie jest trudne do wykonania, gdy są zachowane odpowiednie warunki (cisza na sali i spokojne dziecko). Specjalną końcówkę wkłada się do kanału słuchowego dziecka, a urządzenie od WOŚP robi resztę. Czasami badanie wychodzi nieprawidłowe, ale nie oznacza to od razu, że dziecko ma zaburzenia słuchu, możliwe, że w uszku znajduje się jeszcze maź płodowa, która zaburza wynik. Powtarza się wtedy badanie następnego dnia lub dwa dni później.

Trzeci dyżur, choć w niedzielę, też był pracowity. Zmieniałam chyba milion kroplówek, podawałam zastrzyki przeciwzakrzepowe, wykąpałam czworo dzieci (trójka płakała jakbym je co najmniej ze skóry obdzierała, a jedno okazało się miłośnikiem kąpieli), mierzyłam słuch dzieciom stresując się przy tym niemiłosiernie, ponieważ dopiero w czwartej, czy piątej sali wynik był prawidłowy. Położna po mnie sprawdziła i okazało się, że nie popełniłam błędu, dzieci zostały skierowane na dalsze badania. Nowością był zastrzyk domięśniowy, profilaktyka, gdy mama ma ujemny czynnik Rh, a dziecko dodatni. Oczywiście pomagałam w przystawianiu do piersi (idzie mi to coraz lepiej!), przewijaniu, ubieraniu.

Moja siostra mnie wyśmiała i stwierdziła, że nadaję się na położną, gdy radośnie opisałam jej sytuację, gdy widziałam oddanie pierwszej smółki dziecka. „Skoro ty się kupą fascynujesz, to dobrą położną będziesz”. Kryteria ma dziwne, ale komplement przyjmę…

Aby ostatecznie móc wypisać dziecko, potrzebny jest prawidłowy pomiar saturacji (powyżej 96%). Jeszcze nie spotkałam się z dziećmi, które tę saturację miałyby nieprawidłową, ale aparat co chwilę tak pokazuje, ponieważ stópki dziecka są zimne. Wskazówka ode mnie → stopa w skarpetkę i pocieramy (dosyć porządnie) minutkę lub dwie, jeśli to nic nie daje, prosimy mamę, by robiła to samo, a my wracamy za kilkanaście minut. Do tej pory niezawodny sposób.

Tego dnia miałyśmy dużo wypisów, a było naprawdę bardzo zimno, więc wszystkie dzieci, które odprowadzałyśmy do wyjścia musiały być poubierane na cebulkę i wyglądały jak małe, puchate bałwanki. Zapinając je w fotelikach ciężko było określić, jak mocno zacisnąć pasy na tej ilości ubranek, ale zawsze sobie jednak radziłyśmy. Ja sama chyba trzy pacjentki odprowadziłam. Od rodziców pewnych kochanych bliźniaków dostałyśmy nawet torcik na pożegnanie. Było nam miło i niezręcznie jednocześnie. Zwykłe „dziękuję” naprawdę wystarczy, wykonujemy w końcu tylko naszą pracę. Torcik był pyszny, ale przez takie prezenty położne tyją!

sobota, 19 grudnia 2020

Ulubiony serial? "Call The midwife"!

Ostatnio natknęłam się w Internecie ma mema o ulubionym serialu. Pierwsze, co wtedy wpadło do mojej głowy, to było właśnie "Call the midwife" ("Zawołajcie położną"). Zdziwiłam tym samą siebie, ponieważ przez bardzo długi czas moim ulubionym serialem było "Grey's Anatomy" ("Chirurdzy"). 

Podczas wakacji przed pierwszym rokiem, oglądnęłam 8 dostępnych wówczas sezonów i przepadłam. Z każdym odcinkiem coraz bardziej czułam, że położnictwo to to, co chcę robić w życiu.
Historia serialu odbywa się w angielskim miasteczku Poplar, w latach 50 i 60.  Pierwsze 3 sezony były luźno oparte na książce Jennifer Worth "Z pamiętnika położnej" (którą również mam ochotę przeczytać, ale nie mogę jej znaleźć po polsku).
Początkowo główną bohaterką jest Jenny, trzy inne położne oraz siostry zakonne, które również pracują jako położne. Obserwujemy ich prywatne perypetie, wzloty, upadki.
Serial uwzględnia wiele wydarzeń i innowacji w dziedzinie medycyny, które naprawdę miały miejsce. Mam na myśli na przykład zakazanie używania Talidomidu, wprowadzanie obowiązkowych szczepionek, stopniowe przenoszenie się porodów z domów do szpitali, wprowadzenie w obieg pierwszych tabletek antykoncepcyjnych, niebywale niebezpieczne i liczne problemy związane z praktykowaniem nielegalnej aborcji. Poruszane zostają również problemy społeczne, np. alkoholizm, niepełnosprawność umysłowa, rasizm.

Muszę przyznać, że nie raz (prawdę mówiąc, bardzo często) zdarzyło mi się wzruszyć podczas oglądania. Na prawie każdy poród reaguję tak, jak studentki położnictwa zazwyczaj reagują na pierwsze porody zobaczone na żywo. 

Dodatkowym atutem serialu są stroje! Lata 50 to moda dla mnie. Próbuję sobie "przemycać" do własnej garderoby elementy pasujące właśnie to tamtych czasów. Rozkloszowane spódnice i sukienki są moimi ulubionymi elementami. W latach 60 przestałam się odnajdywać, ta moda zawsze była dla mnie troszkę zbyt ekstrawagancka. Lubię czasami sobie wrócić do pierwszych sezonów i popatrzeć na sukienki Trixie, czy Jenny. Są śliczne.

Ścieżka dźwiękowa też jest cudowna. Youtube już mi sam proponuje powrót do odsłuchania jej.

Serial ma obecnie 9 sezonów, kręcony jest następny (mimo pandemii, świąteczny odcinek powstał zgodnie z planem!). Mam nadzieję, że serial będzie emitowany jeszcze długo. Z powodu nawału nauki i zajęć (i tego, że święta się zbliżają), odłożyłam sobie część odcinków na później. Zazwyczaj włączam sobie odcinek, gdy jest mi źle i mam wrażenie, że cały świat jest przeciwko mnie. Przypominam sobie wtedy dlaczego studiuję, co studiuję, znajduję jakieś nieodkryte pokłady motywacji do dalszej pracy i nauki mniej lub bardziej przyjemnych przedmiotów.

Całym położniczym serduszkiem polecam ten serial wszystkim, a przede wszystkim tym, którzy studiują, lub planują studiować medyczny kierunek. 

Wesołych Świąt!

wtorek, 10 listopada 2020

Światełko w tunelu

Każdy wpis mam ochotę zacząć hasłem "Co za rok...". Oby ta pandemia się skończyła w najbliższym czasie (choć nic na to nie wskazuje...), bo moje studiowanie szlag trafi. 

Zdalne nauczanie zdecydowanie nikomu nie służy. Ani nam, studentom, ani prowadzącym. 

Oni wiedzą, że na naszym kierunku praktyka jest bardzo ważna i naprawdę możemy mieć w tym zakresie niedopuszczalne  braki. Wierzę, że wymyślenie jak nam ułatwić naukę on-line oraz prowadzenie zajęć przez komputer, w czasie których jedynie pokazuje się nam fantom, jest trudne i męczące. Tym bardziej, gdy odpowiedzialność za naszą wiedzę niejako leży na barkach nauczycieli. To właśnie nasze kochane Panie położne podsunęły nam pomysł na stworzenie własnych domowych fantomów, by móc jakkolwiek ćwiczyć chwyty i mechanizmy. Po mojego pluszowego lwa musiałam pojechać do Bielska- Białej, bo w Warszawie z pluszaków miałam jedynie macicę i komórkę nerwową... Nijak nie przypominają one noworodka. 

Jak się Wam podoba mój domowy fantom?

My wiemy, że nauka jest ważna i musimy się zebrać w sobie, choć czasy nie sprzyjają, Morale i motywacja 90% naszego roku spadły już tak bardzo, że chyba niżej się nie da. Jesteśmy zmęczone tym, że nie dostajemy informacji, nie mamy co przekazywać grupom. Ile razy można napisać "Nikt nie wie. Próbujemy się dowiedzieć. Nikt nam nie odpowiada. Naprawdę próbujemy poruszyć niebo i ziemię, by zdobyć jakiekolwiek informacje"? Ze strony zwykłego studenta dochodzi jeszcze nawał materiałów na platformie e-learningowej, które nie wiadomo kiedy się zamykają i, jak już wspominałam, brak motywacji. Zawieszenie zajęć kontaktowych skutkuje tym, że nie wiemy, czy i kiedy wejdziemy do naszych pracowni, Centrum Symulacji Medycznych i szpitala na zajęcia praktyczne, a do odrobienia mamy jeszcze zaległe godziny z 1. roku. Świadomość, że inne uczelnie nie mają aż takich obostrzeń nie poprawia humorów. Co z nas będą za położne, jeżeli połowę praktyk będziemy robić on-line? 

