Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lutego 2022

Ostatni semestr na horyzoncie

Czas płynie nieubłaganie szybko. Zanim się obejrzałam, minął cały zimowy semestr i mamy ferie. 
Oswoiłam się już z myślą, że moje studia licencjackie dobiegają końca, znalazłam pacjentkę i zdecydowałam się na temat pracy licencjackiej. Jestem nawet w trakcie jej pisania. Ciągle jednak nie dociera do mnie, że za 6 miesięcy będę już dyplomowaną położną. To ciągle brzmi surrealistycznie, a ja nie czuję się na to gotowa. 

Trzeci rok jest dla mnie zupełnie inny. Zajęć akademickich mamy dużo mniej, przez co znalazłam czas na aktywności typu praca czy zajęcia taneczne, za którymi bardzo tęskniłam. Z drugiej strony wisi nade mną widmo praktyk indywidualnych, które należy zaliczyć bodajże do maja. Ja do tej pory zaliczoną mam już salę porodową, anestezjologię oraz kończę najdłuższą ginekologię. Została mi psychiatria i POZ, które załatwię początkiem letniego semestru. Wszystko pod kontrolą, choć mam nadzieję, że do końca marca wyrobię wszystkie godziny i będę się mogła skupić na pisaniu pracy, nauce do największej sesji na studiach i do dyplomu.

Choć mam dużo wolnego czasu od uczelni, to potrzebowałam świąt i wolnego, tak samo teraz potrzebuję ferii. Dwa tygodnie poprzedzające święta męczyłam  się z przeziębieniem (a jak wszyscy wiedzą, na WUM nie można chorować, bo odrabianie zajęć jest wyjątkowo trudne, o ile w ogóle możliwe), a co za tym idzie, miałam coraz mniej motywacji i siły do interesowania się uczelnianymi sprawami, wliczając w to pisanie pracy licencjackiej, wyszukiwanie artykułów, czytanie książek z interesującej mnie dziedziny. Plan był taki, by w nowym roku wrócić pełna energii i zapału, po czym skończyć studia w terminie. Na razie jego realizacja przebiega pomyślnie, choć przed feriami znowu zaczęło mnie zbierać na chorobę. Pandemiczne czasy sprawiają, że za każdym razem, gdy się gorzej czuję, kaszlę i smarkam, to robię sobie test antygenowy na COVID 19. Na razie wszystkie negatywne! 😁 Jeszcze trochę i będę te testy robić delikatnie i bezboleśnie...
10 dni ferii spędzam u rodziców, aby nabrać energii i motywacji na ostatni, najintensywniejszy semestr. Plan na te 10 dni? Dużo snu, narty, gry planszowe, czytanie rekreacyjne i niestety pisanie pracy licencjackiej.

W grudniu uderzyła mnie myśl, że po raz ostatni miałam w czasie świąt w  pełni wolne. Będąc młodą położną, pracującą w szpitalu, trzeba się liczyć z tym, że w święta dostaje się dyżur, lub nawet dyżury. Później prawdopodobieństwo trzech wolnych dni również jest naprawdę małe :/  Jak nie mam problemu z tym, by pracować w sylwestra, Święta Wielkanocne, majówkę, weekendy, to jednak święta Bożego Narodzenie lubię najbardziej i chyba dyżury w tym czasie to jeden z największych minusów tej pracy.  

Przy okazji, pochwalę się! Od połowy stycznia mam wyrobioną wymaganą ilość porodów do dyplomu! Na WUM są dwie opcje, albo 40 przyjętych porodów, albo 30 przyjętych porodów i 20 asyst. Ja wybrałam drugą opcję, bo uznałam, że będzie mi to łatwiej uzbierać. Asystą możemy nazwać nie tylko asystowanie położnej przy porodzie, ale również opiekę nad pacjentką przez większą część dyżuru, poród zakończony vacuum, kleszczami lub cięciem cesarskim. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego tak mało osób wybiera tę opcję, mnie się opłaciła, na ostatnie dyżury chodziłam dużo spokojniejsza i nie musiałam się starać o wolontariat.
Dziwnie mi z myślą, że skończyłam swoje studenckie czasy na sali porodowej (chyba, że będę tam zdawać dyplom). Im bliżej dyplomu, tym bardziej jestem świadoma ile mam braków, ile jeszcze muszę się nauczyć. Szkoda, że nie mamy więcej zajęć praktycznych albo stażu po studiach. 







sobota, 9 października 2021

Bliżej niż dalej do zostania położną, czyli drugi rok za mną

 Jeżeli ktoś śledził relacje na moim Instagramie, to wie, że 5 lipca zdałam ostatni egzamin, a kilka dni później rozpoczęłam praktyki w szpitalu w rodzinnym mieście. Skończyłam je początkiem września, a później nareszcie wyjechałam na wyczekiwane od dwóch lat wczasy. Dopiero po nich zebrałam się, by napisać ten i jeszcze dwa wpisy, ale do przeglądnięcia i poprawiania nie było mi już tak spieszno. 

Sesja w tym semestrze była męcząca. 5 egzaminów w 3 tygodnie i poprzedzający miesiąc spędzony na "kuciu". Niesamowicie zależało mi na tym, by nie mieć w tym roku poprawki. Nie wiem, kiedy miałabym się na nią uczyć, nie wspominając o obciążeniu psychicznym, którego zdecydowanie nie potrzebowałam. Udało mi się zdać nawet najtrudniejszy PIOP (i to na 4!), więc ze spokojną głową mogłam udać się na praktyki i stracić poczucie czasu.

Co do drugiego roku studiów, to jest to zdecydowanie rok, o którym kiedyś będę opowiadać wnukom i moim dużo młodszym koleżankom po fachu. Zdalne nauczanie, zablokowane praktyki, odrabianie praktyk (i całe wakacje w szpitalu), pierwszy dyżur, pierwszy przyjęty poród. 

Jesteśmy rocznikiem niejako "przejściowym", ponieważ starszy rocznik miał inaczej rozstawione egzaminy, a rocznik poniżej ma inaczej rozstawione przedmioty, np. ratownictwo medyczne ja miałam w 3. semestrze, a oni w 2.
W każdym razie, przejdźmy do podsumowania. W tym roku nie będę podawać ile trwały zajęcia, bo przez zdalne nauczanie, częściowo na platformie e-learningowe, różnie to bywało. 

