Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpital. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 października 2021

Szalona, czy ambitna studentka?

Odrobinę się stresowałam praktykami w moim rodzinnym mieście. Nie znałam szpitala, nie wiedziałam jakie czynności będę mogła wykonywać, ile studentek będzie jednocześnie na oddziale. 

Przeliczyłam pozostałe wymagane godziny praktyk na dyżury i wyszło mi ich 33. Biorąc pod uwagę, że miesiąc ma 31 dni, to wizja wolnych wakacji wyglądała dosyć marnie. Na patologii ciąży robiłam tylko dniówki, tak zaleciła oddziałowa, a nocy na porodówce nie chciałam liczyć podwójnie,  ponieważ zależy mi na zdobyciu jak największego doświadczenia (i jak największej liczbie przyjętych porodów).

 Na moje szczęście do tego szpitala nie aplikowało wiele studentek położnictwa, dlatego oddziałowa dała nam pełną dowolność w terminach dyżurów. Dzięki temu, wbrew rozsądkowi, ustawiłam sobie dyżury na patologii ciąży prawie codziennie. Na oddziale okrzyknięto mnie przez to szaloną studentką. Jako jedyna robiłam "dwunastki" kilka dni pod rząd. Dzięki temu  przynajmniej miałam wolny wrzesień! 

Od sierpnia zaczęłam praktyki na sali porodowej w systemie "dzień, noc, przerwa". Nocne dyżury są różne, na jednych nie zmrużyłam oka przez całe 12 godzin, a inne przespałam prawie w całości. Raz miałam taką idealną, wymarzoną, nockę. Zanim wybiła 23:00 przyjęłam 3 porody, a po odwiezieniu ostatniej pacjentki na oddział położniczy mogłyśmy z położnymi pospać do rana, ponieważ nie było żadnego przyjęcia. 
Lubię salę porodową. Z każdym dyżurem coraz bardziej przekonuję się do pracy na tym oddziale, więcej wiem i rozumiem. Położne, z którymi przyszło mi pracować, to cudowne kobiety, tłumaczą po sto razy, podpowiadają, dzielą się doświadczeniem, pozwalają przyjmować porody, chętnie podbijają książeczkę. 

Lekarze natomiast są różni, w większości również są przyjaźnie (a przynajmniej neutralnie) do mnie, jako studentki położnictwa, nastawieni.

Jeden młody rezydent, któremu asystowałam m.in. przy szyciach, specjalnie dla mnie dokładnie opisywał i pokazywał co z czym łączy, w jaki sposób i dlaczego. Tak naprawdę sam dopiero zaczynał się uczyć i wiedział jak ważne są dokładne wskazówki. Szkoda, że przez większość czasu miał urlop, bo kto wie, może zaliczyłabym pierwsze szycie pacjentki? 

Z drugiej strony, miałam kiedyś dosyć nieprzyjemną sytuację na sali cięć cesarskich. Stałam do cięcia jako "brudna" (w ramach sali porodowej zaliczałam też chirurgię), a jednym z moich zadań było liczenie zużytych chust i gazików. Raz, jeden gazik z mycia brzucha pacjentki się zgubił. Przeszukałam pięć razy miskę, gdzie powinien być, nasz kosz na śmieci, milion razy sprawdziłam czy nie skleiły się dwa gaziki, po podłodze się prawie czołgałam w poszukiwaniu tego zagubionego, ale gazika dalej nie było. Wszyscy byli zdenerwowani, ze mną na czele, ale w momencie, gdy pani doktor rzuciła, że "jako brudna powinna stać położna, a nie studentka, bo takie sytuacje później mają miejsce", to zrobiło mi się bardzo przykro, tym bardziej, że to naprawdę nie była moja wina (no, może mogłam zgłosić trochę szybciej, że mi jednego brakuje). Koniec końców, gazik znalazłam w koszu zespołu anestezjologicznego. Trafił tam podczas mycia, choć nie powinien. Z grzeczności nie napiszę, kóry z lekarzy mył pacjentkę i mnie później nie przeprosił. 

Mam wrażenie, że podczas wakacji mieszkałam w szpitalu, a w domu jedynie spałam 😂 Gdyby nie fizyczne zmęczenie (robiłam na dyżurze między 6, a 12 tysięcy kroków) i wstawanie o 5:20, to w ogóle by mi to nie przeszkadzało! Większości moich pacjentek nie sposób było nie lubić, w dyżurce czuję się jak wśród swoich, tak dobrze mi się rozmawia i współpracuje z położnymi. Szczerze mówiąc, to żal mi było opuszczać oddział.

Gdy w szpitalu przyznawałam się, że studiuję w Warszawie, wszyscy byli ciekawi, dlaczego uciekłam tak daleko, a potem pytali jak wyglądają szpitale w stolicy. Część pytała również, czy miałam zajęcia w szpitalu św. Zofii, czyli na Żelaznej. Radośnie opowiadam wtedy o pięknym porodzie w Domu Narodzin, w którym miałam szczęście uczestniczyć. 

Oddziały i praca na nich nie różnią się wiele od tych, które widziałam w Warszawie, co czasami dziwi położne. Zaskoczyło mnie jedynie to, że do położnych należy ścielenie umytych łóżek oraz rozwożenie posiłków. Anegdotka: "warszawska szkoła" ścieli łóżka inaczej, idąc przez oddział byłam w stanie powiedzieć, które łóżka ubrałam ja, a które ktoś inny.

