Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzamin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzamin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 października 2021

Bliżej niż dalej do zostania położną, czyli drugi rok za mną

 Jeżeli ktoś śledził relacje na moim Instagramie, to wie, że 5 lipca zdałam ostatni egzamin, a kilka dni później rozpoczęłam praktyki w szpitalu w rodzinnym mieście. Skończyłam je początkiem września, a później nareszcie wyjechałam na wyczekiwane od dwóch lat wczasy. Dopiero po nich zebrałam się, by napisać ten i jeszcze dwa wpisy, ale do przeglądnięcia i poprawiania nie było mi już tak spieszno. 

Sesja w tym semestrze była męcząca. 5 egzaminów w 3 tygodnie i poprzedzający miesiąc spędzony na "kuciu". Niesamowicie zależało mi na tym, by nie mieć w tym roku poprawki. Nie wiem, kiedy miałabym się na nią uczyć, nie wspominając o obciążeniu psychicznym, którego zdecydowanie nie potrzebowałam. Udało mi się zdać nawet najtrudniejszy PIOP (i to na 4!), więc ze spokojną głową mogłam udać się na praktyki i stracić poczucie czasu.

Co do drugiego roku studiów, to jest to zdecydowanie rok, o którym kiedyś będę opowiadać wnukom i moim dużo młodszym koleżankom po fachu. Zdalne nauczanie, zablokowane praktyki, odrabianie praktyk (i całe wakacje w szpitalu), pierwszy dyżur, pierwszy przyjęty poród. 

Jesteśmy rocznikiem niejako "przejściowym", ponieważ starszy rocznik miał inaczej rozstawione egzaminy, a rocznik poniżej ma inaczej rozstawione przedmioty, np. ratownictwo medyczne ja miałam w 3. semestrze, a oni w 2.
W każdym razie, przejdźmy do podsumowania. W tym roku nie będę podawać ile trwały zajęcia, bo przez zdalne nauczanie, częściowo na platformie e-learningowe, różnie to bywało. 