  • Badania fizykalne - ćwiczenia (3sem.) - zaliczenie ustne.
    Były to zajęcia, na których uczyliśmy się jak badać pacjenta, jak zbierać wywiad. Przechodziliśmy po kolei po układach ciała, najpierw zdalnie, potem spotykaliśmy się stacjonarnie na praktykę. Zaliczenie było z teorii, stacjonarnie w formie ustnej. Jeżeli się nauczyło, to było proste :D
  • Badania naukowe w położnictwie - seminaria - (3sem) - zaliczenie w formie pracy.
    Na tych zajęciach uczyliśmy się pisać pracę licencjacką. Fajnie, jeżeli wiecie o czym chcecie pisać tę prawdziwą pracę, bo możecie już zacząć, ale nie jest to konieczne. Ja na potrzeby zajęć wymyśliłam sobie temat, o którym na pewno nie zamierzam pisać pracy dyplomowej, ale "szkielet" wykorzystam.. Zaliczenie otrzymywałyśmy na podstawie właśnie tej "wersji demo" pracy licencjackiej, którą pisałyśmy w trakcie zajęć online. Całkiem przyjemne i potrzebne zajęcia, choć na początku uważałam, że to niepotrzebny pochłaniacz czasu.
  • Chirurgia - wykłady (3 sem), zajęcia praktyczne w szpitalu (4 sem - 1 tydzień). 
    Przedmiot całkiem przyjemny. Nie możemy pracować na tym oddziale, więc byłyśmy traktowane odrobinę łagodniej. Zajęcia w szpitalu bardzo mi się podobały, naszą prowadzącą była niesamowita rezydentka chirurgii. Forma zajęć była inna niż na "naszych" oddziałach, nie podlegałyśmy personelowi pielęgniarskiemu, tylko lekarzowi, chodziłyśmy za nim jak cień. Widziałyśmy przeszczep nerki, operację zmniejszania żołądka, pomagałyśmy przy oczyszczaniu owrzodzeń (to było... trudne przeżycie). Rada ode mnie, zjedzcie śniadanie przed zajęciami, bo na sali operacyjnej stoi się w miejscu, jest duszno i łatwo o omdlenia.
  • Choroby Wewnętrzne, czyli Interna - wykłady (3 sem) i ćwiczenia online/zajęcia praktyczne (4 sem - 1 tydzień) - zaliczenie w formie krótkiej prezentacji i egzamin.
    Bardzo, bardzo obszerny zakres materiału, ale forma zajęć bardzo przystępna.  Jednego dnia miałyśmy zajęcia stacjonarne w poradni nefrologicznej, gdzie zbierałyśmy wywiad z pacjentem, a później referowałyśmy lekarzowi czego się dowiedziałyśmy. To jest trudniejsze niż myślałam. Jeden pacjent na pytanie "Z czym Pan do nas dzisiaj przychodzi?" zaczął nam opowiadać o zabiegach na oczy ponad 20 lat wcześniej i nie w sposób było mu przerwać.
    Zajęcia online kończyliśmy krótką prezentacją na temat powiązany z położnictwem (np. cukrzyca ciążowa), a na koniec, przed egzaminem mieliśmy dodatkowe spotkanie podsumowujące, gdzie prowadzący wyszczególnił tematy, na które mamy zwrócić szczególną uwagę. 
  • Farmakologia - wykłady i seminaria (3sem)  - egzamin.
    Powiedzieć, że jest to trudny przedmiot, to jak nic nie powiedzieć. Osobiście wiem, że choć zdałam egzamin w pierwszym terminie na 4, to o lekach i substancjach wiem zbyt mało i będę się musiała dokształcić we własnym zakresie. Grup leków jest bardzo dużo, mają rozmaite działanie, skutki uboczne, dawkowanie, wszystko się miesza :( 
    Najwięcej o lekach dowiedziałam się (i zapamiętałam) na zajęciach w szpitalu, gdy rozkładałam je i doczytywałam czym są, jak działają, jak się je podaje.
  • Język angielski - lektorat (3 i 4 sem) - zaliczenia i egzamin ustny.
    Forma zajęć nie zmieniła się od poprzedniego roku, pisałyśmy sprawdziany na koniec semestru, przedstawiałyśmy prezentacje. Egzamin ustny  przeprowadzany był w obecności egzaminatora i naszego nauczyciela. Musiałyśmy przedstawić wybrany przez siebie temat o komplikacji położniczej i odpowiedzieć na jedno z puli pytań (wylosowałam oczywiście to, którego nie chciałam), ewentualnie na dodatkowe pytania od egzaminatora. Ja po angielsku mówię całkiem płynnie, więc dla mnie egzamin był bardzo prosty.
  • Neonatologia - ćwiczenia, seminaria  i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 1 tydzień) – egzamin.
    W tym roku skupiliśmy się na patologii noworodka, opieką nad wcześniakami i chorymi dziećmi. Niestety przestało być słodko i przyjemnie.
    Neonatologia jest dla mnie trudna do nauki, nie wiem dlaczego, ale opieka nad noworodkami przychodzi mi z łatwością, karmienie, przewijanie i usypianie to proste zadanie, zakładanie sond zdecydowanie do nauczenia. Egzamin to głównie pytania o praktykę, więc przystępne.
  • Patologia (patofizjologia i patomorfologia) - seminaria (3 sem).
    Dla mnie, jeden z bardziej stresujących przedmiotów. Nie lubiłam fizjologii, a ten przedmiot to jego bardziej pokręcona wersja. I choć prawdą jest, że na anatomii, fizjologii, patologii i farmakologii opiera się w zasadzie cała medycyna, to dla mnie jest to "za dużo na raz", by porządnie tę wiedzę przyswoić.
  • Pediatria - ćwiczenia i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4sem - jeden tydzień) – egzamin.
    Skupiliśmy się głównie na małych dzieciach, niemowlakach. Na wykładach poruszane były tematy ogólne, o chorobach krwi, śmierci dzieci, najczęstszych infekcjach, a na ćwiczeniach tradycyjnie skupiliśmy się na praktyce, np. na nebulizacji. Zajęcia w szpitalu... nie ukrywam, były nudne. Jedyne, co mogłyśmy robić to mierzenie stanu ogólnego i ważenie dzieci. Luksusem było usunięcie wkłucia. Do tej pory realizowano praktyki z pediatrii na patologii noworodka, ale od tego roku przeniesiono je na oddziały pediatryczne. Egzamin z rodzaju "przyjemnych", wymagany materiał to głównie praktyka.
  • Podstawy ratownictwa medycznego - ćwiczenia i wykłady (3 sem) – zaliczenie.
    Jak sama nazwa wskazuje, uczyliśmy się o udzielaniu pierwszej pomocy, zarówno w szpitalu, jak i poza nim. Warto się przyłożyć do teorii, bo za niewiedzę grupa może wylecieć z sali i będzie musiała odrabiać. Zajęcia kończyliśmy zaliczeniem (w naszym przypadku on-line)
  • Położnictwo i opieka położnicza - wykłady i seminaria (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 2,5 tygodnia) - zaliczenie i egzamin.
    Zakres materiału niezwykle obszerny i niezwykle ważny. W dużym skrócie można powiedzieć, że uczymy się o tym, jakie "przypadki" możemy spotkać na oddziale patologii ciąży, gdzie odbywamy zajęcia praktyczne. Większości z nas PiOP się bardzo podobał, jest to jeden z najważniejszych przedmiotów, dlatego warto się do niego przykładać. Na koniec 3. semestru pisałyśmy zaliczenie, a w sesji letniej egzamin. Na praktykach powtarzałyśmy materiał, miałyśmy też seminaria teoretyczne. Egzamin jest dosyć trudny, na domiar złego, w jego skład wchodzi diagnostyka medyczna, którą mało kto lubi. Podczas nauki do sesji "Bręborowicza" przewertowałam od deski do deski chyba milion razy, ale dla pocieszenia, dużo pamiętałam, doczytywać musiałam szczegóły.
  • System informacyjny w ochronie zdrowia - seminaria (3 sem).
    Przedmiot bardzo krótki i zwięzły. Prowadzący pokazywał nam, gdzie i jak możemy znaleźć informacje o ochronie zdrowa, opowiadał o IKP.
  • Techniki porodowe i prowadzenie porodu - ćwiczenia, seminaria i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (3 tyg) - zaliczenie, OSCE.
    Moje ulubione zajęcia! Uwielbiam tematy związane z porodem. Podobnie do neonatologii, drugi rok to krwotoki okołoporodowe, porody miednicowe, dystocje, ciąże bliźniacze, problemy z łożyskiem, czyli nie fizjologia. Duży nacisk położony był na praktykę, kolejność wykonywania procedur. Seminaria i wykłady również były bogate w ciekawą wiedzę. Zajęcia praktyczne to inny świat, moim zdaniem trzeba dorosnąć do tego, by salę porodową kochać, nie wolno się zniechęcać po pierwszym załamaniu.
    Jesteśmy pierwszym rocznikiem, który egzaminu z TPiPP na drugim roku nie pisał, zmierzymy się z nim za rok.
  • Wprowadzenie do komunikacji medycznej - seminaria (3 sem).
    Zajęcia zaskakująco potrzebne. Jest to kontynuacja zajęć z pierwszego roku. Na szczęście tym razem prowadzone w czasie rzeczywistym, z prowadzącym. Omawialiśmy konflikty, jakie możemy spotkać w pracy, jak sobie z nimi radzić, jak się zachować. Dwa razy na zajęciach obecna była aktorka, która odgrywała rolę pacjentki w sytuacji trudnej, my musiałyśmy zareagować, odegrać rolę położnej. Osobiście nie lubię tego typu aktywności, zdecydowanie wolę omawianie tematu, ale chyba jestem w mniejszości. Dostosowywanie się do sytuacji też trzeba ćwiczyć, prawda?

 

Mojej grupie trafił się dodatkowy tydzień wakacji, dlatego zaczynam rok akademicki dopiero 11 października i z jednej strony się cieszę dodatkowym wolnym, a z drugiej tak bardzo mnie już ciągnie do szpitala, do tego medycznego świata. 
W tym roku mam ambitny plan być tutaj trochę bardziej aktywna, ale zobaczymy jak to będzie.

sobota, 19 czerwca 2021

Praktyki indywidualne

Praktyki indywidualne, czyli te, które zazwyczaj odbywamy w wakacje, załatwiamy sobie sami. I powiem szczerze, że trochę czasu trzeba na to poświęcić.

Najważniejsza zasada, to na pewno "zacznij załatwiać takie sprawy szybko", najlepiej w marcu lub kwietniu.
Może to kwestia tego roku, gdzie mój rocznik odbywa również zaległe praktyki z 1 roku, może jest tak zawsze, ale w Warszawie w chwili obecnej znalezienie szpitala, który ma jeszcze miejsca na lipiec i sierpień, jest chyba niemożliwe. Dlatego warto "zarezerwować" sobie miejsce w wymarzonym szpitalu.


Ja postanowiłam odbyć prawie całe praktyki w mieście rodzinnym, które nie jest miastem typowo akademickim (a przynajmniej nie ma tam kierunku położnictwo). Jedynie oddział położniczy i noworodkowy (z pierwszego roku) robiłam w Warszawie. Wybrałam szpital, w którym byłam na zajęciach w styczniu, a dodatkowo taki, w którym pierwszy rok nie ma praktyk uczelnianych. Dzięki temu dyżury mam również w ciągu tygodnia, nie tylko w weekendy.

Ale od początku.

W pewien magiczny dzień Pani z dziekanatu wydaje nam skierowania na praktyki zawodowe. Jest na nich wypisane dokładnie ile godzin dydaktycznych z danego przedmiotu musimy wyrobić. Przykładowo: Po pierwszym roku z przedmiotu POP mamy do wyrobienia 80h dydaktycznych, co w przeliczeniu daje 60h zegarowych, czyli 5 dyżurów.
Dyżury nocne są dopuszczane, jak najbardziej! Liczą się nawet podwójnie, szybciej można wyrobić potrzebne godziny.
Szpitale wymagają różnych dokumentów w procesie rekrutacji na praktyki. Takie informacje znajdzie się na stronie szpitala, dzwoniąc do osoby odpowiedzialnej za praktyki lub pocztą pantoflową od innych studentów.