Bardzo ciężko pozostać optymistą w takich warunkach. Wychodzę jednak z założenia, że skoro w świecie jest równie dużo dobrego, co i złego, to za chwilę po prostu musi się pojawić coś pozytywnego. I tak było.

Po dwóch tygodniach niewiedzy coś ruszyło. W sobotę ze starościnami miałyśmy spotkanie z koordynator zajęć praktycznych, gdzie okazało się, że choć nie wracamy na razie do pracowni, to możemy pójść na wolontariat, na nasze oddziały, zaliczając przy tym zaległe praktyki. Niedługo dostaniemy wyczekane książeczki praktyk, więc oficjalnie wszystko będzie udokumentowane. Wolontariat oczywiście jest dobrowolny. Nikt, kto jeszcze nie chce wchodzić do szpitala, zwiększając ryzyko na zarażenie, nie będzie miał przez to problemów. Ja się zdecydowałam na skorzystanie z takiej możliwości. Trochę mi dziwnie być studentką drugiego roku, która na żywo porodu nie widziała... W najbliższych dniach wysyłam podanie i z podekscytowaniem oczekuję pierwszego dyżuru! 

Obecnie siedzę sobie w pociągu wracając do Warszawy, gdzie, mam nadzieję, moja produktywność wzrośnie. Motywację nową mam, świadomość, że muszę zorganizować sobie czas na ten wolontariat też, więc myślę, że łatwiej mi będzie zebrać się do systematycznej nauki, choćby po to, by udowodnić wszystkim wokół, a przede wszystkim sobie, że dam radę i nie jestem aż takim leniem. 

Trzymajcie kciuki, by mi się udało!

sobota, 17 października 2020

Przeprowadzka, anatomia i inne historie

Gdy wrzuciłam na Instagrama informację o poprzednim poście, obiecałam napisać, dlaczego prawie całe wakacje mnie tutaj nie było. Patrząc na tytuł chyba nietrudno się domyślić. 


W tym roku, niestety, moim priorytetem była nauka do poprawki z anatomii. Jeżeli ktoś przeczytał moje poprzednie posty, to wie, że uważam ten przedmiot za trudny i obszerny, a dokładny zakres materiału obowiązujący położnictwo nie jest mi znany. Poprawkę zdałam, ale dalej tego zakresu nie znam. 

Na szczęście nie byłam jedyną osobą, która nie zdała tego egzaminu, więc miałam do kogo się zwrócić po wsparcie i pomoc z jakimś pytaniem czy tematem, który sprawiał mi problem. Ostatni tydzień przed egzaminem nasz czat przypominał gorącą linię. 

Stresowałam się bardzo, ponieważ było to moje "być, albo nie być" na studiach. Pierwszy rok nie może być powtarzany, trzeba by się logować jeszcze raz, a potem nakłamać, że wcale się już nie studiuje tego kierunku. Ja nie chciałam tak robić, uznałam nielogowanie się za dodatkową motywację. Kolejną motywacją było wynajęte mieszkanie, trochę głupio nie zdać i nie studiować, a płacić za najem...


Długo zastanawiałam się jak się uczyć, z czego? Uznałam, że najpierw przeczytam podręcznik (korzystałam ze Skawiny, wydawnictwo UJ) skupiając się na "wskazówkach do ćwiczeń", następnie przeczytam wszystko, co miałam z wykładów (bardzo ważne!), a później przerobię pytania z poprzednich lat i innych źródeł (chyba najważniejsze). Na szczęście zadziałało.  Chcąc zrobić wszystko, co zaplanowałam na spokojnie, bez dodatkowego stresowania się, dałam sobie 8 tygodni na naukę. Wiedziałam, że nie chcę się uczyć w weekendy ani od rana do nocy, na pewno wypadną mi jakieś małe wyjazdy, goście, dni, z gorszym samopoczuciem. Miałam rację, ale gdyby nie te moje odstępstwa, to spokojnie zamknęłabym się w 3-4 niesamowicie intensywnych tygodniach. 

Gdybyście tylko widzieli jakie pozycje ja przyjmowałam w trakcie nauki... Na początku grzecznie siedziałam przy biurku, ale ile można? Moje stawy zaczęły krzyczeć o zmianę. Po jakimś czasie przeniosłam się na łóżko, a w ostatnim tygodniu przemieszczałam się po całym pokoju, kończąc bardzo często w jakiejś poskręcanej pozycji na macie do ćwiczeń. Co komu pasuje, prawda?

W dniu egzaminu wstałam zestresowana, ale z pozytywnym nastawieniem. Dzień wcześniej dostałyśmy informację, że mamy się nie martwić, bo egzamin będzie "do zdania". I był, pomimo ograniczenia czasowego średnio 42s/1  pytanie. Zakończyłam test i bałam się popatrzeć na wynik, choć czułam, że zdałam. Gdy się w końcu zdecydowałam, okazało się, że wyniki nie wyświetlają się od razu. Dostałyśmy je po południu, a ja w czasie oczekiwania zdążyłam posprzątać, upiec babeczki (wspominałam, że w nerwach piekę jak szalona?) i wylać swoje żale i niepewności siostrze na Messengerze. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, pozytywnym wynikiem. Radośnie mogłam zacząć nazywać się studentką drugiego roku.


Kolejną zajmującą mnie sytuacją była przeprowadzka z Dziupli do mojego nowego mieszkania, kawalerki 💓. To było bardzo przyjemne i wyczekiwane wydarzenie.

Tata mi powiedział, że wyposażenia mam szukać dopiero, gdy zdam anatomię. W sumie nie wiem, czy to był żart, czy nie... chyba nie chcę wiedzieć. Nie powstrzymało mnie to jednak od ciągłego przeglądania stron sklepów typu IKEA, planowania, co mi będzie potrzebne, gdzie co położę. 

Jeden z niewielu plusów wirusa, to więcej mieszkań pustych i do wynajęcia przez dłuższy czas. Rok temu znikały one jak świeże bułeczki już na początku lipca, a tym razem początkiem sierpnia ciągle było ich dużo. Oczywiście miało to związek z tym, że pierwsze listy pojawiały się dopiero w sierpniu, a część uczelni przeszła na całkowite nauczanie zdalne. Dla mnie, osoby, która miała umowę podpisaną do września, była to duża ulga, bo mogłam wynająć drugie mieszkanie później i płacić podwójnie tylko miesiąc. Małe pocieszenie w czasie pandemii, ale zawsze coś. 

Co do mieszkania samemu, uwielbiam to. Owszem, czasami brakuje mi kontaktu z innymi, nie mam z kim porozmawiać, ale potem myślę sobie, że mam kuchnię tylko dla siebie, mogę zostawić brudne naczynia "na później", a one nie będą nikomu zawadzać i od razu mi lepiej. A lekiem na samotność jest telefon i rozmowa z rodzicami czy znajomymi oraz te nieliczne wyjścia na zajęcia stacjonarne. Introwertykowi wystarcza 😁


Studia w systemie hybrydowym są... dziwne. Mają swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że więcej śpię, bo nie tracę czasu na dojazdy. Innym pozytywnym aspektem jest to, że część wykładów lub seminariów mogę przerabiać wieczorem, czy wręcz w nocy, siedząc z herbatą w dresie, pod kocem, robiąc przerwy kiedy mi to pasuje. Zajęcia na Teamsie, te w czasie rzeczywistym, też nie są aż takie złe, jest ich stosunkowo niewiele. Poniżej widzicie jeden z moich tygodni nauki. Dużo ćwiczeń mam przez krótki czas, zmieniają się na inne (dlatego tak bardzo potrzebny jest mi kalendarz).  Niektóre zajęcia mamy stacjonarnie co jakiś czas, by podsumować praktycznie teorię, którą przyswoiłyśmy w sposób zdalny (np. badania fizykalne).



Gdy tylko spotkałyśmy się stacjonarnie na TPiPP i neonatologii, wszystkie promieniałyśmy szczęściem, że nareszcie się widzimy, możemy zrobić coś na fantomach, a nie tylko uczyć się teorii przed komputerem. Myślę, że doceniłyśmy zajęcia kontaktowe jak jeszcze nigdy, a Centrum Symulacji jest wyczekiwane dużo bardziej niż rok temu (moja grupa nie zdążyła tam dotrzeć).

