Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Covid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Covid. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 listopada 2020

Światełko w tunelu

Każdy wpis mam ochotę zacząć hasłem "Co za rok...". Oby ta pandemia się skończyła w najbliższym czasie (choć nic na to nie wskazuje...), bo moje studiowanie szlag trafi. 

Zdalne nauczanie zdecydowanie nikomu nie służy. Ani nam, studentom, ani prowadzącym. 

Oni wiedzą, że na naszym kierunku praktyka jest bardzo ważna i naprawdę możemy mieć w tym zakresie niedopuszczalne  braki. Wierzę, że wymyślenie jak nam ułatwić naukę on-line oraz prowadzenie zajęć przez komputer, w czasie których jedynie pokazuje się nam fantom, jest trudne i męczące. Tym bardziej, gdy odpowiedzialność za naszą wiedzę niejako leży na barkach nauczycieli. To właśnie nasze kochane Panie położne podsunęły nam pomysł na stworzenie własnych domowych fantomów, by móc jakkolwiek ćwiczyć chwyty i mechanizmy. Po mojego pluszowego lwa musiałam pojechać do Bielska- Białej, bo w Warszawie z pluszaków miałam jedynie macicę i komórkę nerwową... Nijak nie przypominają one noworodka. 

Jak się Wam podoba mój domowy fantom?

My wiemy, że nauka jest ważna i musimy się zebrać w sobie, choć czasy nie sprzyjają, Morale i motywacja 90% naszego roku spadły już tak bardzo, że chyba niżej się nie da. Jesteśmy zmęczone tym, że nie dostajemy informacji, nie mamy co przekazywać grupom. Ile razy można napisać "Nikt nie wie. Próbujemy się dowiedzieć. Nikt nam nie odpowiada. Naprawdę próbujemy poruszyć niebo i ziemię, by zdobyć jakiekolwiek informacje"? Ze strony zwykłego studenta dochodzi jeszcze nawał materiałów na platformie e-learningowej, które nie wiadomo kiedy się zamykają i, jak już wspominałam, brak motywacji. Zawieszenie zajęć kontaktowych skutkuje tym, że nie wiemy, czy i kiedy wejdziemy do naszych pracowni, Centrum Symulacji Medycznych i szpitala na zajęcia praktyczne, a do odrobienia mamy jeszcze zaległe godziny z 1. roku. Świadomość, że inne uczelnie nie mają aż takich obostrzeń nie poprawia humorów. Co z nas będą za położne, jeżeli połowę praktyk będziemy robić on-line? 

Bardzo ciężko pozostać optymistą w takich warunkach. Wychodzę jednak z założenia, że skoro w świecie jest równie dużo dobrego, co i złego, to za chwilę po prostu musi się pojawić coś pozytywnego. I tak było.

Po dwóch tygodniach niewiedzy coś ruszyło. W sobotę ze starościnami miałyśmy spotkanie z koordynator zajęć praktycznych, gdzie okazało się, że choć nie wracamy na razie do pracowni, to możemy pójść na wolontariat, na nasze oddziały, zaliczając przy tym zaległe praktyki. Niedługo dostaniemy wyczekane książeczki praktyk, więc oficjalnie wszystko będzie udokumentowane. Wolontariat oczywiście jest dobrowolny. Nikt, kto jeszcze nie chce wchodzić do szpitala, zwiększając ryzyko na zarażenie, nie będzie miał przez to problemów. Ja się zdecydowałam na skorzystanie z takiej możliwości. Trochę mi dziwnie być studentką drugiego roku, która na żywo porodu nie widziała... W najbliższych dniach wysyłam podanie i z podekscytowaniem oczekuję pierwszego dyżuru! 

Obecnie siedzę sobie w pociągu wracając do Warszawy, gdzie, mam nadzieję, moja produktywność wzrośnie. Motywację nową mam, świadomość, że muszę zorganizować sobie czas na ten wolontariat też, więc myślę, że łatwiej mi będzie zebrać się do systematycznej nauki, choćby po to, by udowodnić wszystkim wokół, a przede wszystkim sobie, że dam radę i nie jestem aż takim leniem. 

Trzymajcie kciuki, by mi się udało!

sobota, 17 października 2020

Przeprowadzka, anatomia i inne historie

Gdy wrzuciłam na Instagrama informację o poprzednim poście, obiecałam napisać, dlaczego prawie całe wakacje mnie tutaj nie było. Patrząc na tytuł chyba nietrudno się domyślić. 