Prawie wszystkie szpitale w Warszawie mają podpisaną umowę z Uniwersytetem, więc wystarczy wysłać mailowo (lub dostarczyć osobiście) ręcznie podpisane podanie z zakresem dat, skierowanie, potwierdzenie badań sanitarno-epidemiologicznych oraz potwierdzenie ubezpieczenia (OC medyczne i OP, resztę zapewnia uniwersytet). Studenci WUM korzystają najczęściej z tego ubezpieczenia (pakiet 3). W moim przypadku tyle wystarczyło. Wiem, że w innych szpitalach potrzeba było więcej dokumentów lub konkretne formularze podań do wypełnienia. Czasami potrzeba zgody oddziałowej, prezesa/dyrektora szpitala, więc trochę biegania jest, ale wszystko do zrobienia.
Następnym krokiem jest ustalenie dat dyżurów i pojawienie się na nich 😄.


Co należy zrobić w sytuacji, gdy praktyki chcemy odbywać poza Warszawą? Sprawa się odrobinę komplikuje, ponieważ szpital musi podpisać umowę z Uniwersytetem.

U mnie wyglądało to tak, że zaczęłam od wykonania telefonu do działu szkoleń w szpitalu, by dowiedzieć się, czy jest szansa na przyjęcie na dane oddziały i jakie mają być moje następne kroki.
Wysłałam wszystkie badania, ubezpieczenia, podanie zawierające wykaz oddziałów, godzin i zakres dat, w których jestem skłonna przyjść na dyżur oraz skierowania do dyrektor szpitala. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi zgłosiłam się do dziekanatu z prośbą o przygotowanie umowy, którą muszą podpisać obie strony, a po jednym egzemplarzu zostaje w każdej z jednostek.

Zanim dziekan podpisał moje dokumenty, zdążyłam pojechać na majówkę do domu. Później okazało się, że umowę muszę odebrać osobiście, więc pojechałam specjalnie do Warszawy (przy okazji przywożąc rower 💖), tego samego dnia wróciłam do Bielska, dwa dni później zawiozłam dokumenty do szpitala i znowu pojechałam do Warszawy, już na zajęcia. Jeden egzemplarz umowy odebrali i wysłali mi pocztą rodzice. Nie mają ze mną łatwo. Kolejnym krokiem będzie spotkanie się z oddziałową, aby ustalić konkretne daty dyżurów i pojawienie się na nich, ale to po sesji.

Na zakończenie praktyk na danym oddziale zbieramy podpisy w książeczkach (w kilku miejscach, żeby nie było za łatwo) i na skierowaniach. Skierowanie składamy w dziekanacie i voilà! Praktyki indywidualne zaliczone!

wtorek, 6 kwietnia 2021

Sala porodowa i tysiąc różnych emocji

Niesamowicie się bałam tego oddziału. Szczerze mówiąc, to dalej nie jestem najspokojniejsza idąc na dyżur. Sala porodowa to miejsce, gdzie nigdy nie wiesz, co się wydarzy, czy się wydarzy, ani w jakim tempie.

W szpitalu na Bródnie uczestniczyłam w 4 porodach, a na moje ręce na świat przyszło troje dzieci, Wiktor, Eryka i Laura.

Uczestniczyłam również w kilku cesarskich cięciach jako "brudna" instrumentariuszka (czyli ta, która nie ma sterylnych rękawiczek i wyrzuca sterylnie potrzebne rzeczy na stolik, cewnikuje pacjentkę.

Pierwszy poród, przy jakim byłam (i który przyjęłam na cztery ręce razem z położną) był dla mnie fascynujący, wręcz magiczny. Z pacjentką nawiązałam naprawdę fajny kontakt, poród położna prowadziła łagodnie i powoli, pacjentka z nami wspaniale współpracowała. Naprawdę życzę każdemu takiego pierwszego zetknięcia z narodzinami.

Nie łudźcie się, że ja dokładnie wiedziałam, co mam robić i gdzie kiedy stać. Plątałam się położnej pod nogami jak mały intruz, nie wiedziałam kiedy dokładnie się umyć, kiedy rozłożyć zestaw do porodu, łóżko. W przyjęciu łożyska też potrzebowałam pomocy, bo miałam wrażenie, że mi wypadnie z rąk. Fantomy jednak nie oddają rzeczywistości we właściwy sposób. Teorię mogę sobie znać, przydaje się bardzo, ale praktyka to zupełnie inny świat, pełen zaskoczeń.

Na zajęciach akademickich, gdy uczymy się całej "otoczki" porodu, to uczymy się tego powoli, w pełni skupieni uważamy na to, co robimy. Na sali porodowej trzeba zdecydowanie przyspieszyć. Tak przynajmniej z 10 razy.

Drugi poród, w którym uczestniczyłam, dział się tak szybko, że mało co z niego pamiętam. Pacjentka na izbie miała rozwarcie na 8 cm, u nas na oddziale od razu 10 i wytaczającą się głowę. Nikt się nie zdążył porządnie ubrać, potrzebowałyśmy z położną dodatkowych par rąk do pomocy, bo czas nas gonił, ja jeszcze nie do końca wszystko ogarniałam (mój drugi poród - miałam prawo), a pacjentka nie współpracowała. W momencie, gdy w największym stresie życia w końcu założyłam (oczywiście za duże o 3 rozmiary) sterylne rękawiczki, dziecko było już na świecie, ja jedynie pomogłam tacie przeciąć pępowinę i przyjęłam łożysko.

W jakimś stopniu jestem perfekcjonistą, bardzo nie lubię, gdy nie wiem, co mam robić, gdy coś mi nie wychodzi kolejny raz (choć mam pełną świadomość, że dopiero się uczę i ma prawo), albo potrzebuję pomocy ze względu na moją niekompetencję. Podczas tego porodu byłam chyba najbardziej zagubionym i zdenerwowanym człowiekiem na ziemi. Byłam też (niesłusznie) zła na siebie, bo choć bardzo chciałam i starałam się robić co do mnie należy, nie dawałam rady. Podczas tego porodu po raz pierwszy, przez dosłownie kilka sekund pomyślałam sobie, że może położnictwo nie jest dla mnie. W domu musiałam odreagować (więc klasycznie coś upiekłam 😂) i odespać to wydarzenie, by pełna nowych sił i motywacji wrócić dwa dni później na kolejny dyżur. 😅

Trzeci i czwarty poród to znowu przyjemny i magiczny świat. Podobno po trzecim wyszłam z sali jak odmieniony człowiek i cały dzień emanowałam dumą z samej siebie. Tak też się czułam. Gdy koleżanka postanowiła mi zademonstrować moje wyjście z sali, popłakałam się ze śmiechu.

Z każdym porodem zyskuję większą pewność siebie, moich decyzji i działania. Myślę, że gdyby następny poród był w stylu tego drugiego, to już bym sobie poradziła. Nie idealnie, ale poradziłabym sobie. Ale nie chcę tego sprawdzać! 😜

Na koniec ponarzekam jeszcze na studentów kierunku lekarskiego, którzy wchodzą na salę, by zobaczyć poród. Wiem, że muszą mieć jakieś doświadczenie i jakiekolwiek pojęcie na temat przyjęcia porodu siłami natury, ale serio, niech siedzą w jego trakcie cicho, ich obecność dla nas, studentek położnictwa, jest wystarczająco stresująca. Po przyjęciu łożyska czekałam z ocenieniem go na położną, bo mogłabym czegoś nie zauważyć, uszkodzić je. Powtarzałam sobie w głowie, co mam zrobić i w tym momencie nachyla się do mnie student lek-u i mówi mi wyniośle "łożysko musisz ocenić". No co ty nie powiesz człowieku. W tamtej chwili, na temat oceny łożyska, miałam większą wiedzę niż on. Pewność siebie zdecydowanie odwrotnie...

Osobiście odnoszę wrażenie, że pacjentkom nie za bardzo podoba się tak liczna "widownia" w postaci studentów przy porodzie, ale wstydzą się o tym powiedzieć. Kim innym jest studentka, która zajmuje się pacjentką dłuższy czas, wspiera ją, przyjmuje poród lub asystuje przy nim, czy lekarz który stoi na sali "w razie czego", a kim innym są studenci (niezależnie od kierunku), którzy stoją i nic nie robią.
Chciałam właśnie napisać, że nigdy nie weszłabym na salę, gdybym była tam zbędna. Potem przypomniałam sobie, że niewiele brakowało, bym raz dołączyła do grona niepotrzebnych gapiów. U pacjentki mojej koleżanki musiało zostać wykonane ręczne wydobycie łożyska, którego nigdy na żywo nie widziałam. Położna ustawiła mnie w rogu sali, abym obserwowała zabieg. Chyba mi trochę ulżyło, gdy mąż pacjentki poprosił, by na sali zostało mniej osób, przez co wszyscy studenci (łącznie 6 osób) wyszli. Czułam się tam co najmniej nie na miejscu, jakbym wchodziła z butami w czyjś prywatny, intymny świat. Kto wie, może "zbędna widownia" przy porodzie fizjologicznym ma podobne odczucia jak ja?