Nie wiemy, kiedy będziemy odrabiać zaległe godziny praktyk, wiemy jedynie, że będziemy. 

Co do minusów to na pewno warto wymienić brak kontaktu z grupą. Zamiast 20, widzę 6 osób raz, dwa razy na tydzień. Dodatkowo, nie do końca wiem, jak to się stało, ale zostałam starostą swojej grupy seminaryjnej, a brak tego kontaktu sprawił, że nie znam całej swojej grupy (dołączyło do nas kilka nowych osób z tej rozwiązanej). Niby nic wielkiego, ale trochę mi z tym dziwnie. 

Minusy wynikające z problemów technicznych pominę w całości, chyba każdy wie jak potrafią utrudnić życie zarówno nam, jak i prowadzącym.

Aktywność na zajęciach on-line jest również utrudniona. Czasami zanim zdążę włączyć mikrofon, to ktoś inny zdąży odpowiedzieć. Najbardziej niezręczne są jednak momenty, gdy nie znamy odpowiedzi na zadane pytanie. Następuje wtedy taka wyczekująca cisza, podczas której prowadzący daje nam czas na ewentualnie włączenie mikrofonu, czego nikt nie robi. Na stacjonarnych jakoś to lepiej wychodzi...


Warszawa w czerwonej strefie zagraża naszym, tak nielicznym, stacjonarnym zajęciom, dlatego trzymajmy wszyscy kciuki, by ćwiczenia (przynajmniej z Technik!) zostały stacjonarne.

wtorek, 1 września 2020

Savoir vivre w mieszkaniu

To jest coś, co powinno oficjalnie istnieć. Serio. 

Spodziewałam się, że mieszkanie z innymi, nieznajomymi ludźmi nie będzie łatwe. Każdy z nas wynosi z domu inne nawyki oraz, jak się okazało, inną definicję czystości. To, czego się nie spodziewałam, to ilość nieprzyjemnych sytuacji, jaka mnie spotkała podczas mieszkania w mojej maleńkiej Dziupli. 

Myślałam, że po miesiącu, dwóch, wypracujemy sobie jakiś sposób na koegzystowanie. Nic bardziej mylnego. Owszem, było lepiej, ale prawdą jest, że część z moich współlokatorów żerowała na tym, że inni nie potrafią żyć w brudzie. Ja nie jestem osobą pedantyczną, podobno bałaganię najbardziej z  całej rodziny, ale to, w jakim stanie zastawałam czasami kuchnię czy łazienkę, odrzucało mnie na wejściu. I choć 19 lat żyłam sobie jak pączek w maśle, bo moim obowiązkiem w domu było jedynie zrobienie ciasta na niedzielę i nauka, to po wyprowadzce oczywistą sprawą było sprzątanie, systematyczne i dokładne, zarówno po sobie, jak i części wspólnych. Uroki dorosłego życia, po prostu. Najwidoczniej nie dla każdego to takie oczywiste.

Najgorzej było w trakcie pandemii, gdy większość z nas wyjechała, zostawiając wszystko pod opieką kilkorga ludzi. W Warszawie pojawiłam się ponownie po 4 miesiącach z koleżanką, która miała u mnie nocować. Nigdy, ale to nigdy, nie wstydziłam się tak bardzo, jak wtedy. Nie rozumiem, jak można aż tak zapuścić miejsce, w którym się mieszka. Żerujący nie wpadli na pomysł posprzątania łazienek i kuchni. Wszystko się kleiło, było brudne, woda w zlewie nie schodziła. Przeraża mnie, że im to nie przeszkadzało ani trochę. Nigdy więcej mieszkania z obcymi ludźmi. 

Nie zrozumcie mnie źle, połowa moich współlokatorów była naprawdę w porządku. Gdybym trafiła tylko na te osoby, ten post pewnie nawet by nie powstał, a ja nie przeprowadzałabym się do kawalerki. Mówię to, chociaż tak na prawdę nie znaliśmy się za bardzo, bo jedynie w kuchni mogliśmy rozmawiać, a tam było tak malutko miejsca, że każdy zaraz po przygotowaniu posiłku znikał w pokoju. Wszystkim życzę trafienia na właśnie takie osoby jak te trzy dziewczyny. 

Moja koleżanka, mimo mieszkania ze znajomymi z liceum, również się nie spodziewała kłótni o miejsce w lodówce czy podkradanie przypraw w ilości "dużo". Obie stwierdziłyśmy, że niezależnie o tego, jaką się ma relację ze współlokatorami, należy ustalić kilka, choćby podstawowych zasad dotyczących np. jedzenia, przestrzeni do przechowywania rzeczy.

Wszyscy wiemy, że to, co się dzieje w  Twoim pokoju, to Twoja sprawa, dopóki nic z niego nie wypełza/wybiega, bądź z niego nie cuchnie, a ty nie zakłócasz spokoju współlokatorów.
Dlatego post dotyczy głównie części wspólnych takich jak łazienka, czy kuchnia.

 

Dlatego postanowiłam stworzyć mały savoir vivre mieszkania z innymi. 

 

1.     Sprzątaj po sobie To jest wyrażenie bardzo ogólne. Ale jednocześnie jest trafne. Czym więc jest to "sprzątanie"? 

  • Powycieraj po sobie blat/stół/palnik
  • Nie zostawiaj resztek w zlewie (od tego jest kosz na śmieci)
  • Nie zostawiaj brudnych kubków/talerzy itp. obok zlewu, w zlewie lub na stole (w ostateczności posprzątaj zaraz po powrocie do domu, jeżeli nie zdążyłeś/aś pozmywać przed wyjściem. To nie dom rodzinny, nikt za ciebie tego nie zrobi)
  • Po użyciu mikrofalówki przetrzyj ją od wewnątrz (A przynajmniej raz na kilka podgrzewań i zdecydowanie od razu, gdy się zachlapie. Zupy i mięso lubią pryskać...)
  • Zepsute jedzenie wyrzuć (Mieliśmy raz w lodówce takie pudełko z obiadem w środku. Obiad po jakimś czasie zaczął rosnąć i zmieniać kolory. Byliśmy świadkami tworzącego się życia. Fujka. Gdy baliśmy się, że wypełznie z pudełka, obiad skończył w koszu razem z pudełkiem. Właściciela nie odnaleziono 😶)
  • Nie zostawiaj zachlapanej szafki w łazience
  • Spłucz resztki pasty do zębów z umywalki
  • Upewnij się, że po goleniu nie zostawiłeś/aś włosków pod prysznicem, w umywalce, czy na szafeczce (Zobaczenie tego było dla mnie szokiem. Fujka)
  • Użyj szczotki do toalet po "dłuższym posiedzeniu" i upewnij się, że resztki usunięte zostały z każdej części toalety (Jeszcze większa fujka)
  • Spłukuj wodę w toalecie 
  • Zmyj resztki żelu pod prysznic/szamponu/odżywki/nie-wnikam-co-to-za-substancja z kabiny, brodzika, drzwi, ścian
  • Wyjmuj włosy z odpływu pod prysznicem 
  • Nie zostawiaj swoich ubrań/bielizny w łazience po kąpieli
  • Wyrzucaj śmieci do kosza, a jeżeli segregujecie, to trzymaj się podziału
  • Wyrzucaj do kosza puste rolki po papierze toaletowym i wyjmij/przynieś nową rolkę
  • Pierz nakładkę na mopa po każdym użyciu (Ktoś nie wyprał (prawdopodobnie poprzednio prałam ja, miesiąc wcześniej...), umyłam podłogę i śmierdziało 3 dni... Kupiłam własną nakładkę)

2.     Nie kradnij To przecież jasne, czyż nie? No, najwidoczniej nie. Nie chodzi tylko o trzymanie się z daleka od osobistych rzeczy współlokatorów. Chodzi o wszystko:

·        jedzenie (chyba, że się umówiliście na dzielenie się jakimś produktem, ale generalnie to skoro ja kupiłam ten jogurt, to znaczy, że ja decyduję o tym, czy zjem go ja, czy komuś pozwolę jednorazowo na zjedzenie go. I tak, zauważę, że mi ubyło makaronu)

·        zastawa i sztućce (nawet jeżeli są "przydziałowe" dla każdego mieszkańca, a dany mieszkaniec postanawia trzymać swój "przydział" w swojej szafce w kuchni. Zniknął mi w ten sposób talerz i łyżeczka. Przywłaszczyłam sobie wtedy takie same z suszarki (ja wycieram, więc ja ich na suszarkę nie wsadziłam). Ale najpierw 3 razy sprawdziłam, czy nie zostawiłam przypadkiem w pokoju. Moja prywatna miseczka też z szafki zniknęła. Wywiesiłam kartkę. Podziałało.)