  • Badania fizykalne - ćwiczenia (3sem.) - zaliczenie ustne.
    Były to zajęcia, na których uczyliśmy się jak badać pacjenta, jak zbierać wywiad. Przechodziliśmy po kolei po układach ciała, najpierw zdalnie, potem spotykaliśmy się stacjonarnie na praktykę. Zaliczenie było z teorii, stacjonarnie w formie ustnej. Jeżeli się nauczyło, to było proste :D
  • Badania naukowe w położnictwie - seminaria - (3sem) - zaliczenie w formie pracy.
    Na tych zajęciach uczyliśmy się pisać pracę licencjacką. Fajnie, jeżeli wiecie o czym chcecie pisać tę prawdziwą pracę, bo możecie już zacząć, ale nie jest to konieczne. Ja na potrzeby zajęć wymyśliłam sobie temat, o którym na pewno nie zamierzam pisać pracy dyplomowej, ale "szkielet" wykorzystam.. Zaliczenie otrzymywałyśmy na podstawie właśnie tej "wersji demo" pracy licencjackiej, którą pisałyśmy w trakcie zajęć online. Całkiem przyjemne i potrzebne zajęcia, choć na początku uważałam, że to niepotrzebny pochłaniacz czasu.
  • Chirurgia - wykłady (3 sem), zajęcia praktyczne w szpitalu (4 sem - 1 tydzień). 
    Przedmiot całkiem przyjemny. Nie możemy pracować na tym oddziale, więc byłyśmy traktowane odrobinę łagodniej. Zajęcia w szpitalu bardzo mi się podobały, naszą prowadzącą była niesamowita rezydentka chirurgii. Forma zajęć była inna niż na "naszych" oddziałach, nie podlegałyśmy personelowi pielęgniarskiemu, tylko lekarzowi, chodziłyśmy za nim jak cień. Widziałyśmy przeszczep nerki, operację zmniejszania żołądka, pomagałyśmy przy oczyszczaniu owrzodzeń (to było... trudne przeżycie). Rada ode mnie, zjedzcie śniadanie przed zajęciami, bo na sali operacyjnej stoi się w miejscu, jest duszno i łatwo o omdlenia.
  • Choroby Wewnętrzne, czyli Interna - wykłady (3 sem) i ćwiczenia online/zajęcia praktyczne (4 sem - 1 tydzień) - zaliczenie w formie krótkiej prezentacji i egzamin.
    Bardzo, bardzo obszerny zakres materiału, ale forma zajęć bardzo przystępna.  Jednego dnia miałyśmy zajęcia stacjonarne w poradni nefrologicznej, gdzie zbierałyśmy wywiad z pacjentem, a później referowałyśmy lekarzowi czego się dowiedziałyśmy. To jest trudniejsze niż myślałam. Jeden pacjent na pytanie "Z czym Pan do nas dzisiaj przychodzi?" zaczął nam opowiadać o zabiegach na oczy ponad 20 lat wcześniej i nie w sposób było mu przerwać.
    Zajęcia online kończyliśmy krótką prezentacją na temat powiązany z położnictwem (np. cukrzyca ciążowa), a na koniec, przed egzaminem mieliśmy dodatkowe spotkanie podsumowujące, gdzie prowadzący wyszczególnił tematy, na które mamy zwrócić szczególną uwagę. 
  • Farmakologia - wykłady i seminaria (3sem)  - egzamin.
    Powiedzieć, że jest to trudny przedmiot, to jak nic nie powiedzieć. Osobiście wiem, że choć zdałam egzamin w pierwszym terminie na 4, to o lekach i substancjach wiem zbyt mało i będę się musiała dokształcić we własnym zakresie. Grup leków jest bardzo dużo, mają rozmaite działanie, skutki uboczne, dawkowanie, wszystko się miesza :( 
    Najwięcej o lekach dowiedziałam się (i zapamiętałam) na zajęciach w szpitalu, gdy rozkładałam je i doczytywałam czym są, jak działają, jak się je podaje.
  • Język angielski - lektorat (3 i 4 sem) - zaliczenia i egzamin ustny.
    Forma zajęć nie zmieniła się od poprzedniego roku, pisałyśmy sprawdziany na koniec semestru, przedstawiałyśmy prezentacje. Egzamin ustny  przeprowadzany był w obecności egzaminatora i naszego nauczyciela. Musiałyśmy przedstawić wybrany przez siebie temat o komplikacji położniczej i odpowiedzieć na jedno z puli pytań (wylosowałam oczywiście to, którego nie chciałam), ewentualnie na dodatkowe pytania od egzaminatora. Ja po angielsku mówię całkiem płynnie, więc dla mnie egzamin był bardzo prosty.
  • Neonatologia - ćwiczenia, seminaria  i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 1 tydzień) – egzamin.
    W tym roku skupiliśmy się na patologii noworodka, opieką nad wcześniakami i chorymi dziećmi. Niestety przestało być słodko i przyjemnie.
    Neonatologia jest dla mnie trudna do nauki, nie wiem dlaczego, ale opieka nad noworodkami przychodzi mi z łatwością, karmienie, przewijanie i usypianie to proste zadanie, zakładanie sond zdecydowanie do nauczenia. Egzamin to głównie pytania o praktykę, więc przystępne.
  • Patologia (patofizjologia i patomorfologia) - seminaria (3 sem).
    Dla mnie, jeden z bardziej stresujących przedmiotów. Nie lubiłam fizjologii, a ten przedmiot to jego bardziej pokręcona wersja. I choć prawdą jest, że na anatomii, fizjologii, patologii i farmakologii opiera się w zasadzie cała medycyna, to dla mnie jest to "za dużo na raz", by porządnie tę wiedzę przyswoić.
  • Pediatria - ćwiczenia i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4sem - jeden tydzień) – egzamin.
    Skupiliśmy się głównie na małych dzieciach, niemowlakach. Na wykładach poruszane były tematy ogólne, o chorobach krwi, śmierci dzieci, najczęstszych infekcjach, a na ćwiczeniach tradycyjnie skupiliśmy się na praktyce, np. na nebulizacji. Zajęcia w szpitalu... nie ukrywam, były nudne. Jedyne, co mogłyśmy robić to mierzenie stanu ogólnego i ważenie dzieci. Luksusem było usunięcie wkłucia. Do tej pory realizowano praktyki z pediatrii na patologii noworodka, ale od tego roku przeniesiono je na oddziały pediatryczne. Egzamin z rodzaju "przyjemnych", wymagany materiał to głównie praktyka.
  • Podstawy ratownictwa medycznego - ćwiczenia i wykłady (3 sem) – zaliczenie.
    Jak sama nazwa wskazuje, uczyliśmy się o udzielaniu pierwszej pomocy, zarówno w szpitalu, jak i poza nim. Warto się przyłożyć do teorii, bo za niewiedzę grupa może wylecieć z sali i będzie musiała odrabiać. Zajęcia kończyliśmy zaliczeniem (w naszym przypadku on-line)
  • Położnictwo i opieka położnicza - wykłady i seminaria (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 2,5 tygodnia) - zaliczenie i egzamin.
    Zakres materiału niezwykle obszerny i niezwykle ważny. W dużym skrócie można powiedzieć, że uczymy się o tym, jakie "przypadki" możemy spotkać na oddziale patologii ciąży, gdzie odbywamy zajęcia praktyczne. Większości z nas PiOP się bardzo podobał, jest to jeden z najważniejszych przedmiotów, dlatego warto się do niego przykładać. Na koniec 3. semestru pisałyśmy zaliczenie, a w sesji letniej egzamin. Na praktykach powtarzałyśmy materiał, miałyśmy też seminaria teoretyczne. Egzamin jest dosyć trudny, na domiar złego, w jego skład wchodzi diagnostyka medyczna, którą mało kto lubi. Podczas nauki do sesji "Bręborowicza" przewertowałam od deski do deski chyba milion razy, ale dla pocieszenia, dużo pamiętałam, doczytywać musiałam szczegóły.
  • System informacyjny w ochronie zdrowia - seminaria (3 sem).
    Przedmiot bardzo krótki i zwięzły. Prowadzący pokazywał nam, gdzie i jak możemy znaleźć informacje o ochronie zdrowa, opowiadał o IKP.
  • Techniki porodowe i prowadzenie porodu - ćwiczenia, seminaria i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (3 tyg) - zaliczenie, OSCE.
    Moje ulubione zajęcia! Uwielbiam tematy związane z porodem. Podobnie do neonatologii, drugi rok to krwotoki okołoporodowe, porody miednicowe, dystocje, ciąże bliźniacze, problemy z łożyskiem, czyli nie fizjologia. Duży nacisk położony był na praktykę, kolejność wykonywania procedur. Seminaria i wykłady również były bogate w ciekawą wiedzę. Zajęcia praktyczne to inny świat, moim zdaniem trzeba dorosnąć do tego, by salę porodową kochać, nie wolno się zniechęcać po pierwszym załamaniu.
    Jesteśmy pierwszym rocznikiem, który egzaminu z TPiPP na drugim roku nie pisał, zmierzymy się z nim za rok.
  • Wprowadzenie do komunikacji medycznej - seminaria (3 sem).
    Zajęcia zaskakująco potrzebne. Jest to kontynuacja zajęć z pierwszego roku. Na szczęście tym razem prowadzone w czasie rzeczywistym, z prowadzącym. Omawialiśmy konflikty, jakie możemy spotkać w pracy, jak sobie z nimi radzić, jak się zachować. Dwa razy na zajęciach obecna była aktorka, która odgrywała rolę pacjentki w sytuacji trudnej, my musiałyśmy zareagować, odegrać rolę położnej. Osobiście nie lubię tego typu aktywności, zdecydowanie wolę omawianie tematu, ale chyba jestem w mniejszości. Dostosowywanie się do sytuacji też trzeba ćwiczyć, prawda?