W tym roku, niestety, moim priorytetem była nauka do poprawki z anatomii. Jeżeli ktoś przeczytał moje poprzednie posty, to wie, że uważam ten przedmiot za trudny i obszerny, a dokładny zakres materiału obowiązujący położnictwo nie jest mi znany. Poprawkę zdałam, ale dalej tego zakresu nie znam. 

Na szczęście nie byłam jedyną osobą, która nie zdała tego egzaminu, więc miałam do kogo się zwrócić po wsparcie i pomoc z jakimś pytaniem czy tematem, który sprawiał mi problem. Ostatni tydzień przed egzaminem nasz czat przypominał gorącą linię. 

Stresowałam się bardzo, ponieważ było to moje "być, albo nie być" na studiach. Pierwszy rok nie może być powtarzany, trzeba by się logować jeszcze raz, a potem nakłamać, że wcale się już nie studiuje tego kierunku. Ja nie chciałam tak robić, uznałam nielogowanie się za dodatkową motywację. Kolejną motywacją było wynajęte mieszkanie, trochę głupio nie zdać i nie studiować, a płacić za najem...


Długo zastanawiałam się jak się uczyć, z czego? Uznałam, że najpierw przeczytam podręcznik (korzystałam ze Skawiny, wydawnictwo UJ) skupiając się na "wskazówkach do ćwiczeń", następnie przeczytam wszystko, co miałam z wykładów (bardzo ważne!), a później przerobię pytania z poprzednich lat i innych źródeł (chyba najważniejsze). Na szczęście zadziałało.  Chcąc zrobić wszystko, co zaplanowałam na spokojnie, bez dodatkowego stresowania się, dałam sobie 8 tygodni na naukę. Wiedziałam, że nie chcę się uczyć w weekendy ani od rana do nocy, na pewno wypadną mi jakieś małe wyjazdy, goście, dni, z gorszym samopoczuciem. Miałam rację, ale gdyby nie te moje odstępstwa, to spokojnie zamknęłabym się w 3-4 niesamowicie intensywnych tygodniach. 

Gdybyście tylko widzieli jakie pozycje ja przyjmowałam w trakcie nauki... Na początku grzecznie siedziałam przy biurku, ale ile można? Moje stawy zaczęły krzyczeć o zmianę. Po jakimś czasie przeniosłam się na łóżko, a w ostatnim tygodniu przemieszczałam się po całym pokoju, kończąc bardzo często w jakiejś poskręcanej pozycji na macie do ćwiczeń. Co komu pasuje, prawda?

W dniu egzaminu wstałam zestresowana, ale z pozytywnym nastawieniem. Dzień wcześniej dostałyśmy informację, że mamy się nie martwić, bo egzamin będzie "do zdania". I był, pomimo ograniczenia czasowego średnio 42s/1  pytanie. Zakończyłam test i bałam się popatrzeć na wynik, choć czułam, że zdałam. Gdy się w końcu zdecydowałam, okazało się, że wyniki nie wyświetlają się od razu. Dostałyśmy je po południu, a ja w czasie oczekiwania zdążyłam posprzątać, upiec babeczki (wspominałam, że w nerwach piekę jak szalona?) i wylać swoje żale i niepewności siostrze na Messengerze. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, pozytywnym wynikiem. Radośnie mogłam zacząć nazywać się studentką drugiego roku.


Kolejną zajmującą mnie sytuacją była przeprowadzka z Dziupli do mojego nowego mieszkania, kawalerki 💓. To było bardzo przyjemne i wyczekiwane wydarzenie.

Tata mi powiedział, że wyposażenia mam szukać dopiero, gdy zdam anatomię. W sumie nie wiem, czy to był żart, czy nie... chyba nie chcę wiedzieć. Nie powstrzymało mnie to jednak od ciągłego przeglądania stron sklepów typu IKEA, planowania, co mi będzie potrzebne, gdzie co położę. 

Jeden z niewielu plusów wirusa, to więcej mieszkań pustych i do wynajęcia przez dłuższy czas. Rok temu znikały one jak świeże bułeczki już na początku lipca, a tym razem początkiem sierpnia ciągle było ich dużo. Oczywiście miało to związek z tym, że pierwsze listy pojawiały się dopiero w sierpniu, a część uczelni przeszła na całkowite nauczanie zdalne. Dla mnie, osoby, która miała umowę podpisaną do września, była to duża ulga, bo mogłam wynająć drugie mieszkanie później i płacić podwójnie tylko miesiąc. Małe pocieszenie w czasie pandemii, ale zawsze coś. 