Po 8 dyżurach stwierdzam, że odnalazłabym się w pracy na sali porodowej. Byłoby to dla mnie duże wyzwanie, ponieważ musiałabym wyjść ze swojej "strefy komfortu", czyli uporządkowanej, bardziej przewidywalnej pracy na oddziałach takich jak patologia ciąży, czy położnictwo. Rok temu zdecydowanie bardziej wiedziałam na jakich oddziałach ewentualnie widzę się w przyszłości. Obecnie widzę jedynie ogromny wachlarz możliwości. Co wybiorę, to pokaże przyszłość.

poniedziałek, 22 marca 2021

Patologia ciąży

Ponad tydzień temu ukończyłam praktyki na pierwszym z oddziałów, które muszę poznać w 4 semestrze. 
Nie ukrywam, że kiedyś (dawno i nieprawda) myślałam, że patologia ciąży to nudny oddział, bo nie ma dzieci i rodzących, mało autonomii, wykonujemy czynności czysto pielęgniarskie. Jak bardzo się myliłam!! 
Jak już poprzednio wspomniałam, oddział niesamowicie mi się podobał. Nie wiem, czy w każdym szpitalu, ale na "Żwirkach" dużo się na patologii dzieje, jest wiele przyjęć, przekazywania czy wypisywania. Miałyśmy to szczęście, że naprawdę wiele czynności mogłyśmy samodzielnie wykonywać. 
Pobieranie krwi nie sprawia mi już trudności (chyba, że żyły są naprawdę trudne albo pacjentka jest obrzęknięta - wtedy NIC nie widać i ledwo czuć), zakładanie wenflonu na dłoń muszę zdecydowanie poćwiczyć, trafiłam na naprawdę niełatwe przypadki, więc było trudno, ale gdy pacjentka miała piękne żyły, była dobrze nawodniona, to wkłułam się za pierwszym razem, bez najmniejszych problemów. Przygotowałam też tyle antybiotyków, iż mam wrażenie, że jestem je w stanie zrobić przez sen. Pięć razy asystowałam przy zakładaniu cewnika Foley'a do preindukcji porodu, raz byłam przy zakładaniu Pessara na szyjkę (jego rozmiar był dla mnie szokiem, naprawdę współczuję pacjentkom momentu zakładania go, bo jest on naprawdę bolesny).
Niektóre pacjentki, ze względu na stan zdrowia, swój lub dziecka, leżą na oddziale patologii dłuższy czas. Z kilkoma z nich nawiązałyśmy naprawdę fajny kontakt, aż smutno było się potem pożegnać. Podłączanie KTG czy wysłuchiwanie maluchów sprzyja rozmowom, ponieważ czasami znalezienie FHR to prawdziwe wyzwanie, szczególnie we wczesnych ciążach. Naprawdę wiele razy spędzałyśmy dłuższą chwilę w jednej sali, bo opiekując się pacjentką, tak swobodnie nam się rozmawiało, że się zagadałyśmy. 
Właściwie umiejętność rozmowy z pacjentkami, a nawet ich zagadywanie bardzo się przydaje. Wbrew temu, co mówią, nie wszystkie znoszą pobieranie krwi "bardzo dobrze". Widać po nich stres, zaciśnięte zęby, jeszcze zanim zdążymy zbliżyć igłę do skóry. Szczególnie gdy usłyszą, że jesteśmy studentkami. Rozumiem to, ja sama nie znoszę, gdy ktoś musi na mnie wykonać jakiś zabieg. Odwracam wówczas głowę i staram się myśleć o czymś innym, o tym co pomaga. Do tego samego staram się namówić pacjentki. Rozmawiamy wtedy o maluchu, starszych dzieciach, nawet o ich zawodzie. Pamiętam, że do jednej z nich, wyjątkowo zdenerwowanej, nawijałam jak katarynka, gdy moja koleżanka przygotowywała się i pobierała krew. Wydaje mi się, że pacjentkę uspokoiłam, choć może była po prostu zaskoczona ilością słów, które wypowiedziałam w ciągu 30 sekund. Ja na pewno byłam… :)
Pacjentki są bardzo różne. Od tych, które przyjmują bardzo roszczeniową postawę, poprzez rozgadane, zamknięte w sobie, po takie, które najchętniej by nas przeprosiły za to, że musimy się w ich słabe żyły wkłuć.Jednak nie mnie oceniać ich postawę. Każdy z nas reaguje inaczej na nieprawidłowości, każdy ma inną potrzebę ilości i jakości opieki, każdy się boi i denerwuje na własny sposób. Nigdy do końca nie wiemy, w jakim środowisku pacjentka na co dzień żyje, co nią kieruje, jakie historie ciążowo-porodowe (i na ile rzetelne)  do niej dotarły. Każdą pacjentkę traktujemy z należytym szacunkiem i oferujemy jej najlepszą możliwą opiekę, nie ignorując żadnych, nawet najbardziej nieprawdopodobnych dolegliwości. To jest rola położnej, wspierać, nie oceniać. 
Czasami patrząc na uśmiechniętą, rozgadaną i pozytywnie nastawioną  pacjentkę, można się naprawdę zdziwić, jak wiele schorzeń u niej występuje i co znajdziemy w historii jej choroby. Podziwiam takie kobiety. 
Zastanawiałam się ostatnio, czy gdybym trafiła na inną grupę, to dyżurowałoby mi się równie dobrze. W naszej grupie współpracuje nam się naprawdę bezproblemowo, nie utrudniamy sobie życia, powiedziałabym wręcz, że robimy, co możemy, by je ułatwić, gdy sytuacja tego wymaga, pomagamy sobie, podpowiadamy. Na szczęście wszystkie jesteśmy “ogarnięte” i wystarczająco zorganizowane, więc szybko dzielimy się pracą,  ustaliłyśmy nawet sobie kolejkę, według której wykonujemy procedury, by nic żadnej z nas nie ominęło.   Wydaje mi się, że położne doceniają tę naszą pracę zespołową i to, że garniemy się do pracy i pomocy. Ufają nam przez to bardziej, a co za tym idzie - pozwalają zrobić więcej !
Na patologii ciąży spędziłyśmy sześć 12-godzinnych dyżurów, miałyśmy także kilka godzin zajęć zdalnych/seminaryjnych. Gdy nareszcie zaczęłam się czuć na oddziale "jak u siebie", musiałam go pożegnać, aby zacząć praktyki w innym miejscu.  Przed sobą mam jeszcze kilka oddziałów. Następny? Sala porodowa. Trzymajcie kciuki!

niedziela, 13 grudnia 2020

Pierwszy dyżur!

Jak ja na niego czekałam!

Od ostatniego wpisu, nastąpiły oczywiście zmiany na plus. Obecnie nie musimy wysyłać podań o wolontariat do szpitali i liczyć na przyjęcie. Teraz dostajemy grafik położnych z przypisanego do naszej grupy szpitala, wpisujemy się na dyżur (maksymalnie dwie osoby do jednej położnej) i przychodzimy na 12 godzin. Na sali porodowej można było zapisać się również na noc. W drugim semestrze, gdy zajęcia praktyczne są wpisane w plan zajęć, zapisy będą wyglądać zupełnie inaczej, ale jak, to się jeszcze okaże. 

W mojej grupie byłam w drugiej "dwójce", która była na dyżurach  na przełomie listopada i grudnia.

Zaczęłyśmy od porodówki, ale nasza mentorka, podczas pierwszego dla nas dyżuru, przypisana była do położnic tam przebywających, więc zajmowałyśmy się tylko nimi. Zarówno ja, jak i moja koleżanka, byłyśmy z tego powodu zadowolone. Zaczęłyśmy na spokojnie, bez pośpiechu. 

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, to zważenie, zmierzenie i założenie pieluszki dzielnej dziewczynce. Byłam tak skupiona na tym, co i jak mam zrobić, że nie pamiętam jej imienia 😓. Pierwszy raz trzymałam na rękach takiego maluszka. Nie miałam wrażenia, że zaraz wyleci mi z rąk, ale tak okropnie się stresowałam tym, że ją źle złapię i to ją zaboli. Nawet nie zapłakała, więc sukces nr 1! Na wadze już nie było tak miło, bo zaczęła płakać. Ale to nie była moja wina, więc byłam spokojniejsza. Po powrocie na ręce uspokoiła się. Czułam się wtedy co najmniej wspaniale. Ważyłam tego dnia dwoje dzieci i oba maluszki płakały i wierciły się w trakcie. Chyba nikt nie lubi ważenia.

Mam wrażenie, że nauczyłam się bardzo dużo w trakcie tych 12 godzin. Pobierałam krew, przygotowywałam i podawałam leki, zdejmowałam wenflon, mierzyłam ciśnienie, przygotowywałam kroplówki, podałam nawet dziecku witaminę K! To ostatnie zdecydowanie było bolesne i nieprzyjemnie. Bardzo Cię maluszku przepraszam, ale ta iniekcja była nieunikniona. 

Następne dwa dyżury też mi się podobały. Szczególnie drugi, podczas którego opiekowałam się rodzącą. Niestety porodu nie doczekałam, ponieważ skończył mi się dyżur.