 

Mojej grupie trafił się dodatkowy tydzień wakacji, dlatego zaczynam rok akademicki dopiero 11 października i z jednej strony się cieszę dodatkowym wolnym, a z drugiej tak bardzo mnie już ciągnie do szpitala, do tego medycznego świata. 
W tym roku mam ambitny plan być tutaj trochę bardziej aktywna, ale zobaczymy jak to będzie.

sobota, 17 października 2020

Przeprowadzka, anatomia i inne historie

Gdy wrzuciłam na Instagrama informację o poprzednim poście, obiecałam napisać, dlaczego prawie całe wakacje mnie tutaj nie było. Patrząc na tytuł chyba nietrudno się domyślić. 


W tym roku, niestety, moim priorytetem była nauka do poprawki z anatomii. Jeżeli ktoś przeczytał moje poprzednie posty, to wie, że uważam ten przedmiot za trudny i obszerny, a dokładny zakres materiału obowiązujący położnictwo nie jest mi znany. Poprawkę zdałam, ale dalej tego zakresu nie znam. 

Na szczęście nie byłam jedyną osobą, która nie zdała tego egzaminu, więc miałam do kogo się zwrócić po wsparcie i pomoc z jakimś pytaniem czy tematem, który sprawiał mi problem. Ostatni tydzień przed egzaminem nasz czat przypominał gorącą linię. 

Stresowałam się bardzo, ponieważ było to moje "być, albo nie być" na studiach. Pierwszy rok nie może być powtarzany, trzeba by się logować jeszcze raz, a potem nakłamać, że wcale się już nie studiuje tego kierunku. Ja nie chciałam tak robić, uznałam nielogowanie się za dodatkową motywację. Kolejną motywacją było wynajęte mieszkanie, trochę głupio nie zdać i nie studiować, a płacić za najem...


Długo zastanawiałam się jak się uczyć, z czego? Uznałam, że najpierw przeczytam podręcznik (korzystałam ze Skawiny, wydawnictwo UJ) skupiając się na "wskazówkach do ćwiczeń", następnie przeczytam wszystko, co miałam z wykładów (bardzo ważne!), a później przerobię pytania z poprzednich lat i innych źródeł (chyba najważniejsze). Na szczęście zadziałało.  Chcąc zrobić wszystko, co zaplanowałam na spokojnie, bez dodatkowego stresowania się, dałam sobie 8 tygodni na naukę. Wiedziałam, że nie chcę się uczyć w weekendy ani od rana do nocy, na pewno wypadną mi jakieś małe wyjazdy, goście, dni, z gorszym samopoczuciem. Miałam rację, ale gdyby nie te moje odstępstwa, to spokojnie zamknęłabym się w 3-4 niesamowicie intensywnych tygodniach. 

Gdybyście tylko widzieli jakie pozycje ja przyjmowałam w trakcie nauki... Na początku grzecznie siedziałam przy biurku, ale ile można? Moje stawy zaczęły krzyczeć o zmianę. Po jakimś czasie przeniosłam się na łóżko, a w ostatnim tygodniu przemieszczałam się po całym pokoju, kończąc bardzo często w jakiejś poskręcanej pozycji na macie do ćwiczeń. Co komu pasuje, prawda?

W dniu egzaminu wstałam zestresowana, ale z pozytywnym nastawieniem. Dzień wcześniej dostałyśmy informację, że mamy się nie martwić, bo egzamin będzie "do zdania". I był, pomimo ograniczenia czasowego średnio 42s/1  pytanie. Zakończyłam test i bałam się popatrzeć na wynik, choć czułam, że zdałam. Gdy się w końcu zdecydowałam, okazało się, że wyniki nie wyświetlają się od razu. Dostałyśmy je po południu, a ja w czasie oczekiwania zdążyłam posprzątać, upiec babeczki (wspominałam, że w nerwach piekę jak szalona?) i wylać swoje żale i niepewności siostrze na Messengerze. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, pozytywnym wynikiem. Radośnie mogłam zacząć nazywać się studentką drugiego roku.


Kolejną zajmującą mnie sytuacją była przeprowadzka z Dziupli do mojego nowego mieszkania, kawalerki 💓. To było bardzo przyjemne i wyczekiwane wydarzenie.