Co do mieszkania samemu, uwielbiam to. Owszem, czasami brakuje mi kontaktu z innymi, nie mam z kim porozmawiać, ale potem myślę sobie, że mam kuchnię tylko dla siebie, mogę zostawić brudne naczynia "na później", a one nie będą nikomu zawadzać i od razu mi lepiej. A lekiem na samotność jest telefon i rozmowa z rodzicami czy znajomymi oraz te nieliczne wyjścia na zajęcia stacjonarne. Introwertykowi wystarcza 😁


Studia w systemie hybrydowym są... dziwne. Mają swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że więcej śpię, bo nie tracę czasu na dojazdy. Innym pozytywnym aspektem jest to, że część wykładów lub seminariów mogę przerabiać wieczorem, czy wręcz w nocy, siedząc z herbatą w dresie, pod kocem, robiąc przerwy kiedy mi to pasuje. Zajęcia na Teamsie, te w czasie rzeczywistym, też nie są aż takie złe, jest ich stosunkowo niewiele. Poniżej widzicie jeden z moich tygodni nauki. Dużo ćwiczeń mam przez krótki czas, zmieniają się na inne (dlatego tak bardzo potrzebny jest mi kalendarz).  Niektóre zajęcia mamy stacjonarnie co jakiś czas, by podsumować praktycznie teorię, którą przyswoiłyśmy w sposób zdalny (np. badania fizykalne).



Gdy tylko spotkałyśmy się stacjonarnie na TPiPP i neonatologii, wszystkie promieniałyśmy szczęściem, że nareszcie się widzimy, możemy zrobić coś na fantomach, a nie tylko uczyć się teorii przed komputerem. Myślę, że doceniłyśmy zajęcia kontaktowe jak jeszcze nigdy, a Centrum Symulacji jest wyczekiwane dużo bardziej niż rok temu (moja grupa nie zdążyła tam dotrzeć).

Nie wiemy, kiedy będziemy odrabiać zaległe godziny praktyk, wiemy jedynie, że będziemy. 

Co do minusów to na pewno warto wymienić brak kontaktu z grupą. Zamiast 20, widzę 6 osób raz, dwa razy na tydzień. Dodatkowo, nie do końca wiem, jak to się stało, ale zostałam starostą swojej grupy seminaryjnej, a brak tego kontaktu sprawił, że nie znam całej swojej grupy (dołączyło do nas kilka nowych osób z tej rozwiązanej). Niby nic wielkiego, ale trochę mi z tym dziwnie. 

Minusy wynikające z problemów technicznych pominę w całości, chyba każdy wie jak potrafią utrudnić życie zarówno nam, jak i prowadzącym.

Aktywność na zajęciach on-line jest również utrudniona. Czasami zanim zdążę włączyć mikrofon, to ktoś inny zdąży odpowiedzieć. Najbardziej niezręczne są jednak momenty, gdy nie znamy odpowiedzi na zadane pytanie. Następuje wtedy taka wyczekująca cisza, podczas której prowadzący daje nam czas na ewentualnie włączenie mikrofonu, czego nikt nie robi. Na stacjonarnych jakoś to lepiej wychodzi...


Warszawa w czerwonej strefie zagraża naszym, tak nielicznym, stacjonarnym zajęciom, dlatego trzymajmy wszyscy kciuki, by ćwiczenia (przynajmniej z Technik!) zostały stacjonarne.

środa, 8 lipca 2020

Student on-line

Przez ostatnie 4 miesiące brakowało mi normalnych zajęć na uczelni. Niby siedziałam w domu całe dni, a tak naprawdę nie odchodziłam od laptopa. Moje stawy krzyczały o wymianę, mata patrzyła na mnie z wyrzutem, a oponka rosła 😂 Na szczęście dla mnie wakacje zaczęły się już 18 czerwca o 11:40, więc przyszedł czas, by zacząć na nowo, regularnie się ruszać 💪.