Co robiłam podczas tej opieki? Głównie trzymałam (dosyć mocno) pelotę KTG, dbając o ciągłość zapisu, bo lubiła się zsuwać. Zakwasy w prawej ręce miałam dobre kilka dni. Podłączałam również oksytocynę używając pompy i podgrzewałam pani groszki (termofor). Zbadałam również pacjentkę wewnętrznie. Starsze koleżanki mają rację, gdy mówią, że podczas pierwszego badania bardzo ciężko wyczuć cokolwiek. Wierzę, że ta umiejętność przyjdzie z czasem. Ćwiczenie czyni mistrza, prawda?

Jednak zanim "dostałam" pod opiekę rodzącą, znowu zajmowałam się położnicami. Podawałam antybiotyki (Taromentin i Unasyn przygotuję już z zamkniętymi oczami, obudzona w środku nocy), mierzyłam stan ogólny, pomagałam w przystawieniu dzieci do piersi, kontrolowałam bilans płynów, cewnikowałam (nie powinnam się z tego cieszyć, bo to nic przyjemnego dla pacjentki, ale jakoś mi ciężko się powstrzymać...), pielęgnowałam noworodka, pomagałam nawet w "uruchomieniu pacjentki" 2h po porodzie. 

Trzeci dyżur był bardzo podobny do pierwszego i początku drugiego. Nad rodzącą czuwała tym razem moja koleżanka, więc ja tego dnia znowu zajmowałam się położnicami. Czułam się już dużo pewniej. Wiedziałam gdzie co leży, jak przygotowywać leki. Dwa ostatnie dyżury miałam dzień po dniu, dlatego kojarzyłam część kobiet przebywających na oddziale. Bardzo to ułatwiło komunikację z nimi. Wydaje mi się, że nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktu z pacjentkami, przychodzi mi to naturalnie. Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, gdy wchodzę do sali, robię swoje i wychodzę. Staram się zawsze zapytać o samopoczucie, o to, jak się ma maleństwo. Przełamuje to pierwsze lody, pacjentka zaczyna nam ufać, istnieje mniejsze prawdopodobieństwo tego, że nam, studentkom, odmówi wykonania na niej zabiegu. Zdarza się, że pacjentki nie wyrażają zgody na np. pobranie krwi przez studentkę. Miałam taką sytuację. Na to nic nie poradzimy, pacjentka może mieć swoje powody, czasem całkiem słuszne. Moja pacjentka wiedziała, że naprawdę bardzo źle znosi pobieranie krwi. Teraz się cieszę, że to nie ja panią kłułam, bo tylko bym się zestresowała jej reakcją.

Bycie studentem na oddziale ma też swoje inne oblicze. Jesteśmy "do pomocy" w każdym tego słowa znaczeniu. Trzeba pozwijać wyprane pasy do KTG? Siedzimy i zwijamy. Trzeba pociąć ligninę? Maszynka w ręce i tniemy. Trzeba poskładać  foliowe fartuszki? Zadanie dla nas. Rozpakować dostawę, uzupełnić sale? Radośnie się za to zabieramy. Nie potrafię określić jak się na początku czułam wykonując te czynności. Kiedy niewiele się działo, był to sposób na nienudzenie się. Poza tym, ktoś to musi zrobić, dlaczego nie my, skoro mamy czas? Rozpakowywanie dostawy i uzupełnianie sal doceniłam na 3. dyżurze, gdy od innej studentki (to był jej 1. dyżur) usłyszałam słowa pełne podziwu, że wiem dokładnie w której szafce znaleźć zlecony lek, skąd wziąć strzykawki i igły, gdy zaczyna ich brakować. A w cięciu ligniny byłam całkiem dobra, cięłam w miarę prosto (nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale serio z ostatnich porcji byłam całkiem dumna).


Czy mam jakieś rady dla tych, co swój pierwszy dyżur mają jeszcze przed sobą? 

Nie denerwujcie się nim. Wszyscy wiedzą, że to pierwsze zetknięcie ze szpitalem, więc ma się pewnego rodzaju "taryfę ulgową". Oczywistą sprawą jest to, że jesteśmy studentami, mamy prawo popełniać błędy, nie umieć wykonać podstawowych czynności.  Ja osobiście nie spotkałam się z tym, by ktoś mnie źle potraktował, gdy czegoś nie wiedziałam lub nie umiałam zrobić. Mam jednak świadomość, że niestety takie sytuacje się zdarzają. Nie należy brać wtedy takich słów do siebie i robić swoje. Jeżeli ktoś ma odwagę, to można przypomnieć, że jesteśmy początkującymi studentkami, choć szczerze mówiąc, ja bym chyba nie miała. 

Pytajcie. Nawet tysiąc razy. Lepiej zapytać kolejny raz niż popełnić błąd. Nie próbujcie odpowiedzieć pacjentce na pytanie, gdy nie macie wiedzy na dany temat. Bieganie tam i z powrotem na odcinku "dyżurka-sala pacjentek" to norma. Osobiście uważam, że pytając, pokazujemy chęć nauki, pomocy, "bycia przydatnym". To procentuje. 

Nie bójcie się wykonywać zabiegów, przygotowywać leków. To jest przerażające na początku, bo co innego rozpuścić sobie w domu Gripex, a co innego przygotować antybiotyk dla obcej osoby. Uważam, że wręcz należy się "pchać", gdzie tylko się da, do jakiejkolwiek czynności. Czasami położne (nie mentorki) pytają czy któraś ma czas albo czy zrobiłaby to i to. Krzyczycie tak, odkładacie jedzenie i biegniecie się uczyć. Dzięki takiemu zachowaniu pomagałam uruchomić pacjentkę po porodzie. Dlatego, gdy później pomagałam koleżance zrobić to samo, ja robiłam za tą "doświadczoną".

Ostatnia "rada" nie jest aż tak ważna, jeśli chodzi o naukę, ale uważam, że bardzo ułatwia funkcjonowanie na oddziale. Żyjcie w przyjaznych stosunkach z koleżankami z dyżuru. Nawet, jeżeli widzicie kogoś po raz pierwszy w życiu i myślicie sobie "to my razem studiujemy?" Wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia, by trafić na dyżur z kimś, kogo znają, a co dopiero z kimś, kogo szczerze lubią. Ja miałam. Mam nadzieję, że na oddział położniczy znowu trafimy w tym samym składzie, bo współpracowało się nam znakomicie.


Jestem teraz rozdarta. Uwielbiam święta i chciałabym, by trwały jak najdłużej. Pieczenie pierniczków, ubieranie choinki (i wdychanie jej cudownego zapachu!), świąteczne swetry i skarpetki, siedzenie przy kominku z kakao lub herbatą to zdecydowanie mój świat. Z drugiej strony w styczniu czekają mnie kolejne dyżury. Całe trzy, chyba że zdecyduję się na wolontariat (co nie zachęca, kiedy zaliczenia i sesja są na horyzoncie). 

Wesołych Świąt!

wtorek, 10 listopada 2020

Światełko w tunelu

Każdy wpis mam ochotę zacząć hasłem "Co za rok...". Oby ta pandemia się skończyła w najbliższym czasie (choć nic na to nie wskazuje...), bo moje studiowanie szlag trafi. 

Zdalne nauczanie zdecydowanie nikomu nie służy. Ani nam, studentom, ani prowadzącym. 

Oni wiedzą, że na naszym kierunku praktyka jest bardzo ważna i naprawdę możemy mieć w tym zakresie niedopuszczalne  braki. Wierzę, że wymyślenie jak nam ułatwić naukę on-line oraz prowadzenie zajęć przez komputer, w czasie których jedynie pokazuje się nam fantom, jest trudne i męczące. Tym bardziej, gdy odpowiedzialność za naszą wiedzę niejako leży na barkach nauczycieli. To właśnie nasze kochane Panie położne podsunęły nam pomysł na stworzenie własnych domowych fantomów, by móc jakkolwiek ćwiczyć chwyty i mechanizmy. Po mojego pluszowego lwa musiałam pojechać do Bielska- Białej, bo w Warszawie z pluszaków miałam jedynie macicę i komórkę nerwową... Nijak nie przypominają one noworodka. 

Jak się Wam podoba mój domowy fantom?

My wiemy, że nauka jest ważna i musimy się zebrać w sobie, choć czasy nie sprzyjają, Morale i motywacja 90% naszego roku spadły już tak bardzo, że chyba niżej się nie da. Jesteśmy zmęczone tym, że nie dostajemy informacji, nie mamy co przekazywać grupom. Ile razy można napisać "Nikt nie wie. Próbujemy się dowiedzieć. Nikt nam nie odpowiada. Naprawdę próbujemy poruszyć niebo i ziemię, by zdobyć jakiekolwiek informacje"? Ze strony zwykłego studenta dochodzi jeszcze nawał materiałów na platformie e-learningowej, które nie wiadomo kiedy się zamykają i, jak już wspominałam, brak motywacji. Zawieszenie zajęć kontaktowych skutkuje tym, że nie wiemy, czy i kiedy wejdziemy do naszych pracowni, Centrum Symulacji Medycznych i szpitala na zajęcia praktyczne, a do odrobienia mamy jeszcze zaległe godziny z 1. roku. Świadomość, że inne uczelnie nie mają aż takich obostrzeń nie poprawia humorów. Co z nas będą za położne, jeżeli połowę praktyk będziemy robić on-line? 

Bardzo ciężko pozostać optymistą w takich warunkach. Wychodzę jednak z założenia, że skoro w świecie jest równie dużo dobrego, co i złego, to za chwilę po prostu musi się pojawić coś pozytywnego. I tak było.