Tata mi powiedział, że wyposażenia mam szukać dopiero, gdy zdam anatomię. W sumie nie wiem, czy to był żart, czy nie... chyba nie chcę wiedzieć. Nie powstrzymało mnie to jednak od ciągłego przeglądania stron sklepów typu IKEA, planowania, co mi będzie potrzebne, gdzie co położę. 

Jeden z niewielu plusów wirusa, to więcej mieszkań pustych i do wynajęcia przez dłuższy czas. Rok temu znikały one jak świeże bułeczki już na początku lipca, a tym razem początkiem sierpnia ciągle było ich dużo. Oczywiście miało to związek z tym, że pierwsze listy pojawiały się dopiero w sierpniu, a część uczelni przeszła na całkowite nauczanie zdalne. Dla mnie, osoby, która miała umowę podpisaną do września, była to duża ulga, bo mogłam wynająć drugie mieszkanie później i płacić podwójnie tylko miesiąc. Małe pocieszenie w czasie pandemii, ale zawsze coś. 

Co do mieszkania samemu, uwielbiam to. Owszem, czasami brakuje mi kontaktu z innymi, nie mam z kim porozmawiać, ale potem myślę sobie, że mam kuchnię tylko dla siebie, mogę zostawić brudne naczynia "na później", a one nie będą nikomu zawadzać i od razu mi lepiej. A lekiem na samotność jest telefon i rozmowa z rodzicami czy znajomymi oraz te nieliczne wyjścia na zajęcia stacjonarne. Introwertykowi wystarcza 😁


Studia w systemie hybrydowym są... dziwne. Mają swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że więcej śpię, bo nie tracę czasu na dojazdy. Innym pozytywnym aspektem jest to, że część wykładów lub seminariów mogę przerabiać wieczorem, czy wręcz w nocy, siedząc z herbatą w dresie, pod kocem, robiąc przerwy kiedy mi to pasuje. Zajęcia na Teamsie, te w czasie rzeczywistym, też nie są aż takie złe, jest ich stosunkowo niewiele. Poniżej widzicie jeden z moich tygodni nauki. Dużo ćwiczeń mam przez krótki czas, zmieniają się na inne (dlatego tak bardzo potrzebny jest mi kalendarz).  Niektóre zajęcia mamy stacjonarnie co jakiś czas, by podsumować praktycznie teorię, którą przyswoiłyśmy w sposób zdalny (np. badania fizykalne).



Gdy tylko spotkałyśmy się stacjonarnie na TPiPP i neonatologii, wszystkie promieniałyśmy szczęściem, że nareszcie się widzimy, możemy zrobić coś na fantomach, a nie tylko uczyć się teorii przed komputerem. Myślę, że doceniłyśmy zajęcia kontaktowe jak jeszcze nigdy, a Centrum Symulacji jest wyczekiwane dużo bardziej niż rok temu (moja grupa nie zdążyła tam dotrzeć).

Nie wiemy, kiedy będziemy odrabiać zaległe godziny praktyk, wiemy jedynie, że będziemy. 

Co do minusów to na pewno warto wymienić brak kontaktu z grupą. Zamiast 20, widzę 6 osób raz, dwa razy na tydzień. Dodatkowo, nie do końca wiem, jak to się stało, ale zostałam starostą swojej grupy seminaryjnej, a brak tego kontaktu sprawił, że nie znam całej swojej grupy (dołączyło do nas kilka nowych osób z tej rozwiązanej). Niby nic wielkiego, ale trochę mi z tym dziwnie. 

Minusy wynikające z problemów technicznych pominę w całości, chyba każdy wie jak potrafią utrudnić życie zarówno nam, jak i prowadzącym.

Aktywność na zajęciach on-line jest również utrudniona. Czasami zanim zdążę włączyć mikrofon, to ktoś inny zdąży odpowiedzieć. Najbardziej niezręczne są jednak momenty, gdy nie znamy odpowiedzi na zadane pytanie. Następuje wtedy taka wyczekująca cisza, podczas której prowadzący daje nam czas na ewentualnie włączenie mikrofonu, czego nikt nie robi. Na stacjonarnych jakoś to lepiej wychodzi...


Warszawa w czerwonej strefie zagraża naszym, tak nielicznym, stacjonarnym zajęciom, dlatego trzymajmy wszyscy kciuki, by ćwiczenia (przynajmniej z Technik!) zostały stacjonarne.

środa, 8 lipca 2020

Student on-line

Przez ostatnie 4 miesiące brakowało mi normalnych zajęć na uczelni. Niby siedziałam w domu całe dni, a tak naprawdę nie odchodziłam od laptopa. Moje stawy krzyczały o wymianę, mata patrzyła na mnie z wyrzutem, a oponka rosła 😂 Na szczęście dla mnie wakacje zaczęły się już 18 czerwca o 11:40, więc przyszedł czas, by zacząć na nowo, regularnie się ruszać 💪.