Sala porodowa to powiew nowości z 2000 roku. Zgodnie z opowieściami mojej mamy i położnych wtedy luksusem były boksy z zasłonką z jednej strony, ponieważ gdzie indziej były sale wieloosobowe z kotarkami. Obecnie łóżka i KTG są oczywiście nowe, opieka również jest na bardzo wysokim poziomie. Używane są wszystkie możliwe udogodnienia, czyli piłka, krzesełko porodowe, wanna, prysznic, pozycje wertykalne w pierwszym i na początku drugiego okresu porodu. Jedyne, czego mi brakowało, to osobne sale dla rodzących (a nie boksy) oraz wanna/prysznic na każdej sali. Chociaż nie ukrywam, że dla nas, położnych, boksy z zasłonką to całkiem wygodne rozwiązanie, ciągle widzimy pacjentki (one siebie nawzajem nie), słyszymy co się u nich dzieje, jak zmienia się ich sposób oddychania. Jednak komfort pacjentki jest zupełnie inny, gdy sala jest zamykana i to powinno być naszym priorytetem. Brakowało mi również znieczuleń do porodu, ale niestety ilość anestezjologów jest zbyt mała, by mogło to być standardem.

Końcem sierpnia spędziłam 3 dyżury na patologii noworodka i na intensywnej terapii. Pierwszego dnia nie zabrałam swetra, bo przecież dzieci muszą mieć ciepło, więc wytrzymam w krótkim rękawku. Owszem, muszą, w inkubatorze. Dawno tak nie zmarzłam, jak tego pierwszego dnia. 
Karmiłam dzieci, przewijałam je, przyglądałam się pobieraniu krwi, szczepieniom, podawaniu leków, przyjęciom, ale moim głównym zajęciem było uspokajanie jednego malucha, który ze względy na swoją przypadłość był bardzo drażliwy na bodźce zewnętrzne. Nie narzekałam, czułam się potrzebna, a maluszek był uroczy. Po sali porodowej ten oddział wydawał mi się bardzo spokojny, monotonny, choć wiem, że może być taka sytuacja, że nie wiadomo w co ręce włożyć, tym bardziej na OITN.

Ostatnie 3 dyżury, już we wrześniu, spędziłam na oddziale chorób wewnętrznych i diabetologii. Bałam się tego oddziału, bo to zupełnie inne środowisko, nigdy nie byłam na internie. Nie było czego, bo pielęgniarki traktowały mnie bardzo fajnie, a ze względu na to, że będę położną, to nawet trochę ulgowo. 
Tutaj byłam przydzielona do jednej pielęgniarki i robiłam wszystko z nią. Rozwoziłyśmy posiłki i pomagałyśmy jeść pacjentom, którzy tego wymagali, wykonywałyśmy toaletę pacjentów (chwała niebiosom za specjalne szmatki i pianki do mycia, chociaż trochę niwelują zapachy), zmieniałyśmy pościel, zawoziłyśmy ich na badania, przygotowywałyśmy leki i kroplówki, jednego dnia nawet naciągałam i podawałam insulinę. 
Powiem tak, przeżyłam, cieszę się, że wybrałam położnictwo i podziwiam wszystkie pielęgniarki, bo mają ciężką pracę. Nie mówię, że położne mają łatwo, ale jest to naprawdę inny świat. Dla porównania, prawie wszystkie pielęgniarki mówiły mi, że podziwiają położne, bo one nie dałyby rady pracować przy porodach i zobaczenie porodu  raz czy dwa w zupełności im wystarczyło.


Uwielbiam pracę w szpitalu, ale prawdą jest, że jest to męcząca praca. Z wielką ulgą powitałam wrzesień, w którym w końcu pojechałam z przyjaciółką na wczasy i naładowałam baterie. Kolejny rok będzie intensywny i choć plan zajęć zapowiada się nienajgorzej, to jednak pisanie pracy licencjackiej i wyrabianie godzin praktyk indywidualnych w trakcje roku akademickiego już niebawem zapełni mój kalendarz po brzegi.
Pełna optymizmu wkraczam na trzeci, ostatni rok studiów licencjackich, trzymajcie kciuki, by wszystko poszło po mojej myśli.

sobota, 19 czerwca 2021

Praktyki indywidualne

Praktyki indywidualne, czyli te, które zazwyczaj odbywamy w wakacje, załatwiamy sobie sami. I powiem szczerze, że trochę czasu trzeba na to poświęcić.

Najważniejsza zasada, to na pewno "zacznij załatwiać takie sprawy szybko", najlepiej w marcu lub kwietniu.
Może to kwestia tego roku, gdzie mój rocznik odbywa również zaległe praktyki z 1 roku, może jest tak zawsze, ale w Warszawie w chwili obecnej znalezienie szpitala, który ma jeszcze miejsca na lipiec i sierpień, jest chyba niemożliwe. Dlatego warto "zarezerwować" sobie miejsce w wymarzonym szpitalu.


Ja postanowiłam odbyć prawie całe praktyki w mieście rodzinnym, które nie jest miastem typowo akademickim (a przynajmniej nie ma tam kierunku położnictwo). Jedynie oddział położniczy i noworodkowy (z pierwszego roku) robiłam w Warszawie. Wybrałam szpital, w którym byłam na zajęciach w styczniu, a dodatkowo taki, w którym pierwszy rok nie ma praktyk uczelnianych. Dzięki temu dyżury mam również w ciągu tygodnia, nie tylko w weekendy.

Ale od początku.