Po dwóch tygodniach niewiedzy coś ruszyło. W sobotę ze starościnami miałyśmy spotkanie z koordynator zajęć praktycznych, gdzie okazało się, że choć nie wracamy na razie do pracowni, to możemy pójść na wolontariat, na nasze oddziały, zaliczając przy tym zaległe praktyki. Niedługo dostaniemy wyczekane książeczki praktyk, więc oficjalnie wszystko będzie udokumentowane. Wolontariat oczywiście jest dobrowolny. Nikt, kto jeszcze nie chce wchodzić do szpitala, zwiększając ryzyko na zarażenie, nie będzie miał przez to problemów. Ja się zdecydowałam na skorzystanie z takiej możliwości. Trochę mi dziwnie być studentką drugiego roku, która na żywo porodu nie widziała... W najbliższych dniach wysyłam podanie i z podekscytowaniem oczekuję pierwszego dyżuru! 

Obecnie siedzę sobie w pociągu wracając do Warszawy, gdzie, mam nadzieję, moja produktywność wzrośnie. Motywację nową mam, świadomość, że muszę zorganizować sobie czas na ten wolontariat też, więc myślę, że łatwiej mi będzie zebrać się do systematycznej nauki, choćby po to, by udowodnić wszystkim wokół, a przede wszystkim sobie, że dam radę i nie jestem aż takim leniem. 

Trzymajcie kciuki, by mi się udało!

sobota, 17 października 2020

Przeprowadzka, anatomia i inne historie

Gdy wrzuciłam na Instagrama informację o poprzednim poście, obiecałam napisać, dlaczego prawie całe wakacje mnie tutaj nie było. Patrząc na tytuł chyba nietrudno się domyślić. 


W tym roku, niestety, moim priorytetem była nauka do poprawki z anatomii. Jeżeli ktoś przeczytał moje poprzednie posty, to wie, że uważam ten przedmiot za trudny i obszerny, a dokładny zakres materiału obowiązujący położnictwo nie jest mi znany. Poprawkę zdałam, ale dalej tego zakresu nie znam. 

Na szczęście nie byłam jedyną osobą, która nie zdała tego egzaminu, więc miałam do kogo się zwrócić po wsparcie i pomoc z jakimś pytaniem czy tematem, który sprawiał mi problem. Ostatni tydzień przed egzaminem nasz czat przypominał gorącą linię. 

Stresowałam się bardzo, ponieważ było to moje "być, albo nie być" na studiach. Pierwszy rok nie może być powtarzany, trzeba by się logować jeszcze raz, a potem nakłamać, że wcale się już nie studiuje tego kierunku. Ja nie chciałam tak robić, uznałam nielogowanie się za dodatkową motywację. Kolejną motywacją było wynajęte mieszkanie, trochę głupio nie zdać i nie studiować, a płacić za najem...


Długo zastanawiałam się jak się uczyć, z czego? Uznałam, że najpierw przeczytam podręcznik (korzystałam ze Skawiny, wydawnictwo UJ) skupiając się na "wskazówkach do ćwiczeń", następnie przeczytam wszystko, co miałam z wykładów (bardzo ważne!), a później przerobię pytania z poprzednich lat i innych źródeł (chyba najważniejsze). Na szczęście zadziałało.  Chcąc zrobić wszystko, co zaplanowałam na spokojnie, bez dodatkowego stresowania się, dałam sobie 8 tygodni na naukę. Wiedziałam, że nie chcę się uczyć w weekendy ani od rana do nocy, na pewno wypadną mi jakieś małe wyjazdy, goście, dni, z gorszym samopoczuciem. Miałam rację, ale gdyby nie te moje odstępstwa, to spokojnie zamknęłabym się w 3-4 niesamowicie intensywnych tygodniach. 

Gdybyście tylko widzieli jakie pozycje ja przyjmowałam w trakcie nauki... Na początku grzecznie siedziałam przy biurku, ale ile można? Moje stawy zaczęły krzyczeć o zmianę. Po jakimś czasie przeniosłam się na łóżko, a w ostatnim tygodniu przemieszczałam się po całym pokoju, kończąc bardzo często w jakiejś poskręcanej pozycji na macie do ćwiczeń. Co komu pasuje, prawda?

W dniu egzaminu wstałam zestresowana, ale z pozytywnym nastawieniem. Dzień wcześniej dostałyśmy informację, że mamy się nie martwić, bo egzamin będzie "do zdania". I był, pomimo ograniczenia czasowego średnio 42s/1  pytanie. Zakończyłam test i bałam się popatrzeć na wynik, choć czułam, że zdałam. Gdy się w końcu zdecydowałam, okazało się, że wyniki nie wyświetlają się od razu. Dostałyśmy je po południu, a ja w czasie oczekiwania zdążyłam posprzątać, upiec babeczki (wspominałam, że w nerwach piekę jak szalona?) i wylać swoje żale i niepewności siostrze na Messengerze. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, pozytywnym wynikiem. Radośnie mogłam zacząć nazywać się studentką drugiego roku.


Kolejną zajmującą mnie sytuacją była przeprowadzka z Dziupli do mojego nowego mieszkania, kawalerki 💓. To było bardzo przyjemne i wyczekiwane wydarzenie.

Tata mi powiedział, że wyposażenia mam szukać dopiero, gdy zdam anatomię. W sumie nie wiem, czy to był żart, czy nie... chyba nie chcę wiedzieć. Nie powstrzymało mnie to jednak od ciągłego przeglądania stron sklepów typu IKEA, planowania, co mi będzie potrzebne, gdzie co położę. 

Jeden z niewielu plusów wirusa, to więcej mieszkań pustych i do wynajęcia przez dłuższy czas. Rok temu znikały one jak świeże bułeczki już na początku lipca, a tym razem początkiem sierpnia ciągle było ich dużo. Oczywiście miało to związek z tym, że pierwsze listy pojawiały się dopiero w sierpniu, a część uczelni przeszła na całkowite nauczanie zdalne. Dla mnie, osoby, która miała umowę podpisaną do września, była to duża ulga, bo mogłam wynająć drugie mieszkanie później i płacić podwójnie tylko miesiąc. Małe pocieszenie w czasie pandemii, ale zawsze coś. 

Co do mieszkania samemu, uwielbiam to. Owszem, czasami brakuje mi kontaktu z innymi, nie mam z kim porozmawiać, ale potem myślę sobie, że mam kuchnię tylko dla siebie, mogę zostawić brudne naczynia "na później", a one nie będą nikomu zawadzać i od razu mi lepiej. A lekiem na samotność jest telefon i rozmowa z rodzicami czy znajomymi oraz te nieliczne wyjścia na zajęcia stacjonarne. Introwertykowi wystarcza 😁


Studia w systemie hybrydowym są... dziwne. Mają swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że więcej śpię, bo nie tracę czasu na dojazdy. Innym pozytywnym aspektem jest to, że część wykładów lub seminariów mogę przerabiać wieczorem, czy wręcz w nocy, siedząc z herbatą w dresie, pod kocem, robiąc przerwy kiedy mi to pasuje. Zajęcia na Teamsie, te w czasie rzeczywistym, też nie są aż takie złe, jest ich stosunkowo niewiele. Poniżej widzicie jeden z moich tygodni nauki. Dużo ćwiczeń mam przez krótki czas, zmieniają się na inne (dlatego tak bardzo potrzebny jest mi kalendarz).  Niektóre zajęcia mamy stacjonarnie co jakiś czas, by podsumować praktycznie teorię, którą przyswoiłyśmy w sposób zdalny (np. badania fizykalne).



Gdy tylko spotkałyśmy się stacjonarnie na TPiPP i neonatologii, wszystkie promieniałyśmy szczęściem, że nareszcie się widzimy, możemy zrobić coś na fantomach, a nie tylko uczyć się teorii przed komputerem. Myślę, że doceniłyśmy zajęcia kontaktowe jak jeszcze nigdy, a Centrum Symulacji jest wyczekiwane dużo bardziej niż rok temu (moja grupa nie zdążyła tam dotrzeć).

Nie wiemy, kiedy będziemy odrabiać zaległe godziny praktyk, wiemy jedynie, że będziemy. 

Co do minusów to na pewno warto wymienić brak kontaktu z grupą. Zamiast 20, widzę 6 osób raz, dwa razy na tydzień. Dodatkowo, nie do końca wiem, jak to się stało, ale zostałam starostą swojej grupy seminaryjnej, a brak tego kontaktu sprawił, że nie znam całej swojej grupy (dołączyło do nas kilka nowych osób z tej rozwiązanej). Niby nic wielkiego, ale trochę mi z tym dziwnie. 

Minusy wynikające z problemów technicznych pominę w całości, chyba każdy wie jak potrafią utrudnić życie zarówno nam, jak i prowadzącym.

Aktywność na zajęciach on-line jest również utrudniona. Czasami zanim zdążę włączyć mikrofon, to ktoś inny zdąży odpowiedzieć. Najbardziej niezręczne są jednak momenty, gdy nie znamy odpowiedzi na zadane pytanie. Następuje wtedy taka wyczekująca cisza, podczas której prowadzący daje nam czas na ewentualnie włączenie mikrofonu, czego nikt nie robi. Na stacjonarnych jakoś to lepiej wychodzi...