Jak wyglądała moja nauka w czasie zawieszenia zajęć?
Dziwnie. Na pierwszym roku na WUM-ie zajęcia są głównie teoretyczne. Dlatego przerzucenie seminariów i wykładów na platformę e-learningową nie zrobiło nam jakiejś wielkiej różnicy. Oczywiście nie obyło się bez problemów i niedomówień, ale generalnie było okay. Dostaliśmy prezentacje, karty pracy do uzupełnienia i wysłania. Gorzej z praktycznymi ćwiczeniami. Mojej grupie z podstaw pielęgniarstwa został jeden temat do zrealizowania, wenflonowanie i ewentualnie ćwiczenia procedur "na sobie", a nie na manekinach. Dostaliśmy materiały z teorii, ale to jednak ciągle nie to samo. Zajęć z technik nam bardzo szkoda, a przepadło nam ich sporo. Moją grupę ominęły też pierwsze zajęcia z szycia. Trzeba przyznać, że nasze kochane położne starały się jak mogły, by zajęcia on-line były ciekawe.

Większość materiałów i zajęć odbywała się na naszej platformie do e-learningu. Część prowadzących "spotkała się" z nami na Microsoft Teams lub Zoom. Wstawałam 20 minut przed rozpoczęciem, robiłam śniadanie i słuchałam jedząc. Na szczęście nie musieliśmy włączać kamerek... 😂


Potem przyszedł czas na zaliczenia on-line. Z tego co wiem, to uczelnie rozwiązywały ten problem w najróżniejszy sposób. Jedni zdawali przedmioty w formie ustnej, inni musieli mieć włączone kamerki podczas pisania, a jeszcze inni mieli ograniczenia czasowe i brak możliwości powrotu do pytań. WUM należy do tej ostatniej grupy. Nie znoszę zdawać ustnie, więc bardzo mi ta forma odpowiada. Pytania były w formie testowej, jednokrotnego, wielokrotnego wyboru.
Nie da się podejść do takiego zaliczenia nic nie umiejąc, licząc, że coś się pokojarzy. Trzeba się przygotować jak do normalnego zaliczenia stacjonarnego, czasu jest niewiele, średnio minuta na pytanie, z TPiPP prawie mi brakło czasu.
Udało mi się wszystko zdać, nawet dostałam całkiem ładne oceny.


Zdawanie zaliczeń, egzaminów w dresie, piżamie (zależnie od godziny) jest co najmniej zabawne.
Jakie są minusy zaliczeń on-line? "Wyrzucający" system, zrywający Internet. Na szczęście tylko raz, na 6 zaliczeń, system nie chciał mnie "wpuścić" do zakładki z testem. Wiem, że dziewczyny z innych grup miały więcej problemów, a najgorzej było, gdy system nie współpracował w momencie zakończenia i wysyłania testu. Mnie za to zrywał się Internet podczas spotkań on-line. Dlatego na zaliczenia podpinałam się pod kabelek z rutera. Działało.
A z jakich przedmiotów zaliczenia zdajemy w formie testów w semestrze letnim? Z:
  • Angielskiego
  • Dietetyki
  • Fizjologii (dopuszczenie do egzaminu)
  • Anatomii II zakres
  • Epidemiologii
  • TPiPP
  • Filozofii (bez ograniczenia czasowego 💖)
Następny etap mojej edukacji to praktyki on-line. Nie da się tego napisać, zachowując poważny wyraz twarzy. W takich czasach przyszło nam żyć i się kształcić. Mam nadzieję, że prawdziwe, stacjonarne praktyki w następnych latach będą w większej ilości, by nadrobić braki z tego roku.

Dostaliśmy na platformie e-learningowej dużo materiałów do przyswojenia, część z nich to powtórki z materiału, który został przerobiony wcześniej. Do części zajęć dostaliśmy również opis przypadku. Mimo tej przedziwnej formy, podobały mi się zajęcia. Część prowadzących nas odpytywała "na luzie", część po prostu z nami rozmawiała na dany temat. Oczywiście wolałabym mieć praktyki stacjonarnie, naprawdę coś robić, być w szpitalu, a nie tylko siedzieć zafascynowana z rozdziawioną buzią oglądając filmiki z porodu i słuchać opowieści szpitalnych.

Podzielone byłyśmy na grupki ćwiczeniowe, maksymalnie po 7-8 osób. Tym razem kamerki musiały być włączone (przynajmniej jedna/dwie na grupę, ale my solidarnie włączyłyśmy wszystkie razem). Mój kot oczywiście nie przepuścił okazji zaprezentowania się innym w trakcie zajęć.