W pewien magiczny dzień Pani z dziekanatu wydaje nam skierowania na praktyki zawodowe. Jest na nich wypisane dokładnie ile godzin dydaktycznych z danego przedmiotu musimy wyrobić. Przykładowo: Po pierwszym roku z przedmiotu POP mamy do wyrobienia 80h dydaktycznych, co w przeliczeniu daje 60h zegarowych, czyli 5 dyżurów.
Dyżury nocne są dopuszczane, jak najbardziej! Liczą się nawet podwójnie, szybciej można wyrobić potrzebne godziny.
Szpitale wymagają różnych dokumentów w procesie rekrutacji na praktyki. Takie informacje znajdzie się na stronie szpitala, dzwoniąc do osoby odpowiedzialnej za praktyki lub pocztą pantoflową od innych studentów.


Prawie wszystkie szpitale w Warszawie mają podpisaną umowę z Uniwersytetem, więc wystarczy wysłać mailowo (lub dostarczyć osobiście) ręcznie podpisane podanie z zakresem dat, skierowanie, potwierdzenie badań sanitarno-epidemiologicznych oraz potwierdzenie ubezpieczenia (OC medyczne i OP, resztę zapewnia uniwersytet). Studenci WUM korzystają najczęściej z tego ubezpieczenia (pakiet 3). W moim przypadku tyle wystarczyło. Wiem, że w innych szpitalach potrzeba było więcej dokumentów lub konkretne formularze podań do wypełnienia. Czasami potrzeba zgody oddziałowej, prezesa/dyrektora szpitala, więc trochę biegania jest, ale wszystko do zrobienia.
Następnym krokiem jest ustalenie dat dyżurów i pojawienie się na nich 😄.


Co należy zrobić w sytuacji, gdy praktyki chcemy odbywać poza Warszawą? Sprawa się odrobinę komplikuje, ponieważ szpital musi podpisać umowę z Uniwersytetem.

U mnie wyglądało to tak, że zaczęłam od wykonania telefonu do działu szkoleń w szpitalu, by dowiedzieć się, czy jest szansa na przyjęcie na dane oddziały i jakie mają być moje następne kroki.
Wysłałam wszystkie badania, ubezpieczenia, podanie zawierające wykaz oddziałów, godzin i zakres dat, w których jestem skłonna przyjść na dyżur oraz skierowania do dyrektor szpitala. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi zgłosiłam się do dziekanatu z prośbą o przygotowanie umowy, którą muszą podpisać obie strony, a po jednym egzemplarzu zostaje w każdej z jednostek.

Zanim dziekan podpisał moje dokumenty, zdążyłam pojechać na majówkę do domu. Później okazało się, że umowę muszę odebrać osobiście, więc pojechałam specjalnie do Warszawy (przy okazji przywożąc rower 💖), tego samego dnia wróciłam do Bielska, dwa dni później zawiozłam dokumenty do szpitala i znowu pojechałam do Warszawy, już na zajęcia. Jeden egzemplarz umowy odebrali i wysłali mi pocztą rodzice. Nie mają ze mną łatwo. Kolejnym krokiem będzie spotkanie się z oddziałową, aby ustalić konkretne daty dyżurów i pojawienie się na nich, ale to po sesji.

Na zakończenie praktyk na danym oddziale zbieramy podpisy w książeczkach (w kilku miejscach, żeby nie było za łatwo) i na skierowaniach. Skierowanie składamy w dziekanacie i voilà! Praktyki indywidualne zaliczone!

wtorek, 6 kwietnia 2021

Sala porodowa i tysiąc różnych emocji

Niesamowicie się bałam tego oddziału. Szczerze mówiąc, to dalej nie jestem najspokojniejsza idąc na dyżur. Sala porodowa to miejsce, gdzie nigdy nie wiesz, co się wydarzy, czy się wydarzy, ani w jakim tempie.

W szpitalu na Bródnie uczestniczyłam w 4 porodach, a na moje ręce na świat przyszło troje dzieci, Wiktor, Eryka i Laura.

Uczestniczyłam również w kilku cesarskich cięciach jako "brudna" instrumentariuszka (czyli ta, która nie ma sterylnych rękawiczek i wyrzuca sterylnie potrzebne rzeczy na stolik, cewnikuje pacjentkę.

Pierwszy poród, przy jakim byłam (i który przyjęłam na cztery ręce razem z położną) był dla mnie fascynujący, wręcz magiczny. Z pacjentką nawiązałam naprawdę fajny kontakt, poród położna prowadziła łagodnie i powoli, pacjentka z nami wspaniale współpracowała. Naprawdę życzę każdemu takiego pierwszego zetknięcia z narodzinami.

Nie łudźcie się, że ja dokładnie wiedziałam, co mam robić i gdzie kiedy stać. Plątałam się położnej pod nogami jak mały intruz, nie wiedziałam kiedy dokładnie się umyć, kiedy rozłożyć zestaw do porodu, łóżko. W przyjęciu łożyska też potrzebowałam pomocy, bo miałam wrażenie, że mi wypadnie z rąk. Fantomy jednak nie oddają rzeczywistości we właściwy sposób. Teorię mogę sobie znać, przydaje się bardzo, ale praktyka to zupełnie inny świat, pełen zaskoczeń.

Na zajęciach akademickich, gdy uczymy się całej "otoczki" porodu, to uczymy się tego powoli, w pełni skupieni uważamy na to, co robimy. Na sali porodowej trzeba zdecydowanie przyspieszyć. Tak przynajmniej z 10 razy.