Warszawa w czerwonej strefie zagraża naszym, tak nielicznym, stacjonarnym zajęciom, dlatego trzymajmy wszyscy kciuki, by ćwiczenia (przynajmniej z Technik!) zostały stacjonarne.

środa, 7 października 2020

Podsumowanie 1. roku położnictwa

6 lipca oficjalnie rozpoczęły się wakacje. Dla tych, co wszystko zdali było to 13 tygodni wolnego (w tym roku zajęcia zaczynaliśmy 5 października). 

Stwierdziłam, że warto sobie podsumować ten pierwszy, trochę dziwny rok akademicki. Chciałam ten post napisać po zakończonych praktykach, ale no cóż... świat  najwyraźniej jest przeciwko mnie 😕 Co prawda już zaczął się kolejny rok akademicki, ale miałam na głowie coś innego. Potrzebowałam też małej przerwy od uczelnianych spraw, ale o tym kiedy indziej. 


Zacznijmy od podsumowania zajęć, przedmiotów zawodowych/kierunkowych:

  • Podstawowa opieka położnicza, w skrócie POP - wykłady (1. i 2. semestr), ćwiczenia (1. semestr, 3-4 spotkania, 2. semestr, dwa spotkania), seminaria (1. semestr)
    Wykłady zawierały zarówno tematy ściśle powiązane z położnictwem, jak i te “zahaczające” o pielęgniarstwo. Nic dziwnego, że najbardziej podobały mi się te pierwsze, ale nie mogę powiedzieć, że inne były nudne (no, może oprócz historii pielęgniarstwa... ). Wykłady miałyśmy dwa razy w tygodniu, raz 2h 15min, raz 1,5h. Zagadnienia poruszane na zajęciach  obowiązywały nas na egzaminie.
    Ćwiczenia w pierwszym semestrze odbywały się w szpitalu, ale nie były to zajęcia praktyczne. Omawiałyśmy dokumentację, szkołę rodzenia, sterylizację narzędzi. Zajęcia trwały w teorii 2,5h. W drugim semestrze miałyśmy jedno spotkanie odnośnie przyjęcia fizjologicznego porodu (od razu zaliczałyśmy), musiałyśmy w ich trakcie dokładnie mówić co robimy, użyć prawidłowych narzędzi. Podobały mi się. Drugie zajęcia (w moim wypadku już on-line) dotyczyły laktacji i problemów, jakie mogą się pojawić. Trwały one po 2h 15min.
    Seminaria odbywały się częściowo stacjonarnie, częściowo na platformie e-learningowej. Uwielbiałam te zajęcia i nasze prowadzące. Uczyłyśmy się o ciąży, połogu, laktacji, cyklu. Zajęcia stacjonarne trwały 2h 15min. Materiał obowiązywał na grudniowym zaliczeniu oraz na egzaminie w sesji letniej.

  • Techniki położnicze i prowadzenie porodu, w skrócie TPiPP - seminaria (1. semestr) i ćwiczenia (1. i 2. semestr)
    Ćwiczenia to czysta wiedza przydatna na porodówce. Na  pierwszym roku jest wszystko pięknie i cudownie, bez większych komplikacji, czy nieprawidłowości. Uczyłyśmy się m.in. jak zbudowana jest miednica, drogi rodne, jak przyjąć fizjologiczny poród i jak postępować w jego trakcie oraz jak odczytywać zapis KTG. Praktyczna część zajęć odbywała się na fantomach, czasami na nas z fantomowym brzuszkiem ("rodziłam" z tym brzuszkiem w takiej pozycji, że zakwasy miałam przez 3 dni). Gdyby nie koronawirus, odwiedziłybyśmy Centrum Symulacji. Tęskniłam za tymi zajęciami w trakcie nauki zdalnej. Trwały 2h 15min. Na zakończenie semestru pisaliśmy szczegółowe kolokwium/zaliczenie.
    Seminaria wyglądały zupełnie inaczej, a trwały niecały jeden semestr. Tematy się nie pokrywały. Najpierw omawiane były zagadnienia takie jak rola osoby towarzyszącej, wpływ psychiki na poród, trudne sytuacje na sali. Przygotowywałyśmy  również fragmenty tekstu kultury, który dotyczył porodu, rodzicielstwa i omawiałyśmy poruszany problem. Zaliczałyśmy, przygotowując wspomniane fragmenty tekstów. Zajęcia trwały 2h 15min.

  • Neonatologia - seminaria i ćwiczenia (1. semestr)
    Jest to pierwsze zetknięcie się z wiedzą na temat noworodków. Na pierwszym roku uczymy się tylko o prawidłowych, fizjologicznych rzeczach, dlatego zajęcia mamy tylko przez 1,5 miesiąca. Zagadnienia się w miarę pokrywały. Na ćwiczeniach uczyłyśmy się m.in. kąpać dziecko (cała toaleta), przewijać, zawijać w pieluszki, ubierać, ważyć, mierzyć (te czynności wykonywałyśmy na lalkach), uczyłyśmy się np. o badaniach przesiewowych, pierwszych szczepieniach.
    Seminarium wyglądało różnie, zależnie od prowadzących. Albo dziewczyny się przygotowywały na zajęcia albo, jak my, dostawałyśmy materiały wcześniej i odpowiadałyśmy na kilka pytań na początku następnych zajęć. Bardzo lubię neonatologię, ale uczyło mi się jej ciężej niż POP-u. Ćwiczenia trwają 2h15min, kończą się zaliczeniem, a seminarium trwa 1,5h i także kończy się zaliczeniem.

  • Podstawy pielęgniarstwa, w skrócie PP - Seminaria (1. semestr) i ćwiczenia (1. i 2. semestr)
    Kochałam ćwiczenia z tego przedmiotu. To właśnie na nich uczymy się podstawowych czynności pielęgniarskich, między innymi takich jak prawidłowe mycie rąk, iniekcje, pobieranie krwi, cewnikowanie, mierzenie ciśnienia. Wykonujemy wszystko na fantomach, czasami na sobie nawzajem. Pamiętam, że na pierwszych zajęciach uczyłyśmy się poprawnie ścielić łóżko i zmieniać pościel. Kiedy z koleżanką miałam pościelić intuicyjnie, bez wcześniejszego tłumaczenia, poległyśmy z kretesem "topiąc się w zarazkach"😂. Uwierzcie lub nie, ale od tych zajęć ścielę (o ile to robię...) własne łóżko w bardzo zbliżony sposób do tego prawidłowego.  Zajęcia trwały planowo 2h15min, ale często przerabiałyśmy temat w krótszym czasie. Czynności zaliczałyśmy na bieżąco.
    Seminaria... spędzały mi sen z powiek, ponieważ musiałyśmy materiał wykuć na blachę, byłyśmy wszystkie pytane oraz miałyśmy bardzo mało czasu na przejazd między zajęciami, a nie mogłyśmy się spóźnić. Przerabiałyśmy inne zagadnienia niż na ćwiczeniach, dotyczyły głównych zaburzeń, norm dotyczących poszczególnych układów (zagadnienia do opracowania były podawane zajęcia wcześniej). Polecam uczyć się z książek o pielęgniarstwie. Zajęcia trwały 2h15min i kończyły się zaliczeniem. 

Niestety inne przedmioty też istnieją i też trzeba je zaliczyć: 


  • Anatomia - wykłady i ćwiczenia (1. i 2. semestr)
    Tego przedmiotu nie trzeba przedstawiać. Jest dokładnie tym, o czym myślimy przed studiami - szczegółową wiedzą na temat ludzkiego ciała. Do dzisiaj nie do końca wiem, jak bardzo szczegółowa wiedza nas obowiązuje. Tematy z wykładów i ćwiczeń się pokrywają, wykłady są bardziej rozbudowane, szczegółowe.
    Wykłady jak wykłady, warto chodzić, bo pojawiają się pytania dotyczące materiału przerabianego na nich. Prawdą jest, że mało osób na  nie chodziło, 7:30 nie zachęcała. Trwały 1,5h.
    Ćwiczenia, które ja nazwałabym seminarium, odbywały się w salach, nie w prosektorium. Robiłyśmy albo oglądałyśmy prezentacje, taki mini-wykład. Zajęcia planowo trwały 2h 15min. Cały przedmiot kończył się zaliczeniem pierwszego i drugiego zakresu, a na koniec egzaminem w sesji letniej.

  • Embriologia - wykłady i ćwiczenia (2. semestr)
    Nauka o rozwoju tkanek i płodu. Mam wrażenie, że wykłady i ćwiczenia  w zakresie materiału nie pokrywały się.
    Wykłady prowadził profesor, którego bardzo lubiłam. Zawsze wtrącał jakieś ciekawostki, bardziej lub mniej szokujące. Lubiłam go słuchać. A on lubił być słuchany przez dużą liczbę studentów, więc radzę chodzić 😁 To właśnie wiedza głównie z wykładów obowiązuje na zaliczeniu.
    Ćwiczenia można by nazwać zajęciami z histologii. Najpierw spotykaliśmy się wszyscy w większej sali na mini-wykładzik, a potem przechodziliśmy do mniejszych sal, by oglądać tkanki pod mikroskopem. Miałyśmy również możliwość przyjścia i oglądania tych preparatów poza zajęciami. Cały przedmiot kończy się zaliczeniem.