Przyszedł czerwiec, a razem z nim bardzo stresujący czas. Rozpoczęła się sesja letnia.
Przypominała mi ona zaliczenia. Odgórnie postanowiono, że nie mogliśmy wracać do poprzednich pytań (nad czym bardzo ubolewałam), na jednej stronie wyświetlały się 3 pytania, a czas ograniczony był do średnio 1min/1pytanie. Uważam, że to mało czasu, ale mogło być gorzej.
Uświadomiła nam to sama uczelnia, gdy pewnej niedzieli przekazano nam informację o skróceniu czasu do 40s/1pytanie i wyświetlaniu 1 pytania na stronę. Powodem była nieuczciwość studentów i nieanonimowy donos. Takim oto sposobem egzamin składający się ze 100 pytań zamiast trwać 1h 40min, trwał 67minut. Naszej starościnie udało się przesunąć naszą sesję na początek czerwca, dzięki czemu ta zmiana nas nie dotyczyła (dotyczy niestety wrześniowych poprawkowiczów 😓).
W sesji letniej, na pierwszym roku zdaje się 4 egzaminy:
  • Fizjologię
  • Psychologię
  • Anatomię
  • POP
POP to najprzyjemniejszy egzamin z całej sesji (mimo, że skończyłam go zaledwie 1,5 minuty przed czasem). Pytania nie były łatwe, ale zakres materiału prawie w całości został powtórzony na "praktykach", przez co nie były również trudne. Zaskoczyły mnie pytania ze sterylizacji. Okazało się, że zwiedzanie w trakcie zajęć w pierwszym semestrze miejsca do sterylizacji, to nie była wycieczka krajoznawcza 😂.
Psychologia była całkiem w porządku. Prawie wszystkie na roku dostałyśmy 4 lub 4,5.
Pytania z fizjologii i anatomii były trudne. To, w połączeniu z krótkim czasem wyznaczonym na odpowiedź, było zdecydowanie niesprzyjające i "załatwiło" prawie 40 z nas możliwość napisania egzaminu w formie on-line jeszcze raz, we wrześniu 😶.


Rozpoczęły się wakacje, bardzo podobne do tych poprzednich. Niestety. Brak praktyk, siedzenie w domu/na ogrodzie, szukanie nowego mieszkania, czytanie zaległych książek, oglądanie seriali i filmów. W sumie, to nie powinnam narzekać, ponieważ nawet jeśli nie mogę uczyć się praktycznie mojego zawodu, to przynajmniej porządnie odpocznę. A do tego mam więcej czasu na pisanie! 😀

niedziela, 31 maja 2020

Nowa rzeczywistość

Trochę mnie tu nie było. Przez to całe e-nauczanie musiałam sobie na nowo zorganizować... no w zasadzie wszystko, od własnej głowy zaczynając.

Mówiąc szczerze, patrzę teraz na ekran komputera i nie za bardzo wiem, co napisać.



Wracałam do Bielska pełna rozgoryczenia i poczucia bezsilności. Przede wszystkim dlatego, że powrót tutaj miał łączyć się z praktykami w szpitalu, których jednak nie będzie.
Studia zmusiły mnie do usamodzielnienia się, a co za tym idzie, w jakiś sposób zorganizowania sobie życia, czasu. Dla mnie był to naturalny proces, mentalnie przygotowywałam się do niego od dziecka. Czas na zajęcie się mieszkaniem, gotowaniem, czas na uczenie się, wszystko miałam mniej więcej poukładane. Nie sądziłam, że powrót do domu i pozostanie odpowiedzialną osobą nie jest już takie proste. Czuję się tak, jakbym wróciła do liceum, mentalnie i organizacyjnie.


Gdy wracałam w marcu do domu, miałam do spakowania naprawdę dużo, a walizkę miałam niewielką. Nie wiedziałam na jak długo jadę (zakładałam pierwotnie 3 tygodnie...), ale zbliżały mi się zaliczenia, dlatego wiedziałam, że muszę wziąć moje notatki i książki. Wyszło mi pół mojej małej walizki... Poza tym musiałam wziąć część kosmetyków, których nie mam w domu oraz jedzenie, które może się przeterminować (zgadnijcie, kto zrobił kilka dni wcześniej zakupy...). Koniec końców, z ubrań, które się zmieściły, były dwa T-shirty, jedne getry i to, co miałam na sobie. Na szczęście miałam w domu kilka starszych rzeczy, które zostawiłam "na wszelki wypadek". Wstyd się w nich ludziom pokazać, ale są. Dwa miesiące chodziłam w getrach i tym jednym, znalezionym w szafie dresie. Wielkanoc spędziłam w zwykłych jeansach, choć zazwyczaj przynajmniej pierwszy dzień świąt spędzamy ubrani troszkę ładniej niż zwykle.