·        sprzęty i akcesoria (tostery, grille, patelnie, garnki, żelazka, trzepaczki, noże, ręczniki papierowe, szmatki, ścierki itd. Dopóki nie uzyskasz pozwolenia lub to coś nie jest na wyposażeniu mieszkania nie ruszasz tego.)

·        środki chemiczne/higieniczne (Jak zwykle, nie ma tematu, jeżeli się dogadacie. Aczkolwiek jeżeli ja kupiłam mydło/szampon/płyn do naczyń/proszek do prania/płyn do czyszczenia/itp., to tylko ja go używam. To samo tyczy się podpasek, wacików, kremów, płynów micelarnych, itp. Kiedyś zniknęła mi pasta do zębów z łazienki na 2 dni. Dobrze, że miałam drugą, bo byłoby ciężko)

·        wszelakie rzeczy osobiste, (np. grzebień, gąbka, szczoteczka, golarka. Ale to chyba logiczne, nie?)

3.     Zamykaj za sobą drzwi niezależnie od tego, czy wchodzisz, czy wychodzisz. I BARDZO ważna sprawa, tylko na klucz. Jakiekolwiek łańcuszki, czy jakieś zasuwki nie wchodzą w grę. Zaufajcie, nic przyjemnego nie móc wejść do mieszkania, bo ktoś zamknął to coś. Na nic był mi wtedy klucz. Drzwi muszą być otwieralne z obu stron. Dobrze, że nie zdarzyło mi się to w nocy, gdy wszyscy spali.

4.     Sprzątaj części wspólne Przy większej ilości osób najlepiej mieć grafik. Przykładowo, Evie sprząta od 7-13 października kuchnię, Gabrysia łazienkę 1, a Karolina łazienkę 2. W kolejnym tygodniu Mai przypada kuchnia, Evie łazienka 1, a Gabrysi łazienka 2. Albo się wpisujcie na jakiś tydzień na bieżąco. System dowolny, byle sprawiedliwy. My mieliśmy puste okienka i się wpisywaliśmy na dany tydzień i pomieszczenie. Oczywiście każdy jednocześnie powinien przestrzegać punktu 1.

 

  • Trzymaj się grafiku (zamieniaj się tylko w wyjątkowej sytuacji) 
  • Przyłóż się (nie mówię, żeby od razu na kolanach pastować podłogę, myć wszystkie okna czy ścierać kurze na szafkach pod sufitem, ale nie pomijaj skrawka podłogi, bo miotła tam ciężej wchodzi i nie przecieraj/zamiataj byle jak)
  • Umyj lustro (ono też się brudzi)
  • Zlanie wodą brodzika, szyb i kafli (fliz) nie liczy się jako umycie prysznica (płynem i przecieramy uwzględniając każde zagłębienie)
  • Umyj toaletę (tak, tak, musisz, to nic strasznego. Naprawdę. Pomyśl o gromadzących się zarazkach, jeżeli nie będzie się tego robić choć raz w tygodniu. I wrzucenie kostki, czy zawieszenie czegoś to nie to samo. Jak nie wiesz jak to zrobić, zapytaj albo włącz tutorial na youtube 😜)
  • Umyj/zamieć podłogę
  • W razie potrzeby odkamień czajnik (dodaj do wody kwasek cytrynowy i zagotuj, ewentualnie potem przetrzyj gąbką, działa cuda)
  • Wynoś śmieci i zmieniaj worek (dotyczy każdego, nawet jeśli to nie jego tydzień)
  • Zetrzyj kurze

5.     Pomyśl o innych Też bardzo ogólne. I też trafne.

  • Policz ile jest lokatorów i ile półek w kuchni/lodówce/łazience/przedpokoju ci przysługuje. (Jeżeli nie macie jakiejś umowy (albo nie jesteś pewny/a, czy istnieje) typu "tu talerze, tu kubki, a tam mąki i makarony" trzymaj się przysługującej ci przestrzeni. I zdecydowanie nie przenoś rzeczy swoich współlokatorów! )
  • Nie siedź w łazience wieki (Inni też chcą umyć zęby, a Wy nie musicie brać długich pryszniców, balsamować się w łazience, układać tam włosów, depilować się woskiem (sprawdzone). Wiadomo, że są takie substancje i czynności, które poza łazienką są ciężkie do wykonania, czy użycia. Nóg nie ogolicie kremem w pokoju... Rozumiem też słabe światło poza łazienką, jeśli chodzi o makijaż. Sprężajcie się jednak wtedy. Jeśli chodzi o włosy, to lustro w pokoju dużo daje.)
  • Nie zachowuj się głośno (To już nie ten czas, gdy sprzątasz, śpiewając na cały głos /niestety.../ Głośna muzyka też nie wchodzi w grę. Spróbuj się uczyć, gdy słyszysz dokładnie słowa piosenki z sąsiedniego pokoju/kuchni.)
  • Nie wieszaj rzeczy typu ścierka na uchwycie górnej szafki (dostęp do blatu ograniczony, a ja lubiłam ten fragment blatu...dodatkowo był to największy fragment blatu)
  • Nie palcie w mieszkaniu (niektórzy mogą się dusić dymem papierosowym paląc biernie lub przebywając w pokoju, gdzie ktoś palił, np. ja )
  • Weź pod uwagę wzrost współlokatorów ( Ten punkt znalazł się tutaj, przez jedną, dosyć zabawną sytuację. Zostawiłam patelnię, by ostygła, zanim ją umyję. W samym rogu blatu, na specjalnej podstawce, nie zawadzała jakoś bardzo. Wracam po obiedzie do kuchni, a mojej patelni brak. Mojemu współlokatorowi (2 metry wzrostu) jednak przeszkadzała. Co z nią zrobił? Wstawił na szafkę pod sufitem. Ja mam niecałe 1,6 m. Zdecydowanie sięgam do drugiej górnej półki, a co dopiero nad całą szafkę (tak jakby 4 półki). Zanim zdążyłam przemyśleć czy moje chwiejne krzesło jest odpowiednio bezpieczne, by na nie wejść, pomogła mi wyższa koleżanka. A patelni więcej nie zostawiłam samej w kuchni)
  • Przypomnę o zamykaniu drzwi tylko na klucz
  • cały punkt 1

6.     Niektóre rzeczy muszą być wspólne, no niestety. Nie przeskoczymy na przykład worków na śmieci we wspólnych koszach, czy papieru toaletowego w łazience (no, tu ewentualnie). Część osób dzieli się również środkami czystości, sprzętami. Co robić z takimi wydatkami? W końcu miotła, mop, deska do prasowania się przyda, a nie potrzeba mieć kilku w jednym mieszkaniu. To jest już dowolna decyzja mieszkających. Często samo wychodzi w praniu. Kilka moich propozycji:

  • Rzeczy, które się zużywają (papier toaletowy, worki na śmieci, ewentualne środki czystości)
    • Składajcie się (na początku np. po 5zł, a potem się zobaczy, na ile starcza taka suma, na jak długo)
    • Kupujcie po kolei (dobra opcja, gdy jest was mniej. Nie wiem, czy wszyscy u nas na początku wykładali papier, i czy przez dwa tygodnie naprawdę kolejka przeleciała 3 razy, czy część to pasożyty żerujące na innych, za dużo nas)
    • Każdy ma własne (proste przy papierze toaletowym, ale kilku worków na śmieci w kuchni sobie nie wyobrażam, ale co kto lubi, czyż nie?)
    • Konkretne osoby kupują konkretne rzeczy (Trochę nie fair, chyba, że jest was mało. U nas z jakiegoś powodu ja odkamieniam czajnik, a nasz trzeba aż raz w miesiącu, kolega kupuje worki na śmieci, a jeszcze inny drucianki. Nie wiem,  dlaczego tak wyszło, ani co robi, bądź nie, reszta)
  • Rzeczy, które się nie zużywają (miotła, mop, deska do prasowania, mikrofalówka)
    • Macie coś i udostępniacie to do użytku innym (np. kupiłam zmiotkę i szufelkę i powiedziałam, że każdy może jej używać. Ale jak się będę wyprowadzać, to ją ze sobą zabiorę. Tak samo mamy z miotłą i mopem, są czyjeś, ale mogę sobie podłogę nimi umyć. Mikrofalówkę mamy na wyposażeniu mieszkania, ale zasada byłaby ta sama, gdyby była np. moja)
    • Składacie się na daną rzecz (Dobre, dopóki wasze drogi się nie rozchodzą. Ktoś jest stratny, a wojny mogą się toczyć niczym przy rozwodzie) 
    • Każdy ma własne (Ale ile może stać mioteł i szufelek obok siebie? Albo mikrofalówek czy czajników?)
    • Wspólne są też ściany i podłogi, dlatego uważajcie na ewentualnego grzyba na ścianach/suficie. W łazience przede wszystkim. Ciężko coś z tym w sumie zrobić. Nasza ma bardzo słabą wentylację, więc po kąpieli musieliśmy otwierać drzwi, by wilgoć "uciekła". Nie działało za bardzo... Właściciele w końcu postanowili zrobić mały remont i założyć lepszą wentylację. Od tego czasu jesteśmy wolni od grzyba!