Drugi poród, w którym uczestniczyłam, dział się tak szybko, że mało co z niego pamiętam. Pacjentka na izbie miała rozwarcie na 8 cm, u nas na oddziale od razu 10 i wytaczającą się głowę. Nikt się nie zdążył porządnie ubrać, potrzebowałyśmy z położną dodatkowych par rąk do pomocy, bo czas nas gonił, ja jeszcze nie do końca wszystko ogarniałam (mój drugi poród - miałam prawo), a pacjentka nie współpracowała. W momencie, gdy w największym stresie życia w końcu założyłam (oczywiście za duże o 3 rozmiary) sterylne rękawiczki, dziecko było już na świecie, ja jedynie pomogłam tacie przeciąć pępowinę i przyjęłam łożysko.

W jakimś stopniu jestem perfekcjonistą, bardzo nie lubię, gdy nie wiem, co mam robić, gdy coś mi nie wychodzi kolejny raz (choć mam pełną świadomość, że dopiero się uczę i ma prawo), albo potrzebuję pomocy ze względu na moją niekompetencję. Podczas tego porodu byłam chyba najbardziej zagubionym i zdenerwowanym człowiekiem na ziemi. Byłam też (niesłusznie) zła na siebie, bo choć bardzo chciałam i starałam się robić co do mnie należy, nie dawałam rady. Podczas tego porodu po raz pierwszy, przez dosłownie kilka sekund pomyślałam sobie, że może położnictwo nie jest dla mnie. W domu musiałam odreagować (więc klasycznie coś upiekłam 😂) i odespać to wydarzenie, by pełna nowych sił i motywacji wrócić dwa dni później na kolejny dyżur. 😅

Trzeci i czwarty poród to znowu przyjemny i magiczny świat. Podobno po trzecim wyszłam z sali jak odmieniony człowiek i cały dzień emanowałam dumą z samej siebie. Tak też się czułam. Gdy koleżanka postanowiła mi zademonstrować moje wyjście z sali, popłakałam się ze śmiechu.

Z każdym porodem zyskuję większą pewność siebie, moich decyzji i działania. Myślę, że gdyby następny poród był w stylu tego drugiego, to już bym sobie poradziła. Nie idealnie, ale poradziłabym sobie. Ale nie chcę tego sprawdzać! 😜

Na koniec ponarzekam jeszcze na studentów kierunku lekarskiego, którzy wchodzą na salę, by zobaczyć poród. Wiem, że muszą mieć jakieś doświadczenie i jakiekolwiek pojęcie na temat przyjęcia porodu siłami natury, ale serio, niech siedzą w jego trakcie cicho, ich obecność dla nas, studentek położnictwa, jest wystarczająco stresująca. Po przyjęciu łożyska czekałam z ocenieniem go na położną, bo mogłabym czegoś nie zauważyć, uszkodzić je. Powtarzałam sobie w głowie, co mam zrobić i w tym momencie nachyla się do mnie student lek-u i mówi mi wyniośle "łożysko musisz ocenić". No co ty nie powiesz człowieku. W tamtej chwili, na temat oceny łożyska, miałam większą wiedzę niż on. Pewność siebie zdecydowanie odwrotnie...

Osobiście odnoszę wrażenie, że pacjentkom nie za bardzo podoba się tak liczna "widownia" w postaci studentów przy porodzie, ale wstydzą się o tym powiedzieć. Kim innym jest studentka, która zajmuje się pacjentką dłuższy czas, wspiera ją, przyjmuje poród lub asystuje przy nim, czy lekarz który stoi na sali "w razie czego", a kim innym są studenci (niezależnie od kierunku), którzy stoją i nic nie robią.
Chciałam właśnie napisać, że nigdy nie weszłabym na salę, gdybym była tam zbędna. Potem przypomniałam sobie, że niewiele brakowało, bym raz dołączyła do grona niepotrzebnych gapiów. U pacjentki mojej koleżanki musiało zostać wykonane ręczne wydobycie łożyska, którego nigdy na żywo nie widziałam. Położna ustawiła mnie w rogu sali, abym obserwowała zabieg. Chyba mi trochę ulżyło, gdy mąż pacjentki poprosił, by na sali zostało mniej osób, przez co wszyscy studenci (łącznie 6 osób) wyszli. Czułam się tam co najmniej nie na miejscu, jakbym wchodziła z butami w czyjś prywatny, intymny świat. Kto wie, może "zbędna widownia" przy porodzie fizjologicznym ma podobne odczucia jak ja?

Po 8 dyżurach stwierdzam, że odnalazłabym się w pracy na sali porodowej. Byłoby to dla mnie duże wyzwanie, ponieważ musiałabym wyjść ze swojej "strefy komfortu", czyli uporządkowanej, bardziej przewidywalnej pracy na oddziałach takich jak patologia ciąży, czy położnictwo. Rok temu zdecydowanie bardziej wiedziałam na jakich oddziałach ewentualnie widzę się w przyszłości. Obecnie widzę jedynie ogromny wachlarz możliwości. Co wybiorę, to pokaże przyszłość.