Jak wyglądała moja nauka w czasie zawieszenia zajęć?
Dziwnie. Na pierwszym roku na WUM-ie zajęcia są głównie teoretyczne. Dlatego przerzucenie seminariów i wykładów na platformę e-learningową nie zrobiło nam jakiejś wielkiej różnicy. Oczywiście nie obyło się bez problemów i niedomówień, ale generalnie było okay. Dostaliśmy prezentacje, karty pracy do uzupełnienia i wysłania. Gorzej z praktycznymi ćwiczeniami. Mojej grupie z podstaw pielęgniarstwa został jeden temat do zrealizowania, wenflonowanie i ewentualnie ćwiczenia procedur "na sobie", a nie na manekinach. Dostaliśmy materiały z teorii, ale to jednak ciągle nie to samo. Zajęć z technik nam bardzo szkoda, a przepadło nam ich sporo. Moją grupę ominęły też pierwsze zajęcia z szycia. Trzeba przyznać, że nasze kochane położne starały się jak mogły, by zajęcia on-line były ciekawe.

Większość materiałów i zajęć odbywała się na naszej platformie do e-learningu. Część prowadzących "spotkała się" z nami na Microsoft Teams lub Zoom. Wstawałam 20 minut przed rozpoczęciem, robiłam śniadanie i słuchałam jedząc. Na szczęście nie musieliśmy włączać kamerek... 😂


Potem przyszedł czas na zaliczenia on-line. Z tego co wiem, to uczelnie rozwiązywały ten problem w najróżniejszy sposób. Jedni zdawali przedmioty w formie ustnej, inni musieli mieć włączone kamerki podczas pisania, a jeszcze inni mieli ograniczenia czasowe i brak możliwości powrotu do pytań. WUM należy do tej ostatniej grupy. Nie znoszę zdawać ustnie, więc bardzo mi ta forma odpowiada. Pytania były w formie testowej, jednokrotnego, wielokrotnego wyboru.
Nie da się podejść do takiego zaliczenia nic nie umiejąc, licząc, że coś się pokojarzy. Trzeba się przygotować jak do normalnego zaliczenia stacjonarnego, czasu jest niewiele, średnio minuta na pytanie, z TPiPP prawie mi brakło czasu.
Udało mi się wszystko zdać, nawet dostałam całkiem ładne oceny.


Zdawanie zaliczeń, egzaminów w dresie, piżamie (zależnie od godziny) jest co najmniej zabawne.
Jakie są minusy zaliczeń on-line? "Wyrzucający" system, zrywający Internet. Na szczęście tylko raz, na 6 zaliczeń, system nie chciał mnie "wpuścić" do zakładki z testem. Wiem, że dziewczyny z innych grup miały więcej problemów, a najgorzej było, gdy system nie współpracował w momencie zakończenia i wysyłania testu. Mnie za to zrywał się Internet podczas spotkań on-line. Dlatego na zaliczenia podpinałam się pod kabelek z rutera. Działało.
A z jakich przedmiotów zaliczenia zdajemy w formie testów w semestrze letnim? Z:
  • Angielskiego
  • Dietetyki
  • Fizjologii (dopuszczenie do egzaminu)
  • Anatomii II zakres
  • Epidemiologii
  • TPiPP
  • Filozofii (bez ograniczenia czasowego 💖)
Następny etap mojej edukacji to praktyki on-line. Nie da się tego napisać, zachowując poważny wyraz twarzy. W takich czasach przyszło nam żyć i się kształcić. Mam nadzieję, że prawdziwe, stacjonarne praktyki w następnych latach będą w większej ilości, by nadrobić braki z tego roku.

Dostaliśmy na platformie e-learningowej dużo materiałów do przyswojenia, część z nich to powtórki z materiału, który został przerobiony wcześniej. Do części zajęć dostaliśmy również opis przypadku. Mimo tej przedziwnej formy, podobały mi się zajęcia. Część prowadzących nas odpytywała "na luzie", część po prostu z nami rozmawiała na dany temat. Oczywiście wolałabym mieć praktyki stacjonarnie, naprawdę coś robić, być w szpitalu, a nie tylko siedzieć zafascynowana z rozdziawioną buzią oglądając filmiki z porodu i słuchać opowieści szpitalnych.

Podzielone byłyśmy na grupki ćwiczeniowe, maksymalnie po 7-8 osób. Tym razem kamerki musiały być włączone (przynajmniej jedna/dwie na grupę, ale my solidarnie włączyłyśmy wszystkie razem). Mój kot oczywiście nie przepuścił okazji zaprezentowania się innym w trakcie zajęć.


Przyszedł czerwiec, a razem z nim bardzo stresujący czas. Rozpoczęła się sesja letnia.
Przypominała mi ona zaliczenia. Odgórnie postanowiono, że nie mogliśmy wracać do poprzednich pytań (nad czym bardzo ubolewałam), na jednej stronie wyświetlały się 3 pytania, a czas ograniczony był do średnio 1min/1pytanie. Uważam, że to mało czasu, ale mogło być gorzej.
Uświadomiła nam to sama uczelnia, gdy pewnej niedzieli przekazano nam informację o skróceniu czasu do 40s/1pytanie i wyświetlaniu 1 pytania na stronę. Powodem była nieuczciwość studentów i nieanonimowy donos. Takim oto sposobem egzamin składający się ze 100 pytań zamiast trwać 1h 40min, trwał 67minut. Naszej starościnie udało się przesunąć naszą sesję na początek czerwca, dzięki czemu ta zmiana nas nie dotyczyła (dotyczy niestety wrześniowych poprawkowiczów 😓).
W sesji letniej, na pierwszym roku zdaje się 4 egzaminy:
  • Fizjologię
  • Psychologię
  • Anatomię
  • POP
POP to najprzyjemniejszy egzamin z całej sesji (mimo, że skończyłam go zaledwie 1,5 minuty przed czasem). Pytania nie były łatwe, ale zakres materiału prawie w całości został powtórzony na "praktykach", przez co nie były również trudne. Zaskoczyły mnie pytania ze sterylizacji. Okazało się, że zwiedzanie w trakcie zajęć w pierwszym semestrze miejsca do sterylizacji, to nie była wycieczka krajoznawcza 😂.
Psychologia była całkiem w porządku. Prawie wszystkie na roku dostałyśmy 4 lub 4,5.
Pytania z fizjologii i anatomii były trudne. To, w połączeniu z krótkim czasem wyznaczonym na odpowiedź, było zdecydowanie niesprzyjające i "załatwiło" prawie 40 z nas możliwość napisania egzaminu w formie on-line jeszcze raz, we wrześniu 😶.