7.     Niech osoby odwiedzające nie zmieniają się w kolejnych, nieoficjalnych współlokatorów. Oczywiste jest, że czasami ktoś u nas nocuje, spędza czasem kilka dni. Tylko właśnie, kilka. Gdy u jednego ze współlokatorów zaczyna nocować przez większość miesiąca jego druga połówka (albo ciągle różni znajomi), koszty za media rosną (chociażby woda - prysznic). Delikatnie rzecz ujmując, jest nie fair, płacić ciągle po połowie, gdy jedna strona z jednej osoby stała się dwoma.

 Ja trzymałam się tych punktów przez cały czas. Jednocześnie przeszkadzało mi, gdy znikały moje rzeczy albo znajdowałam je gdzie indziej, o czym informowałam na bieżąco. Nie jestem do końca pewna, czy to czyni mnie upierdliwym współlokatorem, czy nie.  Chyba wolę nie wiedzieć.
   

Dodalibyście coś do listy?

 

niedziela, 31 maja 2020

Nowa rzeczywistość

Trochę mnie tu nie było. Przez to całe e-nauczanie musiałam sobie na nowo zorganizować... no w zasadzie wszystko, od własnej głowy zaczynając.

Mówiąc szczerze, patrzę teraz na ekran komputera i nie za bardzo wiem, co napisać.



Wracałam do Bielska pełna rozgoryczenia i poczucia bezsilności. Przede wszystkim dlatego, że powrót tutaj miał łączyć się z praktykami w szpitalu, których jednak nie będzie.
Studia zmusiły mnie do usamodzielnienia się, a co za tym idzie, w jakiś sposób zorganizowania sobie życia, czasu. Dla mnie był to naturalny proces, mentalnie przygotowywałam się do niego od dziecka. Czas na zajęcie się mieszkaniem, gotowaniem, czas na uczenie się, wszystko miałam mniej więcej poukładane. Nie sądziłam, że powrót do domu i pozostanie odpowiedzialną osobą nie jest już takie proste. Czuję się tak, jakbym wróciła do liceum, mentalnie i organizacyjnie.


Gdy wracałam w marcu do domu, miałam do spakowania naprawdę dużo, a walizkę miałam niewielką. Nie wiedziałam na jak długo jadę (zakładałam pierwotnie 3 tygodnie...), ale zbliżały mi się zaliczenia, dlatego wiedziałam, że muszę wziąć moje notatki i książki. Wyszło mi pół mojej małej walizki... Poza tym musiałam wziąć część kosmetyków, których nie mam w domu oraz jedzenie, które może się przeterminować (zgadnijcie, kto zrobił kilka dni wcześniej zakupy...). Koniec końców, z ubrań, które się zmieściły, były dwa T-shirty, jedne getry i to, co miałam na sobie. Na szczęście miałam w domu kilka starszych rzeczy, które zostawiłam "na wszelki wypadek". Wstyd się w nich ludziom pokazać, ale są. Dwa miesiące chodziłam w getrach i tym jednym, znalezionym w szafie dresie. Wielkanoc spędziłam w zwykłych jeansach, choć zazwyczaj przynajmniej pierwszy dzień świąt spędzamy ubrani troszkę ładniej niż zwykle.



Gdy dowiedziałam się, że zajęcia stacjonarne na WUM-ie zawieszone zostają do 30 września, a praktyk w szpitalu nie będzie, nie było wesoło. Miałam fatalny humor, byłam zdenerwowana, miałam ochotę się popłakać, bo to właśnie na praktyki czekałam cały rok, były one moją motywacją do nauki. Zdecydowanie można określić moje ówczesne zachowanie i stan psychiczny jako "bez kija nie podchodź".


Parę dni później pojechałam do Warszawy, aby przewieźć 3/4 moich rzeczy z powrotem do Bielska. Jedyne pociągi, jadące wtedy do Warszawy, jechały 4-5 godzin. Obowiązkowo maseczki (to, w jaki sposób je niektórzy nosili to zupełnie inna historia), przez co pierwszy raz w pociągu odezwała się moja choroba lokomocyjna. Sensacji nie było, ale chwilkę musiałam sobie pooddychać bez niej. Nikt mi uwagi nie zwrócił, ale ja czułam się dziwnie, jakbym popełniała największe przestępstwo. Coś, co mi się podobało, to jedna osoba na dwa miejsca w pociągu :D Nie lubię siedzieć obok obcych, kto lubi?


Na pakowanie zszedł mi cały dzień, od 10 do 20:30. Mały metraż mojej dziupli nie pomagał. Potykałam się przynajmniej 3 razy na godzinę. Następnego dnia zrobiłam 6 rundek po schodach z 4 piętra znosząc moje torby i pudełka, aby potem radośnie, mimo trzęsących się ze zmęczenia nóg, zapakować się do samochodu cioci, która mnie odwiozła do domu. Równie radośnie wyjęłam po przyjeździe INNY dresik. Jak mało czasami do szczęścia potrzeba.


Wyobraźcie sobie moje zdezorientowanie, gdy jeszcze tego samego dnia usłyszałam, że jest opcja powrotu na dwa tygodnie do Centrum Symulacji. Na razie nic o tym nie wiadomo, sprawa ucichła, a praktyki są prowadzone on-line, ale w tamtym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przeprowadziłam się z powrotem na południe, po to by usłyszeć, że jednak mam wracać do stolicy?! Pozłościłam się trochę i mi przeszło, ale dalej mam fazę buntu "teraz to już nie chcę". Jestem po prostu zmęczona tymi ciągłymi zmianami.

Trochę się boję, o to, co będzie dalej. Rok akademicki skończy mi się za miesiąc (udało nam się przyspieszyć sesję), mam 3 miesiące wolnego. Chyba powinnam się cieszyć. Ostatnie, zupełnie luźne wakacje. A potem, miejmy nadzieję, powrót na uczelnię. Wierzę, że uczelnia nie wypuści mnie w świat, jeżeli będę niedouczona i brakować mi będzie umiejętności. Jednak gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że gdyby nie pandemia, to czułabym się zupełnie inaczej, pewniej jako prawie położna. Liczę na to, że ta myśl szybko zniknie. :)


PS Blogger został zaktualizowany i nie dość, że nie mogę znaleźć emotikonek, to jeszcze gubię się w zwykłej organizacji postu :|

czwartek, 12 marca 2020

Koronalia czas zacząć :\

Zaczęło się niewinnie od wykupienia wszystkich żeli antybakteryjnych, maseczek, mydeł. Później pojawiły się odkażacze w niebotycznych cenach, maseczki "z eliksirem przeciw wirusowi". Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy rozpaczać nad tym, że takie rzeczy się sprzedają. Potem zaczęło się robić groźnie. Ze sklepów zaczęły znikać ryże, makarony, puszkowane jedzenie. Potem przyszedł czas na papier toaletowy. Część z tych "braków" widziałam osobiście, o części opowiadały mi koleżanki i współlokatorka. Jeśli ktoś by się zastanawiał w jakim tempie znikają produkty, to Wam powiem, że w pół dnia. Gdy byłam na zakupach po południu, półki z suchymi produktami były pełne. Pomyślałam, że ludzie na moim osiedlu nie oszaleli i nie robią zapasów jak na zimę stulecia. Moja ulubiona współlokatorka na zakupy poszła wieczorem. Po powrocie wspomniała o tym, że półki z makaronami w naszym  sklepie są prawie puste. Oczy mi wyszły na wierzch, byłam w tym samym sklepie zaledwie kilka godzin wcześniej! Prawdą jest, że tłum w sklepie był zdecydowanie większy niż zazwyczaj. Nigdy nie widziałam aż tak długiej kolejki do kas samoobsługowych, uznałam jednak, że to tylko efekt poniedziałku po niedzieli niehandlowej. Jednak nie. Ludzie mnie naprawdę czasami zadziwiają.