poniedziałek, 22 marca 2021

Patologia ciąży

Ponad tydzień temu ukończyłam praktyki na pierwszym z oddziałów, które muszę poznać w 4 semestrze. 
Nie ukrywam, że kiedyś (dawno i nieprawda) myślałam, że patologia ciąży to nudny oddział, bo nie ma dzieci i rodzących, mało autonomii, wykonujemy czynności czysto pielęgniarskie. Jak bardzo się myliłam!! 
Jak już poprzednio wspomniałam, oddział niesamowicie mi się podobał. Nie wiem, czy w każdym szpitalu, ale na "Żwirkach" dużo się na patologii dzieje, jest wiele przyjęć, przekazywania czy wypisywania. Miałyśmy to szczęście, że naprawdę wiele czynności mogłyśmy samodzielnie wykonywać. 
Pobieranie krwi nie sprawia mi już trudności (chyba, że żyły są naprawdę trudne albo pacjentka jest obrzęknięta - wtedy NIC nie widać i ledwo czuć), zakładanie wenflonu na dłoń muszę zdecydowanie poćwiczyć, trafiłam na naprawdę niełatwe przypadki, więc było trudno, ale gdy pacjentka miała piękne żyły, była dobrze nawodniona, to wkłułam się za pierwszym razem, bez najmniejszych problemów. Przygotowałam też tyle antybiotyków, iż mam wrażenie, że jestem je w stanie zrobić przez sen. Pięć razy asystowałam przy zakładaniu cewnika Foley'a do preindukcji porodu, raz byłam przy zakładaniu Pessara na szyjkę (jego rozmiar był dla mnie szokiem, naprawdę współczuję pacjentkom momentu zakładania go, bo jest on naprawdę bolesny).
Niektóre pacjentki, ze względu na stan zdrowia, swój lub dziecka, leżą na oddziale patologii dłuższy czas. Z kilkoma z nich nawiązałyśmy naprawdę fajny kontakt, aż smutno było się potem pożegnać. Podłączanie KTG czy wysłuchiwanie maluchów sprzyja rozmowom, ponieważ czasami znalezienie FHR to prawdziwe wyzwanie, szczególnie we wczesnych ciążach. Naprawdę wiele razy spędzałyśmy dłuższą chwilę w jednej sali, bo opiekując się pacjentką, tak swobodnie nam się rozmawiało, że się zagadałyśmy. 
Właściwie umiejętność rozmowy z pacjentkami, a nawet ich zagadywanie bardzo się przydaje. Wbrew temu, co mówią, nie wszystkie znoszą pobieranie krwi "bardzo dobrze". Widać po nich stres, zaciśnięte zęby, jeszcze zanim zdążymy zbliżyć igłę do skóry. Szczególnie gdy usłyszą, że jesteśmy studentkami. Rozumiem to, ja sama nie znoszę, gdy ktoś musi na mnie wykonać jakiś zabieg. Odwracam wówczas głowę i staram się myśleć o czymś innym, o tym co pomaga. Do tego samego staram się namówić pacjentki. Rozmawiamy wtedy o maluchu, starszych dzieciach, nawet o ich zawodzie. Pamiętam, że do jednej z nich, wyjątkowo zdenerwowanej, nawijałam jak katarynka, gdy moja koleżanka przygotowywała się i pobierała krew. Wydaje mi się, że pacjentkę uspokoiłam, choć może była po prostu zaskoczona ilością słów, które wypowiedziałam w ciągu 30 sekund. Ja na pewno byłam… :)
Pacjentki są bardzo różne. Od tych, które przyjmują bardzo roszczeniową postawę, poprzez rozgadane, zamknięte w sobie, po takie, które najchętniej by nas przeprosiły za to, że musimy się w ich słabe żyły wkłuć.Jednak nie mnie oceniać ich postawę. Każdy z nas reaguje inaczej na nieprawidłowości, każdy ma inną potrzebę ilości i jakości opieki, każdy się boi i denerwuje na własny sposób. Nigdy do końca nie wiemy, w jakim środowisku pacjentka na co dzień żyje, co nią kieruje, jakie historie ciążowo-porodowe (i na ile rzetelne)  do niej dotarły. Każdą pacjentkę traktujemy z należytym szacunkiem i oferujemy jej najlepszą możliwą opiekę, nie ignorując żadnych, nawet najbardziej nieprawdopodobnych dolegliwości. To jest rola położnej, wspierać, nie oceniać. 
Czasami patrząc na uśmiechniętą, rozgadaną i pozytywnie nastawioną  pacjentkę, można się naprawdę zdziwić, jak wiele schorzeń u niej występuje i co znajdziemy w historii jej choroby. Podziwiam takie kobiety. 
Zastanawiałam się ostatnio, czy gdybym trafiła na inną grupę, to dyżurowałoby mi się równie dobrze. W naszej grupie współpracuje nam się naprawdę bezproblemowo, nie utrudniamy sobie życia, powiedziałabym wręcz, że robimy, co możemy, by je ułatwić, gdy sytuacja tego wymaga, pomagamy sobie, podpowiadamy. Na szczęście wszystkie jesteśmy “ogarnięte” i wystarczająco zorganizowane, więc szybko dzielimy się pracą,  ustaliłyśmy nawet sobie kolejkę, według której wykonujemy procedury, by nic żadnej z nas nie ominęło.   Wydaje mi się, że położne doceniają tę naszą pracę zespołową i to, że garniemy się do pracy i pomocy. Ufają nam przez to bardziej, a co za tym idzie - pozwalają zrobić więcej !
Na patologii ciąży spędziłyśmy sześć 12-godzinnych dyżurów, miałyśmy także kilka godzin zajęć zdalnych/seminaryjnych. Gdy nareszcie zaczęłam się czuć na oddziale "jak u siebie", musiałam go pożegnać, aby zacząć praktyki w innym miejscu.  Przed sobą mam jeszcze kilka oddziałów. Następny? Sala porodowa. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 2 lutego 2021

O tym, jak sylwester mnie ominął i o oddziale położniczym

Tak jak pisałam Wam poprzednio, zapisywanie się na dyżury mentoringowe wygląda na zasadzie dopisywania się na dyżury konkretnych położnych. Pod koniec grudnia dostałyśmy grafik styczniowy. 