Rozpoczęły się wakacje, bardzo podobne do tych poprzednich. Niestety. Brak praktyk, siedzenie w domu/na ogrodzie, szukanie nowego mieszkania, czytanie zaległych książek, oglądanie seriali i filmów. W sumie, to nie powinnam narzekać, ponieważ nawet jeśli nie mogę uczyć się praktycznie mojego zawodu, to przynajmniej porządnie odpocznę. A do tego mam więcej czasu na pisanie! 😀

sobota, 29 lutego 2020

Jak przeżyć sesję i nie zwariować?

Nie jest to tak trudne, jakby się wydawało. Zdecydowanie twierdzę, że matura była gorsza. Pewnie twierdziłabym inaczej, gdybym nie zdała egzaminów.

Prawdą jest, że harówka przed i w trakcie sesji jest. I jest męcząca. Aż się boję pomyśleć, co będzie latem, gdy będziemy zdawać 4 egzaminy w sesji...

Wracając do sesji zimowej, stresowałyśmy się wszystkie, co do jednej. Część z dziewczyn miała plany na tydzień sesji poprawkowej, więc presja zaliczenia egzaminów była jeszcze większa. W ten, czy inny sposób, cała moja grupa zaliczyła tę sesję. Mnie udało się pozdawać wszystko w pierwszym terminie. W ten sposób miałam 2 tygodnie wolnego (tydzień ferii i tydzień poprawek). I skoro piszę, to nikt mi głowy nie urwał po powrocie do domu za niedzwonienie 😁.

Egzaminy jak egzaminy. Mikrobiologia i Parazytologia trudne (podobno poprawka jeszcze trudniejsza, ale komis do zdania), a pedagogika całkiem w porządku. Uważam, że obecność i słuchanie na wykładach dużo mi dało.
Ja zdawałam pedagogikę pisemnie, w trakcie sesji. Jednak ci, którzy woleli zdawać ją ustnie, mieli taką możliwość w tygodniu poprzedzającym sesję. Nie była to "zerówka", ale pierwszy termin w innej formie.

Nie przywiązujcie się za bardzo do pierwszych terminów egzaminów 😤. Oba nasze egzaminy zostały przesunięte o jeden dzień do przodu. Zgadnijcie, kto musiał przebookować bilet? Teraz już jestem pewna, że zniżki z pierwszego biletu niestety nie obowiązują na ten przebookowany.

Miałam jednak pisać o tym, jak nie zwariować w tym stresującym okresie.
 Najważniejsze jest to, by pozwolić sobie czasem odetchnąć, dać głowie odpocząć. I nie, przerwa na posiłek się nie liczy. Wyjdźcie na spacer, na siłownię, poćwiczcie w mieszkaniu. Ja codziennie (a gdy miałam jeszcze zajęcia to co kilka dni) poświęcałam około 30 minut na jogę lub moje ulubione rozciąganie i od razu czułam się lepiej, więc mogłam wracać do nauki.  Zmiana pozycji i rozruszanie ciała daje niesamowitą ulgę. Ile można siedzieć przy biurku, czy na łóżku? Wszystko sztywnieje. Wszystko.
 Wyjdźcie gdzieś ze znajomymi i pod żadnym pozorem nie rozmawiajcie o egzaminach. Niekoniecznie zarywajcie noc 😁, efekt może okazać się daleki od zamierzonego. Dla mnie, wyjście to nie było nawet planowane . Spontanicznie po zajęciach zdecydowałyśmy z koleżanką, żeby zjeść kolację na mieście. Wyrwałyśmy się z rutyny, co nam bardzo dobrze zrobiło.
  Mnie pomogło bardzo dużo wysypianie się. Miałam to szczęście, że miałam ostatnie 4 dni przed pierwszym egzaminem kompletnie wolne. Jestem bardziej aktywna i produktywna w nocy, więc siedziałam sobie do 12, czasami nawet dłużej, a następnego dnia pozwalałam sobie wstać bez budzika, nawet jeśli oznaczało to 11-12. Byłam wyspana, więc mój mózg przyjmował więcej informacji niż gdybym wstała o 8 i siedziała do 22 nad książkami. Dlatego ostatni, najbardziej intensywny etap nauki, był dużo bardziej efektywny niż dni, gdy miałam ciągle zajęcia na uczelni. Trzeba znaleźć swój sposób. Moja siostra woli się uczyć rano i pójść wcześnie spać. Ale ciągle śpi tyle godzin, by być wyspaną.
  Coś, z czego jestem bardzo dumna, to odstawienie seriali i filmów (niestety książek, które nie są podręcznikami też) na czas przygotowań do sesji. Wiem, że pisałam, by dać głowie odpocząć, ale wiadomo jak to jest. Zawsze jest jeszcze jeden odcinek, jeszcze jeden film, jeszcze jeden rozdział. Zawsze znajdziemy usprawiedliwienie, by pozostać przy tej przyjemności, a nie przy nauce. Dodatkowo, nie jestem pewna, czy wtedy faktycznie głowa odpoczywa. Skupiamy wzrok na literkach, obrazie, mózg ciągle pracuje podobnie tak, jak przy nauce.