Przez długi czas cała ta panika w związku z wirusem zwyczajnie mnie bawiła. Jako osoba młoda, z prawidłowo funkcjonującym układem odpornościowym  i przestrzegająca zasady higieny, czułam się całkiem bezpieczna. Nadal się czuję. Nigdy nie spodziewałabym się, że mój uniwersytet odwoła wszystkie moje zajęcia przy niewielkiej ilości chorych osób w mieście (na tamtę chwilę 3). My, na pierwszym roku, nawet nie mamy porządnego kontaktu z pacjentami do maja. Jednak tak się stało. W poniedziałek dostaliśmy informację, iż wykłady w formie stacjonarnej zostają odwołane do 15 maja, nadrobimy je w formie elektronicznej. Mieliśmy mieszane uczucia co do takiego obrotu sprawy, ale przyjęliśmy do wiadomości, że tak trzeba było zrobić. Szkoda niektórych wykładów, ponieważ prowadzący są naprawdę fajni i przyjemnie się ich słucha. Ale mus to mus, zbiera się nas w jednej sali prawie 120 osób, nie oszukujmy się, to dużo. A e-learningi nie są wcale takie złe. Te z POPu uwielbiam 😊.
W środę po południu dostaliśmy kolejną informację. Wszystkie zajęcia zostają zawieszone do 29 marca. Ta informacja zdecydowanie zrobiła na nas wrażenie. Niekoniecznie pozytywne. Muszę się przyznać, że przeszłam przez wszystkie 5 faz żałoby  w związku z odwołanymi zajęciami. W ciągu jednego popołudnia. Wszystkie plany na ten semestr mi się posypały. Wizyta siostry? Na 99% będę jednak poza Warszawą. Kolokwia poukładane w naprawdę racjonalnych odstępach czasu? Co z nimi? Kiedy my nadrobimy zaległości? Czy rok akademicki skończy się planowo? Co z naszymi praktykami?

Nadeszła w końcu faza akceptacji. W chwili obecnej jestem jak najbardziej za kwarantanną. Byle całkowitą. I co najważniejsze, przestrzeganą. Co z tego, że Kościół zezwolił na nieuczestniczenie we mszy, skoro wiele osób i tak pójdzie, i będzie sobie podawać rękę, "korzystać" z wody święconej? Osobiście uważam, że msze powinny zostać odwołane tak samo jak np. koncerty. Są msze on-line, w radiu, w telewizji. Bardzo podobają mi się apele do młodych, że to "wolne" nie jest czasem na wychodzenie z domów, imprezowanie, włóczenie się po mieście. Przydałyby się również więcej takich  apeli do dorosłych i starszych. W galeriach niestety ciągle pojawiają się rodziny z dziećmi, młodzi ludzie, starsi ludzie.
Mam bardzo złe przeczucie, że nie wszyscy (niezależnie od wieku) zdają sobie sprawę, że zagrożenie jest realne. Tym bardziej, że wirus się mutuje i zaczyna atakować coraz młodszych.

Przez ostatnie dni dostajemy coraz nowsze rozporządzenia rektora, z coraz bardziej szczegółowymi informacjami. Wszyscy mamy nadzieję na to, że rok akademicki skończy się zgodnie z planem, liczymy się jednak z tym, że przerwa świąteczna i majówka mogą niestety nie być wolne, aby nadrobić zaległości.
Z ostatniego zarządzenia dowiedzieliśmy się, że wszystkie wykłady oraz seminaria do końca semestru zostają przeniesione na platformę e-learningową. Uważam to za bardzo dobry pomysł w takich okolicznościach.

Co teraz z nami? Nic. Czekamy na rozwój sytuacji, przestrzegamy wytycznych i kwarantanny, namawiamy do tego wszystkich bliskich i liczymy na to, że wszystko skończy się dobrze i szybko 😊

sobota, 29 lutego 2020

Jak przeżyć sesję i nie zwariować?

Nie jest to tak trudne, jakby się wydawało. Zdecydowanie twierdzę, że matura była gorsza. Pewnie twierdziłabym inaczej, gdybym nie zdała egzaminów.

Prawdą jest, że harówka przed i w trakcie sesji jest. I jest męcząca. Aż się boję pomyśleć, co będzie latem, gdy będziemy zdawać 4 egzaminy w sesji...

Wracając do sesji zimowej, stresowałyśmy się wszystkie, co do jednej. Część z dziewczyn miała plany na tydzień sesji poprawkowej, więc presja zaliczenia egzaminów była jeszcze większa. W ten, czy inny sposób, cała moja grupa zaliczyła tę sesję. Mnie udało się pozdawać wszystko w pierwszym terminie. W ten sposób miałam 2 tygodnie wolnego (tydzień ferii i tydzień poprawek). I skoro piszę, to nikt mi głowy nie urwał po powrocie do domu za niedzwonienie 😁.

Egzaminy jak egzaminy. Mikrobiologia i Parazytologia trudne (podobno poprawka jeszcze trudniejsza, ale komis do zdania), a pedagogika całkiem w porządku. Uważam, że obecność i słuchanie na wykładach dużo mi dało.
Ja zdawałam pedagogikę pisemnie, w trakcie sesji. Jednak ci, którzy woleli zdawać ją ustnie, mieli taką możliwość w tygodniu poprzedzającym sesję. Nie była to "zerówka", ale pierwszy termin w innej formie.

Nie przywiązujcie się za bardzo do pierwszych terminów egzaminów 😤. Oba nasze egzaminy zostały przesunięte o jeden dzień do przodu. Zgadnijcie, kto musiał przebookować bilet? Teraz już jestem pewna, że zniżki z pierwszego biletu niestety nie obowiązują na ten przebookowany.

Miałam jednak pisać o tym, jak nie zwariować w tym stresującym okresie.
 Najważniejsze jest to, by pozwolić sobie czasem odetchnąć, dać głowie odpocząć. I nie, przerwa na posiłek się nie liczy. Wyjdźcie na spacer, na siłownię, poćwiczcie w mieszkaniu. Ja codziennie (a gdy miałam jeszcze zajęcia to co kilka dni) poświęcałam około 30 minut na jogę lub moje ulubione rozciąganie i od razu czułam się lepiej, więc mogłam wracać do nauki.  Zmiana pozycji i rozruszanie ciała daje niesamowitą ulgę. Ile można siedzieć przy biurku, czy na łóżku? Wszystko sztywnieje. Wszystko.
 Wyjdźcie gdzieś ze znajomymi i pod żadnym pozorem nie rozmawiajcie o egzaminach. Niekoniecznie zarywajcie noc 😁, efekt może okazać się daleki od zamierzonego. Dla mnie, wyjście to nie było nawet planowane . Spontanicznie po zajęciach zdecydowałyśmy z koleżanką, żeby zjeść kolację na mieście. Wyrwałyśmy się z rutyny, co nam bardzo dobrze zrobiło.
  Mnie pomogło bardzo dużo wysypianie się. Miałam to szczęście, że miałam ostatnie 4 dni przed pierwszym egzaminem kompletnie wolne. Jestem bardziej aktywna i produktywna w nocy, więc siedziałam sobie do 12, czasami nawet dłużej, a następnego dnia pozwalałam sobie wstać bez budzika, nawet jeśli oznaczało to 11-12. Byłam wyspana, więc mój mózg przyjmował więcej informacji niż gdybym wstała o 8 i siedziała do 22 nad książkami. Dlatego ostatni, najbardziej intensywny etap nauki, był dużo bardziej efektywny niż dni, gdy miałam ciągle zajęcia na uczelni. Trzeba znaleźć swój sposób. Moja siostra woli się uczyć rano i pójść wcześnie spać. Ale ciągle śpi tyle godzin, by być wyspaną.
  Coś, z czego jestem bardzo dumna, to odstawienie seriali i filmów (niestety książek, które nie są podręcznikami też) na czas przygotowań do sesji. Wiem, że pisałam, by dać głowie odpocząć, ale wiadomo jak to jest. Zawsze jest jeszcze jeden odcinek, jeszcze jeden film, jeszcze jeden rozdział. Zawsze znajdziemy usprawiedliwienie, by pozostać przy tej przyjemności, a nie przy nauce. Dodatkowo, nie jestem pewna, czy wtedy faktycznie głowa odpoczywa. Skupiamy wzrok na literkach, obrazie, mózg ciągle pracuje podobnie tak, jak przy nauce.