W szpitalu, do którego przypisana jest moja grupa, na oddział położniczy możemy przychodzić tylko na dzienne dyżury. Dlatego trudniej jest się dopasować. W drugiej połowie miesiąca czekały nas jeszcze zaliczenia, więc każdemu zależało, by do szpitala pójść początkiem stycznia. W tym mnie.
Z 23 terminów zdecydowałam się wybrać wszystkie, gdy nie muszę za bardzo kombinować z przesuwaniem zajęć, czyli 13 dyżurów. Wpisałam nawet 1 stycznia.

Gdy dostałyśmy od naszej starościny uzupełniony grafik, okazało się, że dostałam 3 dyżury z mojego drugiego wyboru. W tym 1.01.2021. Gdybym tego dnia nie podała, nie wiem, czy miałabym dyżury u tej samej położnej (co jest lepsze i co jest naszym priorytetem podczas ustawiania dyżurów), czy dzielone. Dlatego podałam wszystko, co możliwe, licząc się z konsekwencjami. Poza mną, tylko dwie dziewczyny podały dyspozycyjność tego dnia, obie mają po 3 dyżury u innych położnych, więc na tym konkretnym dyżurze byłam jedyną studentką na oddziale. Więcej dla mnie do zrobienia, nauczenia się i wpisania do książeczki! Z drugiej strony nie ma z kim poplotkować i ponarzekać. Ale nie nudziłam się!

Nie miałam planów na Sylwestra. Szczerze mówiąc, to nie mam ich od kilku lat, więc COVID mi nic nie pokrzyżował. Od liceum obracałam się w towarzystwie, gdzie Sylwestra spędza się z „poprzednią ekipą” (trzeba jeszcze taką mieć). Planowaliśmy z rodzicami wieczór gier i filmów. Trochę mi smutno, że mnie to ominęło. Uwielbiam grać w planszówki, ruszyć szare komórki inaczej niż podczas nauki.
Odkąd wybrałam położnictwo, to śmiałam się, że branie sylwestrowych dyżurów nie będzie dla mnie w przyszłości w pracy problemem. Nie spodziewałam się, że zacznę już jako student. Jakoś, gdy podawałam datę 1.01, nie dotarło do mnie, że w sylwestra muszę wsiąść w pociąg i wrócić do Warszawy, a po dotarciu na miejsce pójść spać, by wstać o 5 rano. A co najgorsze, znowu musiałam zostawić mojego kotka w innym mieście!

Dzień na oddziale był spokojny, ponieważ to świąteczny dzień, bez planowych cięć cesarskich, badań, które można odłożyć na następny dzień. Przystawiałam maluszki do piersi, pomagałam je ubierać i przewijać, ważyłam je, przygotowywałam i roznosiłam leki, wykonałam kilka zastrzyków przeciwzakrzepowych (czyli iniekcję podskórną, zazwyczaj w brzuch, ale można również np. w ramię), podłączałam kroplówki i pobierałam krew.

Drugi dyżur trafił mi się we wtorek, zwykły dzień, więc pracy było dużo więcej, ale byłam z tego powodu zadowolona. Ile ja się tego dnia dzieci nanosiłam i naubierałam! Gdy pacjentka przyjeżdża na oddział położniczy po cięciu, do nas należy ubranie noworodka i przystawienie do piersi. Jedna z pacjentek (której pomagałam w „uruchomieniu” po cięciu) miała kochane dziecko-przylepę. Co próbowałam odłożyć małego do wózeczka, by mama mogła się przespać, odpocząć, to chłopczyk się budził i zaczynał płakać. Uspokajał się tylko na rękach, przytulony. Gdy mama wyszła na chwilę do łazienki, to oczywiście mały człowiek protestował, ale bardzo szybko się uspokoił, gdy zamiast zostawić w wózeczku, wzięłam go na ręce. Mama nie będzie miała z nim łatwo. Z jakiegoś powodu był to do tej pory mój ulubiony pacjent. Zapamiętam go na długo.
Tego dnia nowością dla mnie było wykonanie zastrzyku domięśniowego (zakończonego sukcesem i bardzo miłym komentarzem pacjentki) i badanie słuchu dzieciom. Badanie to nie jest trudne do wykonania, gdy są zachowane odpowiednie warunki (cisza na sali i spokojne dziecko). Specjalną końcówkę wkłada się do kanału słuchowego dziecka, a urządzenie od WOŚP robi resztę. Czasami badanie wychodzi nieprawidłowe, ale nie oznacza to od razu, że dziecko ma zaburzenia słuchu, możliwe, że w uszku znajduje się jeszcze maź płodowa, która zaburza wynik. Powtarza się wtedy badanie następnego dnia lub dwa dni później.

Trzeci dyżur, choć w niedzielę, też był pracowity. Zmieniałam chyba milion kroplówek, podawałam zastrzyki przeciwzakrzepowe, wykąpałam czworo dzieci (trójka płakała jakbym je co najmniej ze skóry obdzierała, a jedno okazało się miłośnikiem kąpieli), mierzyłam słuch dzieciom stresując się przy tym niemiłosiernie, ponieważ dopiero w czwartej, czy piątej sali wynik był prawidłowy. Położna po mnie sprawdziła i okazało się, że nie popełniłam błędu, dzieci zostały skierowane na dalsze badania. Nowością był zastrzyk domięśniowy, profilaktyka, gdy mama ma ujemny czynnik Rh, a dziecko dodatni. Oczywiście pomagałam w przystawianiu do piersi (idzie mi to coraz lepiej!), przewijaniu, ubieraniu.

