wtorek, 2 lutego 2021

O tym, jak sylwester mnie ominął i o oddziale położniczym

Tak jak pisałam Wam poprzednio, zapisywanie się na dyżury mentoringowe wygląda na zasadzie dopisywania się na dyżury konkretnych położnych. Pod koniec grudnia dostałyśmy grafik styczniowy. 

W szpitalu, do którego przypisana jest moja grupa, na oddział położniczy możemy przychodzić tylko na dzienne dyżury. Dlatego trudniej jest się dopasować. W drugiej połowie miesiąca czekały nas jeszcze zaliczenia, więc każdemu zależało, by do szpitala pójść początkiem stycznia. W tym mnie.
Z 23 terminów zdecydowałam się wybrać wszystkie, gdy nie muszę za bardzo kombinować z przesuwaniem zajęć, czyli 13 dyżurów. Wpisałam nawet 1 stycznia.

Gdy dostałyśmy od naszej starościny uzupełniony grafik, okazało się, że dostałam 3 dyżury z mojego drugiego wyboru. W tym 1.01.2021. Gdybym tego dnia nie podała, nie wiem, czy miałabym dyżury u tej samej położnej (co jest lepsze i co jest naszym priorytetem podczas ustawiania dyżurów), czy dzielone. Dlatego podałam wszystko, co możliwe, licząc się z konsekwencjami. Poza mną, tylko dwie dziewczyny podały dyspozycyjność tego dnia, obie mają po 3 dyżury u innych położnych, więc na tym konkretnym dyżurze byłam jedyną studentką na oddziale. Więcej dla mnie do zrobienia, nauczenia się i wpisania do książeczki! Z drugiej strony nie ma z kim poplotkować i ponarzekać. Ale nie nudziłam się!

Nie miałam planów na Sylwestra. Szczerze mówiąc, to nie mam ich od kilku lat, więc COVID mi nic nie pokrzyżował. Od liceum obracałam się w towarzystwie, gdzie Sylwestra spędza się z „poprzednią ekipą” (trzeba jeszcze taką mieć). Planowaliśmy z rodzicami wieczór gier i filmów. Trochę mi smutno, że mnie to ominęło. Uwielbiam grać w planszówki, ruszyć szare komórki inaczej niż podczas nauki.
Odkąd wybrałam położnictwo, to śmiałam się, że branie sylwestrowych dyżurów nie będzie dla mnie w przyszłości w pracy problemem. Nie spodziewałam się, że zacznę już jako student. Jakoś, gdy podawałam datę 1.01, nie dotarło do mnie, że w sylwestra muszę wsiąść w pociąg i wrócić do Warszawy, a po dotarciu na miejsce pójść spać, by wstać o 5 rano. A co najgorsze, znowu musiałam zostawić mojego kotka w innym mieście!

Dzień na oddziale był spokojny, ponieważ to świąteczny dzień, bez planowych cięć cesarskich, badań, które można odłożyć na następny dzień. Przystawiałam maluszki do piersi, pomagałam je ubierać i przewijać, ważyłam je, przygotowywałam i roznosiłam leki, wykonałam kilka zastrzyków przeciwzakrzepowych (czyli iniekcję podskórną, zazwyczaj w brzuch, ale można również np. w ramię), podłączałam kroplówki i pobierałam krew.

Drugi dyżur trafił mi się we wtorek, zwykły dzień, więc pracy było dużo więcej, ale byłam z tego powodu zadowolona. Ile ja się tego dnia dzieci nanosiłam i naubierałam! Gdy pacjentka przyjeżdża na oddział położniczy po cięciu, do nas należy ubranie noworodka i przystawienie do piersi. Jedna z pacjentek (której pomagałam w „uruchomieniu” po cięciu) miała kochane dziecko-przylepę. Co próbowałam odłożyć małego do wózeczka, by mama mogła się przespać, odpocząć, to chłopczyk się budził i zaczynał płakać. Uspokajał się tylko na rękach, przytulony. Gdy mama wyszła na chwilę do łazienki, to oczywiście mały człowiek protestował, ale bardzo szybko się uspokoił, gdy zamiast zostawić w wózeczku, wzięłam go na ręce. Mama nie będzie miała z nim łatwo. Z jakiegoś powodu był to do tej pory mój ulubiony pacjent. Zapamiętam go na długo.
Tego dnia nowością dla mnie było wykonanie zastrzyku domięśniowego (zakończonego sukcesem i bardzo miłym komentarzem pacjentki) i badanie słuchu dzieciom. Badanie to nie jest trudne do wykonania, gdy są zachowane odpowiednie warunki (cisza na sali i spokojne dziecko). Specjalną końcówkę wkłada się do kanału słuchowego dziecka, a urządzenie od WOŚP robi resztę. Czasami badanie wychodzi nieprawidłowe, ale nie oznacza to od razu, że dziecko ma zaburzenia słuchu, możliwe, że w uszku znajduje się jeszcze maź płodowa, która zaburza wynik. Powtarza się wtedy badanie następnego dnia lub dwa dni później.

Trzeci dyżur, choć w niedzielę, też był pracowity. Zmieniałam chyba milion kroplówek, podawałam zastrzyki przeciwzakrzepowe, wykąpałam czworo dzieci (trójka płakała jakbym je co najmniej ze skóry obdzierała, a jedno okazało się miłośnikiem kąpieli), mierzyłam słuch dzieciom stresując się przy tym niemiłosiernie, ponieważ dopiero w czwartej, czy piątej sali wynik był prawidłowy. Położna po mnie sprawdziła i okazało się, że nie popełniłam błędu, dzieci zostały skierowane na dalsze badania. Nowością był zastrzyk domięśniowy, profilaktyka, gdy mama ma ujemny czynnik Rh, a dziecko dodatni. Oczywiście pomagałam w przystawianiu do piersi (idzie mi to coraz lepiej!), przewijaniu, ubieraniu.

Moja siostra mnie wyśmiała i stwierdziła, że nadaję się na położną, gdy radośnie opisałam jej sytuację, gdy widziałam oddanie pierwszej smółki dziecka. „Skoro ty się kupą fascynujesz, to dobrą położną będziesz”. Kryteria ma dziwne, ale komplement przyjmę…

Aby ostatecznie móc wypisać dziecko, potrzebny jest prawidłowy pomiar saturacji (powyżej 96%). Jeszcze nie spotkałam się z dziećmi, które tę saturację miałyby nieprawidłową, ale aparat co chwilę tak pokazuje, ponieważ stópki dziecka są zimne. Wskazówka ode mnie → stopa w skarpetkę i pocieramy (dosyć porządnie) minutkę lub dwie, jeśli to nic nie daje, prosimy mamę, by robiła to samo, a my wracamy za kilkanaście minut. Do tej pory niezawodny sposób.

Tego dnia miałyśmy dużo wypisów, a było naprawdę bardzo zimno, więc wszystkie dzieci, które odprowadzałyśmy do wyjścia musiały być poubierane na cebulkę i wyglądały jak małe, puchate bałwanki. Zapinając je w fotelikach ciężko było określić, jak mocno zacisnąć pasy na tej ilości ubranek, ale zawsze sobie jednak radziłyśmy. Ja sama chyba trzy pacjentki odprowadziłam. Od rodziców pewnych kochanych bliźniaków dostałyśmy nawet torcik na pożegnanie. Było nam miło i niezręcznie jednocześnie. Zwykłe „dziękuję” naprawdę wystarczy, wykonujemy w końcu tylko naszą pracę. Torcik był pyszny, ale przez takie prezenty położne tyją!