Gdy dowiedziałam się, że zajęcia stacjonarne na WUM-ie zawieszone zostają do 30 września, a praktyk w szpitalu nie będzie, nie było wesoło. Miałam fatalny humor, byłam zdenerwowana, miałam ochotę się popłakać, bo to właśnie na praktyki czekałam cały rok, były one moją motywacją do nauki. Zdecydowanie można określić moje ówczesne zachowanie i stan psychiczny jako "bez kija nie podchodź".


Parę dni później pojechałam do Warszawy, aby przewieźć 3/4 moich rzeczy z powrotem do Bielska. Jedyne pociągi, jadące wtedy do Warszawy, jechały 4-5 godzin. Obowiązkowo maseczki (to, w jaki sposób je niektórzy nosili to zupełnie inna historia), przez co pierwszy raz w pociągu odezwała się moja choroba lokomocyjna. Sensacji nie było, ale chwilkę musiałam sobie pooddychać bez niej. Nikt mi uwagi nie zwrócił, ale ja czułam się dziwnie, jakbym popełniała największe przestępstwo. Coś, co mi się podobało, to jedna osoba na dwa miejsca w pociągu :D Nie lubię siedzieć obok obcych, kto lubi?


Na pakowanie zszedł mi cały dzień, od 10 do 20:30. Mały metraż mojej dziupli nie pomagał. Potykałam się przynajmniej 3 razy na godzinę. Następnego dnia zrobiłam 6 rundek po schodach z 4 piętra znosząc moje torby i pudełka, aby potem radośnie, mimo trzęsących się ze zmęczenia nóg, zapakować się do samochodu cioci, która mnie odwiozła do domu. Równie radośnie wyjęłam po przyjeździe INNY dresik. Jak mało czasami do szczęścia potrzeba.


Wyobraźcie sobie moje zdezorientowanie, gdy jeszcze tego samego dnia usłyszałam, że jest opcja powrotu na dwa tygodnie do Centrum Symulacji. Na razie nic o tym nie wiadomo, sprawa ucichła, a praktyki są prowadzone on-line, ale w tamtym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przeprowadziłam się z powrotem na południe, po to by usłyszeć, że jednak mam wracać do stolicy?! Pozłościłam się trochę i mi przeszło, ale dalej mam fazę buntu "teraz to już nie chcę". Jestem po prostu zmęczona tymi ciągłymi zmianami.

Trochę się boję, o to, co będzie dalej. Rok akademicki skończy mi się za miesiąc (udało nam się przyspieszyć sesję), mam 3 miesiące wolnego. Chyba powinnam się cieszyć. Ostatnie, zupełnie luźne wakacje. A potem, miejmy nadzieję, powrót na uczelnię. Wierzę, że uczelnia nie wypuści mnie w świat, jeżeli będę niedouczona i brakować mi będzie umiejętności. Jednak gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że gdyby nie pandemia, to czułabym się zupełnie inaczej, pewniej jako prawie położna. Liczę na to, że ta myśl szybko zniknie. :)


PS Blogger został zaktualizowany i nie dość, że nie mogę znaleźć emotikonek, to jeszcze gubię się w zwykłej organizacji postu :|

czwartek, 12 marca 2020

Koronalia czas zacząć :\

Zaczęło się niewinnie od wykupienia wszystkich żeli antybakteryjnych, maseczek, mydeł. Później pojawiły się odkażacze w niebotycznych cenach, maseczki "z eliksirem przeciw wirusowi". Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy rozpaczać nad tym, że takie rzeczy się sprzedają. Potem zaczęło się robić groźnie. Ze sklepów zaczęły znikać ryże, makarony, puszkowane jedzenie. Potem przyszedł czas na papier toaletowy. Część z tych "braków" widziałam osobiście, o części opowiadały mi koleżanki i współlokatorka. Jeśli ktoś by się zastanawiał w jakim tempie znikają produkty, to Wam powiem, że w pół dnia. Gdy byłam na zakupach po południu, półki z suchymi produktami były pełne. Pomyślałam, że ludzie na moim osiedlu nie oszaleli i nie robią zapasów jak na zimę stulecia. Moja ulubiona współlokatorka na zakupy poszła wieczorem. Po powrocie wspomniała o tym, że półki z makaronami w naszym  sklepie są prawie puste. Oczy mi wyszły na wierzch, byłam w tym samym sklepie zaledwie kilka godzin wcześniej! Prawdą jest, że tłum w sklepie był zdecydowanie większy niż zazwyczaj. Nigdy nie widziałam aż tak długiej kolejki do kas samoobsługowych, uznałam jednak, że to tylko efekt poniedziałku po niedzieli niehandlowej. Jednak nie. Ludzie mnie naprawdę czasami zadziwiają.