Moja siostra mnie wyśmiała i stwierdziła, że nadaję się na położną, gdy radośnie opisałam jej sytuację, gdy widziałam oddanie pierwszej smółki dziecka. „Skoro ty się kupą fascynujesz, to dobrą położną będziesz”. Kryteria ma dziwne, ale komplement przyjmę…

Aby ostatecznie móc wypisać dziecko, potrzebny jest prawidłowy pomiar saturacji (powyżej 96%). Jeszcze nie spotkałam się z dziećmi, które tę saturację miałyby nieprawidłową, ale aparat co chwilę tak pokazuje, ponieważ stópki dziecka są zimne. Wskazówka ode mnie → stopa w skarpetkę i pocieramy (dosyć porządnie) minutkę lub dwie, jeśli to nic nie daje, prosimy mamę, by robiła to samo, a my wracamy za kilkanaście minut. Do tej pory niezawodny sposób.

Tego dnia miałyśmy dużo wypisów, a było naprawdę bardzo zimno, więc wszystkie dzieci, które odprowadzałyśmy do wyjścia musiały być poubierane na cebulkę i wyglądały jak małe, puchate bałwanki. Zapinając je w fotelikach ciężko było określić, jak mocno zacisnąć pasy na tej ilości ubranek, ale zawsze sobie jednak radziłyśmy. Ja sama chyba trzy pacjentki odprowadziłam. Od rodziców pewnych kochanych bliźniaków dostałyśmy nawet torcik na pożegnanie. Było nam miło i niezręcznie jednocześnie. Zwykłe „dziękuję” naprawdę wystarczy, wykonujemy w końcu tylko naszą pracę. Torcik był pyszny, ale przez takie prezenty położne tyją!

niedziela, 13 grudnia 2020

Pierwszy dyżur!

Jak ja na niego czekałam!

Od ostatniego wpisu, nastąpiły oczywiście zmiany na plus. Obecnie nie musimy wysyłać podań o wolontariat do szpitali i liczyć na przyjęcie. Teraz dostajemy grafik położnych z przypisanego do naszej grupy szpitala, wpisujemy się na dyżur (maksymalnie dwie osoby do jednej położnej) i przychodzimy na 12 godzin. Na sali porodowej można było zapisać się również na noc. W drugim semestrze, gdy zajęcia praktyczne są wpisane w plan zajęć, zapisy będą wyglądać zupełnie inaczej, ale jak, to się jeszcze okaże. 

W mojej grupie byłam w drugiej "dwójce", która była na dyżurach  na przełomie listopada i grudnia.

Zaczęłyśmy od porodówki, ale nasza mentorka, podczas pierwszego dla nas dyżuru, przypisana była do położnic tam przebywających, więc zajmowałyśmy się tylko nimi. Zarówno ja, jak i moja koleżanka, byłyśmy z tego powodu zadowolone. Zaczęłyśmy na spokojnie, bez pośpiechu. 

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, to zważenie, zmierzenie i założenie pieluszki dzielnej dziewczynce. Byłam tak skupiona na tym, co i jak mam zrobić, że nie pamiętam jej imienia 😓. Pierwszy raz trzymałam na rękach takiego maluszka. Nie miałam wrażenia, że zaraz wyleci mi z rąk, ale tak okropnie się stresowałam tym, że ją źle złapię i to ją zaboli. Nawet nie zapłakała, więc sukces nr 1! Na wadze już nie było tak miło, bo zaczęła płakać. Ale to nie była moja wina, więc byłam spokojniejsza. Po powrocie na ręce uspokoiła się. Czułam się wtedy co najmniej wspaniale. Ważyłam tego dnia dwoje dzieci i oba maluszki płakały i wierciły się w trakcie. Chyba nikt nie lubi ważenia.

Mam wrażenie, że nauczyłam się bardzo dużo w trakcie tych 12 godzin. Pobierałam krew, przygotowywałam i podawałam leki, zdejmowałam wenflon, mierzyłam ciśnienie, przygotowywałam kroplówki, podałam nawet dziecku witaminę K! To ostatnie zdecydowanie było bolesne i nieprzyjemnie. Bardzo Cię maluszku przepraszam, ale ta iniekcja była nieunikniona. 

Następne dwa dyżury też mi się podobały. Szczególnie drugi, podczas którego opiekowałam się rodzącą. Niestety porodu nie doczekałam, ponieważ skończył mi się dyżur.

Co robiłam podczas tej opieki? Głównie trzymałam (dosyć mocno) pelotę KTG, dbając o ciągłość zapisu, bo lubiła się zsuwać. Zakwasy w prawej ręce miałam dobre kilka dni. Podłączałam również oksytocynę używając pompy i podgrzewałam pani groszki (termofor). Zbadałam również pacjentkę wewnętrznie. Starsze koleżanki mają rację, gdy mówią, że podczas pierwszego badania bardzo ciężko wyczuć cokolwiek. Wierzę, że ta umiejętność przyjdzie z czasem. Ćwiczenie czyni mistrza, prawda?

Jednak zanim "dostałam" pod opiekę rodzącą, znowu zajmowałam się położnicami. Podawałam antybiotyki (Taromentin i Unasyn przygotuję już z zamkniętymi oczami, obudzona w środku nocy), mierzyłam stan ogólny, pomagałam w przystawieniu dzieci do piersi, kontrolowałam bilans płynów, cewnikowałam (nie powinnam się z tego cieszyć, bo to nic przyjemnego dla pacjentki, ale jakoś mi ciężko się powstrzymać...), pielęgnowałam noworodka, pomagałam nawet w "uruchomieniu pacjentki" 2h po porodzie. 