Zawsze się śmiałam, gdy mówiło się, że student znajdzie każdą wymówkę, by się nie uczyć na sesję. Większość studentów wtedy intensywnie sprząta i pucuje swoje mieszkania.
Dalej się z tego powiedzenia śmieję. Tylko teraz wiem, że to prawda.
 Któregoś dnia otwarłam szafę i uznałam, że mam tam straszny bałagan i muszę go posprzątać. W połowie zorientowałam się, co robię. Decyzja o sprzątaniu była podjęta całkowicie podświadomie. Okna nie umyłam, choć było blisko. Mam je tak zastawione pudłami, że zrezygnowałam z tego pomysłu dosyć szybko. Ale fakt, że sam pomysł się pojawił, to prawda.
 Kiedyś w liceum, gdy czekał mnie jakiś sprawdzian, mama "złapała mnie" na czyszczeniu wszystkich moich pędzli do makijażu, a trochę ich mam. Użyłam wtedy dokładnie słów "Już dawno miałam to zrobić" i szorowałam dalej. Jedyne, co usłyszałam to to, że jestem gotowa, by być studentem, bo sprzątam i wmawiam sobie, że nie może to już dłużej czekać. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że ja taka nie będę, przecież to marnowanie czasu, a sesja jest superważna. Dlatego umyślnie nie wpisałam się na sprzątanie części wspólnych w tym czasie. I bardzo dobrze, bo sądząc po epizodzie z szafą, przyłożyłabym się do tego, jak jeszcze nigdy.


Podczas ferii stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał aż do rozpoczęcia drugiego roku. Ze względu na ilość studentek, które zrezygnowały w trakcie semestru, uczelnia postanowiła wyrównać ilość osób w grupach. Brzmi dosyć logicznie. Jednak było dla nas szokiem, gdy dowiedziałyśmy się, że ostatnie osoby z grup z większą ilością studentów zostaną przeniesione do tej z mniejszą ilością. W ten sposób "ukradli" mi koleżankę z grupy. I to akurat tę, z którą robiłyśmy sobie na wzajem iniekcje, mierzyłyśmy ciśnienie. I chociaż rozumiem wszystkie powody tej sytuacji, to i tak współczuję przeniesionym studentkom, ponieważ czują się, jakby zaczynały wszystko od nowa: nowi znajomi, nowi prowadzący (bo inna grupa, albo w ogóle nowy przedmiot).

I tak oto, w trochę zmienionym składzie, wypoczęte lub nie, 17 lutego zaczęłyśmy drugi semestr. Podobno ma być już tylko lepiej. Czy to prawda? To się okaże 😊

wtorek, 28 stycznia 2020

To sesja nie trwa już od początku stycznia?

Oficjalnie, czy w praktyce?

Teoretycznie sesja zimowa trwa tydzień, przynajmniej na WUMie (27-31.01.2020). Nam na ten semestr przypadają dwa egzaminy: pedagogika i mikrobiologia z parazytologią. Jednak ja mam wrażenie, że sesja zaczęła się już 8 stycznia, razem z zaliczeniem z technik. Potem lawinowo nadeszły kolejne przedmioty: biochemia, angielski, neonatologia x2, genetyka i mikroskopowanie (ale do tego się nie uczy).

Techniki to dosłownie wszystko, co było na ćwiczeniach. Bardzo ważne, czasami podchwytliwe, ale generalnie nie jakieś bardzo ciężkie (to w końcu techniki ❤)

Biochemia... nic przyjemnego. I dobrze, że się skończyło. Egzamin w formie elektronicznej ❤ Wynik znamy od razu. Z tego, co się orientuję, poprawka była tydzień później. Kolejny termin to egzamin komisyjny, ustny, w sesji poprawkowej.

Angielski jak angielski. Zależy od prowadzącego. Nie jestem pewna, czy każda grupa w ogóle miała zaliczenia w formie sprawdzianu jak my.

Zakres wiedzy z neonatologii na ćwiczeniach i seminarium częściowo się pokrywa, co bardzo ułatwia uczenie się. Neonatologię również lubię, więc przyjemnie mi się jej uczyło. Dodatkowo, zarówno na ćwiczenia jak i na seminaria, musiałyśmy się uczyć na bieżąco.
Tutaj zaliczenia też różnią się zależnie od prowadzących. Prowadzenie zajęć również.

Genetyka to przedmiot prowadzony bardziej w formie wykładów (ćwiczenia przypominały bardziej wykłady). Istnieje skrypt, którego należy się nauczyć, porobić przykładowe pytania (z konkretnego skryptu z pytaniami) i w sumie tyle. Z genetyki nie było źle, jeśli chodzi o zdawalność. Ośmielę się nawet powiedzieć, że było dobrze. Egzamin również w formie elektronicznej.