Zawsze się śmiałam, gdy mówiło się, że student znajdzie każdą wymówkę, by się nie uczyć na sesję. Większość studentów wtedy intensywnie sprząta i pucuje swoje mieszkania.
Dalej się z tego powiedzenia śmieję. Tylko teraz wiem, że to prawda.
 Któregoś dnia otwarłam szafę i uznałam, że mam tam straszny bałagan i muszę go posprzątać. W połowie zorientowałam się, co robię. Decyzja o sprzątaniu była podjęta całkowicie podświadomie. Okna nie umyłam, choć było blisko. Mam je tak zastawione pudłami, że zrezygnowałam z tego pomysłu dosyć szybko. Ale fakt, że sam pomysł się pojawił, to prawda.
 Kiedyś w liceum, gdy czekał mnie jakiś sprawdzian, mama "złapała mnie" na czyszczeniu wszystkich moich pędzli do makijażu, a trochę ich mam. Użyłam wtedy dokładnie słów "Już dawno miałam to zrobić" i szorowałam dalej. Jedyne, co usłyszałam to to, że jestem gotowa, by być studentem, bo sprzątam i wmawiam sobie, że nie może to już dłużej czekać. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że ja taka nie będę, przecież to marnowanie czasu, a sesja jest superważna. Dlatego umyślnie nie wpisałam się na sprzątanie części wspólnych w tym czasie. I bardzo dobrze, bo sądząc po epizodzie z szafą, przyłożyłabym się do tego, jak jeszcze nigdy.


Podczas ferii stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał aż do rozpoczęcia drugiego roku. Ze względu na ilość studentek, które zrezygnowały w trakcie semestru, uczelnia postanowiła wyrównać ilość osób w grupach. Brzmi dosyć logicznie. Jednak było dla nas szokiem, gdy dowiedziałyśmy się, że ostatnie osoby z grup z większą ilością studentów zostaną przeniesione do tej z mniejszą ilością. W ten sposób "ukradli" mi koleżankę z grupy. I to akurat tę, z którą robiłyśmy sobie na wzajem iniekcje, mierzyłyśmy ciśnienie. I chociaż rozumiem wszystkie powody tej sytuacji, to i tak współczuję przeniesionym studentkom, ponieważ czują się, jakby zaczynały wszystko od nowa: nowi znajomi, nowi prowadzący (bo inna grupa, albo w ogóle nowy przedmiot).

I tak oto, w trochę zmienionym składzie, wypoczęte lub nie, 17 lutego zaczęłyśmy drugi semestr. Podobno ma być już tylko lepiej. Czy to prawda? To się okaże 😊

wtorek, 28 stycznia 2020

To sesja nie trwa już od początku stycznia?

Oficjalnie, czy w praktyce?

Teoretycznie sesja zimowa trwa tydzień, przynajmniej na WUMie (27-31.01.2020). Nam na ten semestr przypadają dwa egzaminy: pedagogika i mikrobiologia z parazytologią. Jednak ja mam wrażenie, że sesja zaczęła się już 8 stycznia, razem z zaliczeniem z technik. Potem lawinowo nadeszły kolejne przedmioty: biochemia, angielski, neonatologia x2, genetyka i mikroskopowanie (ale do tego się nie uczy).

Techniki to dosłownie wszystko, co było na ćwiczeniach. Bardzo ważne, czasami podchwytliwe, ale generalnie nie jakieś bardzo ciężkie (to w końcu techniki ❤)

Biochemia... nic przyjemnego. I dobrze, że się skończyło. Egzamin w formie elektronicznej ❤ Wynik znamy od razu. Z tego, co się orientuję, poprawka była tydzień później. Kolejny termin to egzamin komisyjny, ustny, w sesji poprawkowej.

Angielski jak angielski. Zależy od prowadzącego. Nie jestem pewna, czy każda grupa w ogóle miała zaliczenia w formie sprawdzianu jak my.

Zakres wiedzy z neonatologii na ćwiczeniach i seminarium częściowo się pokrywa, co bardzo ułatwia uczenie się. Neonatologię również lubię, więc przyjemnie mi się jej uczyło. Dodatkowo, zarówno na ćwiczenia jak i na seminaria, musiałyśmy się uczyć na bieżąco.
Tutaj zaliczenia też różnią się zależnie od prowadzących. Prowadzenie zajęć również.

Genetyka to przedmiot prowadzony bardziej w formie wykładów (ćwiczenia przypominały bardziej wykłady). Istnieje skrypt, którego należy się nauczyć, porobić przykładowe pytania (z konkretnego skryptu z pytaniami) i w sumie tyle. Z genetyki nie było źle, jeśli chodzi o zdawalność. Ośmielę się nawet powiedzieć, że było dobrze. Egzamin również w formie elektronicznej.

Mikroskopowanie to zaliczenie polegające na znalezieniu preparatu z parazytologii na szkiełku i wyśrodkowaniu go. Tutaj jest istna ruletka odnośnie preparatu. Możecie trafić na coś prostego, jak jaja wszy albo nawet coś pod lupę (czyli gołym okiem to widać, szukania to tam zero), a możecie, jak ja, trafić na jaja owsika. Małe to i ledwo widoczne.  Wszyscy zaliczyli, więc to nic strasznego, z mikroskopami mamy do czynienia przez całe zajęcia z parazytologii i trochę na mikrobiologii. Grunt to wiedzieć, czego szukać 😶


Mam wrażenie, że cały styczeń nie robię nic, tylko chodzę na zajęcia, uczę się, zarywam noce, zaliczam przedmioty i gdzieś pomiędzy jem.
 Jesteśmy tak zmęczone styczniowym trybem życia, że siedząc razem w kawiarni w przerwie między zajęciami ledwo rozmawiamy, zazwyczaj się uczymy.

Mam z mamą taką umowę, że przynajmniej raz (a najlepiej dwa razy) w tygodniu do niej dzwonię. Dobrze, że nikt mnie nie karze za niewywiązywanie się z tego obowiązku. Choć w sumie ciągle jestem w Warszawie, kto wie, co będzie kiedy wrócę.  Na te 4 tygodnie zadzwoniłam chyba dwa razy. Wybacz mamo, ale wolę położyć się szybciej, inaczej mogłabym zasnąć z telefonem przy uchu i tyle by było z rozmowy. Jedynie wysyłam SMSy o treści typu "Zdałam biochemię!". Mam nadzieję, że nikt mi za to głowy urwie, gdy pojawię się w domu 😂
Przez ograniczony nauką czas, można mnie nazywać pełnoprawnym słoikiem. Gotowanie ograniczyłam do minimum. Moja zamrażarka zdecydowanie jest teraz bardziej pusta niż pełna. A po świętach ledwo ją zamknęłam...
Gdybyście chcieli wiedzieć, to w Szpitalu Pediatrycznym są naprawdę dobre (i ogromne) obiady. I studencka cena. Już się zastanawiamy kiedy mamy zajęcia blisko szpitala w drugim semestrze, by częściej tam wpadać 😀

sobota, 4 stycznia 2020

Święta, święta i po świętach

Nawet nie wiem, kiedy te dwa tygodnie spędzone w domu minęły. Sielanka, pełne rozleniwienie, swoje własne łóżko i cudowna atmosfera rodzinnego domu. Powiem Wam, że dopiero w dniu wyjazdu zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi tego brakowało i jak bardzo będę za tym tęsknić.

Święta były cudowną odskocznią. Głowę zaprzątały mi lukrowane pierniczki, ubieranie choinki, świąteczne sweterki i po prostu wszystko, co ze świętami związane. Nawet udało mi się przeczytać książkę, która nie jest podręcznikiem! W tym roku przerwa świąteczna wypadła w taki sposób, że wolne miałam aż 19 dni. To już mnie chyba nie spotka w mojej edukacyjnej karierze. Ale dzięki tak długiej przerwie mogłam pomalować i przedłużyć paznokcie 😁. Wyglądają ślicznie i estetycznie, ale po 3 miesiącach bardzo krótkich paznokci ciężko mi się przestawić na funkcjonowanie w innych. Taki już los położnej 😛.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się po drodze nie rozchorowała 😑.Wigilię spędziłam ze stanem podgorączkowym i dwa dni przed wyjazdem też leżałam bez siły do czegokolwiek. "Bardzo" to motywuje do samotnego powrotu do smutnej i małej dziupli...

Drugim powodem, dla którego nie chciało mi się wracać, jest nauka. Nie potrafię już się uczyć w domu. A przynajmniej bardzo ciężko mi to idzie. Jakoś mi dziwnie zamknąć się w pokoju, gdy w salonie siedzą moi rodzice i przytula się do mnie mój kot. Warszawa jednak kojarzy mi się z nauką, ciężką pracą, a dom z przyjemnościami i labą.