Trzeci dyżur był bardzo podobny do pierwszego i początku drugiego. Nad rodzącą czuwała tym razem moja koleżanka, więc ja tego dnia znowu zajmowałam się położnicami. Czułam się już dużo pewniej. Wiedziałam gdzie co leży, jak przygotowywać leki. Dwa ostatnie dyżury miałam dzień po dniu, dlatego kojarzyłam część kobiet przebywających na oddziale. Bardzo to ułatwiło komunikację z nimi. Wydaje mi się, że nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktu z pacjentkami, przychodzi mi to naturalnie. Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, gdy wchodzę do sali, robię swoje i wychodzę. Staram się zawsze zapytać o samopoczucie, o to, jak się ma maleństwo. Przełamuje to pierwsze lody, pacjentka zaczyna nam ufać, istnieje mniejsze prawdopodobieństwo tego, że nam, studentkom, odmówi wykonania na niej zabiegu. Zdarza się, że pacjentki nie wyrażają zgody na np. pobranie krwi przez studentkę. Miałam taką sytuację. Na to nic nie poradzimy, pacjentka może mieć swoje powody, czasem całkiem słuszne. Moja pacjentka wiedziała, że naprawdę bardzo źle znosi pobieranie krwi. Teraz się cieszę, że to nie ja panią kłułam, bo tylko bym się zestresowała jej reakcją.

Bycie studentem na oddziale ma też swoje inne oblicze. Jesteśmy "do pomocy" w każdym tego słowa znaczeniu. Trzeba pozwijać wyprane pasy do KTG? Siedzimy i zwijamy. Trzeba pociąć ligninę? Maszynka w ręce i tniemy. Trzeba poskładać  foliowe fartuszki? Zadanie dla nas. Rozpakować dostawę, uzupełnić sale? Radośnie się za to zabieramy. Nie potrafię określić jak się na początku czułam wykonując te czynności. Kiedy niewiele się działo, był to sposób na nienudzenie się. Poza tym, ktoś to musi zrobić, dlaczego nie my, skoro mamy czas? Rozpakowywanie dostawy i uzupełnianie sal doceniłam na 3. dyżurze, gdy od innej studentki (to był jej 1. dyżur) usłyszałam słowa pełne podziwu, że wiem dokładnie w której szafce znaleźć zlecony lek, skąd wziąć strzykawki i igły, gdy zaczyna ich brakować. A w cięciu ligniny byłam całkiem dobra, cięłam w miarę prosto (nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale serio z ostatnich porcji byłam całkiem dumna).


Czy mam jakieś rady dla tych, co swój pierwszy dyżur mają jeszcze przed sobą? 

Nie denerwujcie się nim. Wszyscy wiedzą, że to pierwsze zetknięcie ze szpitalem, więc ma się pewnego rodzaju "taryfę ulgową". Oczywistą sprawą jest to, że jesteśmy studentami, mamy prawo popełniać błędy, nie umieć wykonać podstawowych czynności.  Ja osobiście nie spotkałam się z tym, by ktoś mnie źle potraktował, gdy czegoś nie wiedziałam lub nie umiałam zrobić. Mam jednak świadomość, że niestety takie sytuacje się zdarzają. Nie należy brać wtedy takich słów do siebie i robić swoje. Jeżeli ktoś ma odwagę, to można przypomnieć, że jesteśmy początkującymi studentkami, choć szczerze mówiąc, ja bym chyba nie miała. 

Pytajcie. Nawet tysiąc razy. Lepiej zapytać kolejny raz niż popełnić błąd. Nie próbujcie odpowiedzieć pacjentce na pytanie, gdy nie macie wiedzy na dany temat. Bieganie tam i z powrotem na odcinku "dyżurka-sala pacjentek" to norma. Osobiście uważam, że pytając, pokazujemy chęć nauki, pomocy, "bycia przydatnym". To procentuje. 

Nie bójcie się wykonywać zabiegów, przygotowywać leków. To jest przerażające na początku, bo co innego rozpuścić sobie w domu Gripex, a co innego przygotować antybiotyk dla obcej osoby. Uważam, że wręcz należy się "pchać", gdzie tylko się da, do jakiejkolwiek czynności. Czasami położne (nie mentorki) pytają czy któraś ma czas albo czy zrobiłaby to i to. Krzyczycie tak, odkładacie jedzenie i biegniecie się uczyć. Dzięki takiemu zachowaniu pomagałam uruchomić pacjentkę po porodzie. Dlatego, gdy później pomagałam koleżance zrobić to samo, ja robiłam za tą "doświadczoną".

Ostatnia "rada" nie jest aż tak ważna, jeśli chodzi o naukę, ale uważam, że bardzo ułatwia funkcjonowanie na oddziale. Żyjcie w przyjaznych stosunkach z koleżankami z dyżuru. Nawet, jeżeli widzicie kogoś po raz pierwszy w życiu i myślicie sobie "to my razem studiujemy?" Wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia, by trafić na dyżur z kimś, kogo znają, a co dopiero z kimś, kogo szczerze lubią. Ja miałam. Mam nadzieję, że na oddział położniczy znowu trafimy w tym samym składzie, bo współpracowało się nam znakomicie.


Jestem teraz rozdarta. Uwielbiam święta i chciałabym, by trwały jak najdłużej. Pieczenie pierniczków, ubieranie choinki (i wdychanie jej cudownego zapachu!), świąteczne swetry i skarpetki, siedzenie przy kominku z kakao lub herbatą to zdecydowanie mój świat. Z drugiej strony w styczniu czekają mnie kolejne dyżury. Całe trzy, chyba że zdecyduję się na wolontariat (co nie zachęca, kiedy zaliczenia i sesja są na horyzoncie). 

Wesołych Świąt!