Przez długi czas cała ta panika w związku z wirusem zwyczajnie mnie bawiła. Jako osoba młoda, z prawidłowo funkcjonującym układem odpornościowym  i przestrzegająca zasady higieny, czułam się całkiem bezpieczna. Nadal się czuję. Nigdy nie spodziewałabym się, że mój uniwersytet odwoła wszystkie moje zajęcia przy niewielkiej ilości chorych osób w mieście (na tamtę chwilę 3). My, na pierwszym roku, nawet nie mamy porządnego kontaktu z pacjentami do maja. Jednak tak się stało. W poniedziałek dostaliśmy informację, iż wykłady w formie stacjonarnej zostają odwołane do 15 maja, nadrobimy je w formie elektronicznej. Mieliśmy mieszane uczucia co do takiego obrotu sprawy, ale przyjęliśmy do wiadomości, że tak trzeba było zrobić. Szkoda niektórych wykładów, ponieważ prowadzący są naprawdę fajni i przyjemnie się ich słucha. Ale mus to mus, zbiera się nas w jednej sali prawie 120 osób, nie oszukujmy się, to dużo. A e-learningi nie są wcale takie złe. Te z POPu uwielbiam 😊.
W środę po południu dostaliśmy kolejną informację. Wszystkie zajęcia zostają zawieszone do 29 marca. Ta informacja zdecydowanie zrobiła na nas wrażenie. Niekoniecznie pozytywne. Muszę się przyznać, że przeszłam przez wszystkie 5 faz żałoby  w związku z odwołanymi zajęciami. W ciągu jednego popołudnia. Wszystkie plany na ten semestr mi się posypały. Wizyta siostry? Na 99% będę jednak poza Warszawą. Kolokwia poukładane w naprawdę racjonalnych odstępach czasu? Co z nimi? Kiedy my nadrobimy zaległości? Czy rok akademicki skończy się planowo? Co z naszymi praktykami?

Nadeszła w końcu faza akceptacji. W chwili obecnej jestem jak najbardziej za kwarantanną. Byle całkowitą. I co najważniejsze, przestrzeganą. Co z tego, że Kościół zezwolił na nieuczestniczenie we mszy, skoro wiele osób i tak pójdzie, i będzie sobie podawać rękę, "korzystać" z wody święconej? Osobiście uważam, że msze powinny zostać odwołane tak samo jak np. koncerty. Są msze on-line, w radiu, w telewizji. Bardzo podobają mi się apele do młodych, że to "wolne" nie jest czasem na wychodzenie z domów, imprezowanie, włóczenie się po mieście. Przydałyby się również więcej takich  apeli do dorosłych i starszych. W galeriach niestety ciągle pojawiają się rodziny z dziećmi, młodzi ludzie, starsi ludzie.
Mam bardzo złe przeczucie, że nie wszyscy (niezależnie od wieku) zdają sobie sprawę, że zagrożenie jest realne. Tym bardziej, że wirus się mutuje i zaczyna atakować coraz młodszych.

Przez ostatnie dni dostajemy coraz nowsze rozporządzenia rektora, z coraz bardziej szczegółowymi informacjami. Wszyscy mamy nadzieję na to, że rok akademicki skończy się zgodnie z planem, liczymy się jednak z tym, że przerwa świąteczna i majówka mogą niestety nie być wolne, aby nadrobić zaległości.
Z ostatniego zarządzenia dowiedzieliśmy się, że wszystkie wykłady oraz seminaria do końca semestru zostają przeniesione na platformę e-learningową. Uważam to za bardzo dobry pomysł w takich okolicznościach.

Co teraz z nami? Nic. Czekamy na rozwój sytuacji, przestrzegamy wytycznych i kwarantanny, namawiamy do tego wszystkich bliskich i liczymy na to, że wszystko skończy się dobrze i szybko 😊