Jednak nie było tak, że w ogóle nie zaglądnęłam do książek. Choć bardzo tego chciałam, to nie ten typ studiów, na których mogłabym to zrobić. Grzecznie zrobiłam kilka e-learningów z biochemii i pouczyłam się trochę technik. Nie jest to tyle, ile sobie zaplanowałam, ale zawsze coś do przodu. Po prostu najbliższe 3 dni nie będę spać do południa i kłaść się z filmem o 18. A potem się zobaczy. Ale jestem dobrej myśli. Nawet jak sobie pomyślę o tym, jak trudny i obszerny jest materiał z biochemii, mikrobiologii i parazytologii. Zabawne, że najbardziej się obawiam przedmiotów, które w przyszłości nie będą mi bezpośrednio w pracy potrzebne (pośrednio pewnie tak, ale to się jeszcze okaże i pewnie tego nawet nie zauważę). Ale z jakiegoś powodu nie studiuję ani biochemii, ani mikrobiologii 😁. Mam inne talenty 😂.

Każdy kiedyś zaczynał. Każda położna, znana, czy mniej znana, zaczynała tak jak ja, ucząc się czegoś zupełnie nowego i trudnego. Skoro one dały radę, to dlaczego ja miałabym nie dać? 😊

sobota, 30 listopada 2019

Podróże małe i duże

Powroty do domu to dla mnie jedna z najbardziej uciążliwych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam być w rodzinnym domu, odpocząć, mieć podany obiad na talerzu bez obowiązku ugotowania go i pozmywania (zmywarko, tęsknię...). Jednak sama podróż jest męcząca. Jej planowanie też.

Zacznijmy od horrendalnej ceny biletu na pendolino. Pełna cena jest ciutkę poza moim budżetem. Dziękujemy wtedy za 51% zniżki studenckiej. Bilety są dodatkowo tańsze, gdy się je kupuje wcześniej. 30% 3 tygodnie  przed, 20% 2 tygodnie przed i 10 % tydzień przed odjazdem. Czasami zdarzają się nawet oferty SUPERPROMO z taką zniżką, że jak się na nią załapię, to chodzę dumna jak paw, bo zamiast 55zł (30%) wychodzi 28zł.
W moim wypadku ceny warunkują planowanie przejazdów miesiąc przed czasem. Oczywiście można przebookować bilet. Ale jeśli się nie mylę, to zniżki z pierwszej rezerwacji już nie obowiązują. I wtedy nowy bilet jest droższy.

Pierwszy raz zamawiałam bilet do domu, nie znając jeszcze mojego planu. I w razie czego zamówiłam bilet na sobotę, bo zajęcia mogłam mieć do nocy. Nie miałam. Więc popołudnie wolne, a w domu spędziłam zaledwie 24 godziny. Później już znałam plan, więc wracałam wcześniej w piątek. Znacząca różnica.
Raz przebookowywałam bilet, bo kilka dni po kupnie okazało się, że mamy godziny rektorskie i zdążę na wcześniejszy pociąg.
Powrót do domu na święta też już mam zaplanowany. Chodzę dumna, bo to ten bilet za 28zł. Tydzień po kupnie okazało się, że mogłabym wracać jednak w czwartek wieczorem, a nie w sobotę rano. Dokładnie 20.12 miałam zacząć zajęcia w Klinice Położnictwa i Perinatologii, a zajęcia miały trwać do 17:45. Ale nie wiedziałam, czy się nie przedłużą, co to są w ogóle za zajęcia, gdzie jest szatnia i czy ewentualnie obrócę do mieszkania, i na dworzec. Dlatego na spokojnie wzięłam bilet na sobotę. A tu BUM, prowadząca przesunęła zajęcia na styczeń!
Tym razem nie zmieniam biletu, bo zanim zdążyłam to zrobić, umówiłam się koleżanką na pakowanie prezentów i inne świąteczne atrakcje skoro mamy wolny piątek 😄

Ale wracając do pociągów.
Jeśli chodzi czas przejazdu, to zależy to od rodzaju pociągu. Pendolino do Bielska-Białej jedzie 3 godziny z hakiem. A taki zwykły pociąg 4-5 godzin. Zależy od trasy. Oczywiście cena jest duuuużo niższa, bo 30% zniżki daje mi 22zł za przejazd (a nie 55).

Ja jednak lubię jeździć Pendolino z innych względów niż czasowe. Pendolino ma tzw. "strefę ciszy". Nie można w takim wagonie rozmawiać, należy być cicho. Raz jechałam z Lolkiem (moja przyjaciółka od podstawówki, obecnie studentka finansów w Katowicach) do Warszawy i wracając trafiłyśmy na zgraję rozwrzeszczanych chłopaków w wieku średnio gimnazjalno-licealnym. Najcięższa podróż jaką miałyśmy. Od tego czasu, jak tylko dam radę, to wybieram strefę ciszy. Cudowny wagon. Plus w Pednolino dostaję mikroskopijny kubek herbaty/kawy lub butelkę wody 😂

A jakby wyglądało moje wracanie do domu, gdybym zdecydowała się na ŚUM? Pomęczyłam trochę ŚUMową i Lolka, by mi poopowiadały o kolejach śląskich.
Pierwsza różnica to czas. Każdym pociągiem podróż trwa około godziny. Ledwo jeden odcinek serialu bym oglądnęła 😂 Ja to mogę pół sezonu czasami 😁
Druga, to cena. No cóż, prawie 400km, a ledwo 100 to jednak jest różnica i zdaję sobie z tego sprawę. Ale i tak boli, gdy słyszę, że na bilet one wydają 6zł. SZEŚĆ. A ja, gdy się nie zorientuję zbyt szybko, płacę ponad 10 razy więcej.
Trzecia już jest bardziej pozytywna u mnie. Mianowicie, nie można kupić miejsca siedzącego. W ogóle nie można kupić konkretnego miejsca, nawet na konkretny pociąg. Kupuje się bilet, który jest ważny 6 godzin. To, do którego pociągu, wagonu wsiadasz i czy siedzisz, czy stoisz, już nikogo nie obchodzi. Łokcie w ruch i próbujesz wsiąść. I stoisz jak sardynka, bo tyle ludzi. Dziewczyny do tej pory za każdym razem wsiadły, ale znajoma ŚUMowej raz została na peronie. Wtedy moja możliwość kupna konkretnego miejsca jest luksusem (od niedawna można samemu wybrać na obrazku gdzie chcesz siedzieć. Nareszcie, bo rozstaw numerków jest co najmniej nielogiczny, więc można kupić dwa miejsca i mieć pewność, że są obok siebie). W Pendolino można tylko takie miejsca kupić. W zwykłym można mieć miejsca stojące. Ludzie wtedy stoją nad nami siedzącymi. Nic komfortowego, ale nie jest to jakoś bardzo uciążliwe. Przynajmniej dla siedzących.
Koleje śląskie też rzucają co jakiś czas promocjami. Przykładowo, w październiku jeden z biletów mógł być za złotówkę.
Zarówno w Kolejach Śląskich, jak i w zwykłym pociągu z Warszawy, można kupić bilet u konduktora. Tylko wtedy (z Warszawy) raczej się stoi :D

Przyznam się, że zawsze pociągi kojarzyły mi się z takimi gruchotami sprzed co najmniej 20lat, spóźniającymi się i z wyłącznie wagonami przedziałowymi.




 
https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,72739,24748347,koniec-ery-kibli-w-kolejach-slaskich-staje-sie-faktem.html
Oczekiwania vs rzeczywistość, pozytywnie :D




https://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/20481/pkp-intercity-pokaze-w-krakowie-nowe-wagony.html

 Bardzo dużo osób mówiło jak to się koleje zmieniły, że są wygodne, szybkie i jak przyjemnie się jeździ. Teraz mi wstyd, że im nie wierzyłam. Serio. Obecnie pociągi to takie trochę naziemne samoloty. Cichutkie, całkiem wygodne (chyba, że się ma 1,60m i głowa nie do końca sięga do zagłówka...), z gniazdkiem elektrycznym i najczęściej są  to wagony bez przedziałów.

Co jest dla mnie baaardzo ważne, w pociągach choroba lokomocyjna nie istnieje. Bałam się straszliwie, że będę musiała brać tyle leków, że moje się zaraz skończą (Z polskich leków nic poza aviomarinem na mnie nie działa, a ten sprawia, że jestem marudna i śpię, więc go nie lubię. Używam leków z Hiszpanii albo ze Stanów). W pociągu bez leków mogę nawet czytać i nic mi nie jest. To zdecydowanie obecnie mój ulubiony środek transportu na dłuższe podróże. W sumie nie wiem, czy w samolocie też mogłabym podróżować bez leków. Zawsze je brałam na dojazd na lotnisko...

Podróży nie unikniemy, studiując w innym mieście. Ale po zdobyciu odrobiny doświadczenia, znamy już kilka trików na kupowanie biletów, wsiadanie i samą jazdę. Porównując minusy i plusy moich powrotów do domu, dalej twierdzę, że pociągi są świetne i zdecydowanie wolę je od autokarów.