  • Pedagogika - wykłady i seminaria (1. semestr)
    Zajęcia o rozwoju dziecka, wpływach środowiska na dziecko. Tematy z seminariów i wykładów się nie pokrywały, ale wszystko obowiązuje na egzamin.
    Mnie wykłady się całkiem podobały. Listy się pojawiają na niektórych zajęciach. Trwały 1,5h.
    Na seminariach omawialiśmy teksty podane wcześniej. Jeżeli się przeczytało tekst, to się nie miało większego problemu na zajęciach. Trwały 2h 15min. Na koniec, w sesji zimowej, pisaliśmy egzamin.

  • Biofizyka - wykłady i ćwiczenia (październik)
    Zajęcia w miarę ciekawe, ale trudne. Trwały tylko 4 tygodnie.
    Po każdych ćwiczeniach pisałyśmy kartkówkę. Ocena z zajęć była średnią z tych właśnie kartkówek.
    Wykłady mniej-więcej pokrywały się z ćwiczeniami.

  • Fizjologia - wykłady (1. semestr) i ćwiczenia (2. semestr)
    Przedmiot dla mnie bardzo trudny i skomplikowany. Trzeba na niego poświęcić dużo czasu, tak jak na anatomię. Gdyby nie wejściówki/wyjściówki, to uwielbiałabym ćwiczenia, bo były naprawdę ciekawie prowadzone i przez czas ich trwania zagadnienia wydawały mi się nawet zrozumiałe. Przedmiot ważny, ponieważ na nim opiera się patologia i patofizjologia (na drugim roku).
    Wykłady były częściowo zamieszczone na platformie e-learningowej, część odbywała się stacjonarnie (2h 15min). Ćwiczenia planowo miały być wszystkie stacjonarnie, ale końcówka, z wiadomych przyczyn, odbywała się już na Teamsie. Pierwotnie trwały 3h.
    Przedmiot kończył się egzaminem w sesji letniej, ale był poprzedzony prostszym zaliczeniem. 

  • Socjologia - wykłady (2. semestr)
    Bardzo przyjemne zajęcia, naprawdę. Spodziewałam się suchych faktów, jakichś dziwnych analiz społeczeństwa, a dostałam edukującą dyskusję na temat przewidzianych zagadnień. Są to zajęcia humanistyczne, trochę zahaczające o filozofię, z których ja zawsze wychodziłam z poczuciem, że coś (choć nie potrafię określić co) w moich poglądach się zmieniło , zyskałam szerszą perspektywę na poruszane tematy. Zdecydowanie nie uważam tych 2h15min w tygodniu za zmarnowane Jako zaliczenie musiałyśmy napisać  krótki esej o tym, co nas zaciekawiło w socjologii. Ja napisałam o tym, dlaczego decydując się na pierwsze dziecko, pary są starsze niż kiedyś.

  • Filozofia i etyka zawodu położnej - wykłady i seminaria (2. semestr)
    Zajęcia były prowadzone przez tego samego doktora, więc wyglądały podobnie do socjologii. Dyskutowaliśmy zarówno na wykładach jaki i na seminariach na tematy bardziej i mniej kontrowersyjne. Jedno i drugie trwało 2h 15min. Na zakończenie pisaliśmy prościutki test zaliczeniowy.

  • j. angielski - lektorat (1. i 2. semestr)
    Bardzo dużo zależy od prowadzącego. Ja muszę przyznać, że trochę się na zajęciach nudziłam. Mówię płynnie po angielsku, zdawałam rozszerzenie na maturze, więc byłam przyzwyczajona do zupełnie innego systemu i tempa nauki, które były tutaj wyśrodkowane. Zajęcia są przede wszystkim skupione na nowym (często również dla mnie), bardziej specjalistycznym słownictwie. Wydaje mi się, że część grup przygotowywała prezentacje, my głównie przerabialiśmy ćwiczenia z podręcznika. Moja grupa na  zakończenie pierwszego semestru musiała zdać ustnie procedurę medyczną i napisać sprawdzian, na zakończenie drugiego prezentowałyśmy wybrany przez siebie położniczy temat (np. pływanie i streching w ciąży, rodzaje antykoncepcji) i również pisałyśmy sprawdzian.

  • Mikrobiologia z Parazytologią - wykłady i ćwiczenia (1. semestr)
    Tak naprawdę to są to dwa przedmioty, ale egzamin w sesji zimowej jest wspólny.
    Ilość materiału do zapamiętania jest ogromna, sam skrypt do parazytologii jest gruby na 1 cm i pisany małym drukiem.
    Wykłady nie wyróżniały się niczym szczególnym, trwały 2h 15minut (mikrobiologia) lub 4h 15minut (parazytologia, skumulowana)
    Ćwiczenia mieliśmy przy mikroskopach, oglądaliśmy preparaty i uzupełnialiśmy ćwiczenia. Na mikrobiologii pisaliśmy dwa kolokwia, a na zakończenie parazytologii musieliśmy znaleźć preparat na szkiełku. 

  • Genetyka - wykłady i ćwiczenia (1. semestr)
    Spodziewałam się czegoś trudniejszego (nie mówię, że było łatwo), a może po prostu od zawsze lubiłam genetykę? Dużo materiału dotyczyło wad genetycznych. Ćwiczenia przypominały mi wykłady, tylko raz robiliśmy coś praktycznie. Zajęcia trwały 2h 15min.
    Zaliczenie odbywało się w sali komputerowej. Obowiązkowo do wykucia jest książeczka z bazą pytań (dostępna w skrypciarni).

  • Biochemia - wykłady (1. semestr)
    Straszne, przerażające, ale do zaliczenia. Uważam, że jeżeli jesteście po biol-chemie to po uważnym wysłuchaniu wykładów nie powinno być większych problemów ze zdaniem na 3, jeżeli zależy wam na  wyższych ocenach, musicie  włożyć w naukę  trochę więcej wysiłku.
    Wykłady odbywały się w formie kursu na e-learningu, mieliśmy do nich dostęp cały semestr, pamiętam, że mi się strasznie dłużyły. Cieszę się, że nie zostawiłam ich sobie na ostatnią chwilę, bo wszystko by mi się pomieszało. Zaliczenie odbywało się w sali komputerowej.

  • Podstawy komunikacji medycznej - wykłady (2. semestr)
    Nie jestem do końca pewna, czy mogę to nazwać wykładami. Na platformie mieliśmy udostępniony kurs, w którego skład wchodziły krótkie omówienia i scenki. Materiał był dla mnie oczywisty, ale czasem warto wrócić do podstaw komunikowania się, przypomnieć sobie zasady i różne triki.

  • Epidemiologia - wykłady (2. semestr)
    Zanim uczelnie przeszły na zdalny tryb nauczania mieliśmy spotkać się dwa razy. Wykłady zostały jednak umieszczone na platformie. Temat był trochę "na czasie". Musieliśmy zaliczyć materiał pisząc na platformie test.

  • Dietetyka - wykłady i seminaria (2. semestr)
    Poznaliśmy podstawowe wiadomości na temat odżywiania zdrowego pacjenta, dzieci, chorych i kobiet w ciąży. Zakres materiału był dosyć obszerny, na zajęciach stacjonarnych brakowało nam czasu na notowanie, gdy prowadzące starały zmieścić się w wyznaczonym czasie (wykład 2h, seminarium 2,5h).
    Zabawna sprawa odnośnie wykładu, to to, że wpis na listę obecności dostawało się dopiero po okazaniu dokumentu ze zdjęciem. 

  • Psychologia - wykłady i ćwiczenia (2. semestr)
    Niestety większość zajęć odbyła się już zdalnie, a szkoda, bo na ćwiczeniach stacjonarnych na pewno byłoby lepiej. Zajęcia z relaksacji, na które miałyśmy przynieść sobie czekoladę, ewentualnie maty do ćwiczeń nie zdążyły się odbyć, a czekałam na nie. Seminaria trwały 2h15minut. Zaliczałyśmy wysyłając uzupełnione karty pracy.
    Wykłady miały trwać 3h. Poruszały psychologiczne aspekty, które mogą dotknąć w pracy lub w życiu nas, położne. Materiał obowiązywał na egzaminie w sesji letniej.

  • Organizacja pracy położnej - seminaria (2. semestr)
    Oczywiście nie były to stacjonarne zajęcia, nie zdążyły być. Dowiedzieliśmy się tutaj między innymi o tym, jak powinien wyglądać grafik dyżurów, ile godzin pracy mieści się w etacie i ile przerwy potrzeba po jakim dyżurze. Na zaliczenie robiłyśmy właśnie taki grafik oraz pisałyśmy CV i list motywacyjny.

Jak oceniam pierwszy rok? Zdecydowanie jako męczący, ale jednocześnie fajny rok. Tyle nowych i ciekawych informacji, wspaniałych zajęć, które wciąż mnie utwierdzają w tym, że położnictwo to właściwa droga dla mnie, tyle nowych, wspaniałych znajomych, którzy nadają na tych samych falach, co ja. Nie mogę jednak pominąć określenia "rozczarowujący", gdy opisuję ten rok. Nastawiłam się na praktyki grupowe i indywidualne, które się przez pandemię nie odbyły. Zostało mi jedynie w dalszym ciągu na nie czekać i cieszyć się drugim rokiem.