Mikroskopowanie to zaliczenie polegające na znalezieniu preparatu z parazytologii na szkiełku i wyśrodkowaniu go. Tutaj jest istna ruletka odnośnie preparatu. Możecie trafić na coś prostego, jak jaja wszy albo nawet coś pod lupę (czyli gołym okiem to widać, szukania to tam zero), a możecie, jak ja, trafić na jaja owsika. Małe to i ledwo widoczne.  Wszyscy zaliczyli, więc to nic strasznego, z mikroskopami mamy do czynienia przez całe zajęcia z parazytologii i trochę na mikrobiologii. Grunt to wiedzieć, czego szukać 😶


Mam wrażenie, że cały styczeń nie robię nic, tylko chodzę na zajęcia, uczę się, zarywam noce, zaliczam przedmioty i gdzieś pomiędzy jem.
 Jesteśmy tak zmęczone styczniowym trybem życia, że siedząc razem w kawiarni w przerwie między zajęciami ledwo rozmawiamy, zazwyczaj się uczymy.

Mam z mamą taką umowę, że przynajmniej raz (a najlepiej dwa razy) w tygodniu do niej dzwonię. Dobrze, że nikt mnie nie karze za niewywiązywanie się z tego obowiązku. Choć w sumie ciągle jestem w Warszawie, kto wie, co będzie kiedy wrócę.  Na te 4 tygodnie zadzwoniłam chyba dwa razy. Wybacz mamo, ale wolę położyć się szybciej, inaczej mogłabym zasnąć z telefonem przy uchu i tyle by było z rozmowy. Jedynie wysyłam SMSy o treści typu "Zdałam biochemię!". Mam nadzieję, że nikt mi za to głowy urwie, gdy pojawię się w domu 😂
Przez ograniczony nauką czas, można mnie nazywać pełnoprawnym słoikiem. Gotowanie ograniczyłam do minimum. Moja zamrażarka zdecydowanie jest teraz bardziej pusta niż pełna. A po świętach ledwo ją zamknęłam...
Gdybyście chcieli wiedzieć, to w Szpitalu Pediatrycznym są naprawdę dobre (i ogromne) obiady. I studencka cena. Już się zastanawiamy kiedy mamy zajęcia blisko szpitala w drugim semestrze, by częściej tam wpadać 😀

sobota, 21 grudnia 2019

Co czuje student przed dużym zaliczeniem?

Nic przyjemnego, tyle Wam powiem. W żołądku skręca, chce się spać 24/7, humor spada z każdym dniem zbliżającym nas do kolokwium/zaliczenia, a stres to nasze drugie imię.

Jak z tym walczyć?
Nie da się.
Niezależnie od tego, czy uczymy się już od miesiąca/dwóch/na bieżąco, czy usiedliśmy dopiero w zeszłym tygodniu lub później, stres jest równie duży. Jedynie nadzieje są inne.

Pisałam ostatnio kolokwium z anatomii (o 7:45!😫). Nie znam osoby, która nie bała się lub była całkowicie pewna swoich możliwości na tym przedmiocie. Nie oszukujmy się, zakres materiału jest ogromny. A prawdę mówiąc, nikt do końca nie wie, jaka jego część obowiązuje nas, prawie położne. Skąd my mamy wiedzieć, czy powinnyśmy się uczyć o guzkach na obojczyku, czy nie? (Chyba nie)
Podziwiam naszych prowadzących, bo wydają się wiedzieć wszystko. O cokolwiek byśmy nie zapytały, to dostajemy odpowiedź.
Anatomia jest ważna, to podstawowy przedmiot ogólnomedyczny. Lubię ćwiczenia z anatomii. Moim ulubionym elementem zajęć są ciekawostki i obalane mity (np. mówi się, że konkretne smaki odczuwa się na określonych częściach języka. "Bullshit", jak to ujął nasz prowadzący, wszystkie kubki smakowe są rozmieszczone na całej powierzchni języka). Ale nauka anatomii jest ciężka. Podobno bardzo dużo studentek nie zdaje w pierwszym terminie. Za to w drugim już tak. Na naszym roczniku 2/3 roku zdało 😄
Nasze zaliczenie wygląda w taki sposób, że na rzutniku wyświetla się pytanie dla grupy A i B, a my zaznaczamy odpowiedź na kartach. Nie wraca się do pytań. Nie wiesz ➙ strzelasz.
Rodzaje pytań to

  • zaznacz prawidłową
  • zaznacz błędną
  • zaznacz zestaw odpowiedzi
  • obrazki i pytania do nich

50 pytań, 50 minut. Dopóki zna się odpowiedź to dużo czasu. A jeżeli się nie zda? Poprawka jest tydzień później.

Zaliczenie z POPu było całkiem łatwe, ale to nie znaczy, że nie trzeba się na nie uczyć. Bez nauki się tego nie zda. Nie wiem jak innym, ale mnie po prostu przyjemnie się tego uczy. Pisałyśmy test (20 minut) w grupach półdziekańskich (12 osób).

Jeśli chcecie wiedzieć, to zdałam oba kolokwia, więc na szczęście nie muszę się martwić żadnymi poprawkami po świętach. Jedynie ogromną ilością kolejnych zaliczeń i zbliżającą się sesją 😶