wtorek, 6 kwietnia 2021

Sala porodowa i tysiąc różnych emocji

Niesamowicie się bałam tego oddziału. Szczerze mówiąc, to dalej nie jestem najspokojniejsza idąc na dyżur. Sala porodowa to miejsce, gdzie nigdy nie wiesz, co się wydarzy, czy się wydarzy, ani w jakim tempie.

W szpitalu na Bródnie uczestniczyłam w 4 porodach, a na moje ręce na świat przyszło troje dzieci, Wiktor, Eryka i Laura.

Uczestniczyłam również w kilku cesarskich cięciach jako "brudna" instrumentariuszka (czyli ta, która nie ma sterylnych rękawiczek i wyrzuca sterylnie potrzebne rzeczy na stolik, cewnikuje pacjentkę.

Pierwszy poród, przy jakim byłam (i który przyjęłam na cztery ręce razem z położną) był dla mnie fascynujący, wręcz magiczny. Z pacjentką nawiązałam naprawdę fajny kontakt, poród położna prowadziła łagodnie i powoli, pacjentka z nami wspaniale współpracowała. Naprawdę życzę każdemu takiego pierwszego zetknięcia z narodzinami.

Nie łudźcie się, że ja dokładnie wiedziałam, co mam robić i gdzie kiedy stać. Plątałam się położnej pod nogami jak mały intruz, nie wiedziałam kiedy dokładnie się umyć, kiedy rozłożyć zestaw do porodu, łóżko. W przyjęciu łożyska też potrzebowałam pomocy, bo miałam wrażenie, że mi wypadnie z rąk. Fantomy jednak nie oddają rzeczywistości we właściwy sposób. Teorię mogę sobie znać, przydaje się bardzo, ale praktyka to zupełnie inny świat, pełen zaskoczeń.

Na zajęciach akademickich, gdy uczymy się całej "otoczki" porodu, to uczymy się tego powoli, w pełni skupieni uważamy na to, co robimy. Na sali porodowej trzeba zdecydowanie przyspieszyć. Tak przynajmniej z 10 razy.

Drugi poród, w którym uczestniczyłam, dział się tak szybko, że mało co z niego pamiętam. Pacjentka na izbie miała rozwarcie na 8 cm, u nas na oddziale od razu 10 i wytaczającą się głowę. Nikt się nie zdążył porządnie ubrać, potrzebowałyśmy z położną dodatkowych par rąk do pomocy, bo czas nas gonił, ja jeszcze nie do końca wszystko ogarniałam (mój drugi poród - miałam prawo), a pacjentka nie współpracowała. W momencie, gdy w największym stresie życia w końcu założyłam (oczywiście za duże o 3 rozmiary) sterylne rękawiczki, dziecko było już na świecie, ja jedynie pomogłam tacie przeciąć pępowinę i przyjęłam łożysko.

W jakimś stopniu jestem perfekcjonistą, bardzo nie lubię, gdy nie wiem, co mam robić, gdy coś mi nie wychodzi kolejny raz (choć mam pełną świadomość, że dopiero się uczę i ma prawo), albo potrzebuję pomocy ze względu na moją niekompetencję. Podczas tego porodu byłam chyba najbardziej zagubionym i zdenerwowanym człowiekiem na ziemi. Byłam też (niesłusznie) zła na siebie, bo choć bardzo chciałam i starałam się robić co do mnie należy, nie dawałam rady. Podczas tego porodu po raz pierwszy, przez dosłownie kilka sekund pomyślałam sobie, że może położnictwo nie jest dla mnie. W domu musiałam odreagować (więc klasycznie coś upiekłam 😂) i odespać to wydarzenie, by pełna nowych sił i motywacji wrócić dwa dni później na kolejny dyżur. 😅

Trzeci i czwarty poród to znowu przyjemny i magiczny świat. Podobno po trzecim wyszłam z sali jak odmieniony człowiek i cały dzień emanowałam dumą z samej siebie. Tak też się czułam. Gdy koleżanka postanowiła mi zademonstrować moje wyjście z sali, popłakałam się ze śmiechu.

Z każdym porodem zyskuję większą pewność siebie, moich decyzji i działania. Myślę, że gdyby następny poród był w stylu tego drugiego, to już bym sobie poradziła. Nie idealnie, ale poradziłabym sobie. Ale nie chcę tego sprawdzać! 😜

Na koniec ponarzekam jeszcze na studentów kierunku lekarskiego, którzy wchodzą na salę, by zobaczyć poród. Wiem, że muszą mieć jakieś doświadczenie i jakiekolwiek pojęcie na temat przyjęcia porodu siłami natury, ale serio, niech siedzą w jego trakcie cicho, ich obecność dla nas, studentek położnictwa, jest wystarczająco stresująca. Po przyjęciu łożyska czekałam z ocenieniem go na położną, bo mogłabym czegoś nie zauważyć, uszkodzić je. Powtarzałam sobie w głowie, co mam zrobić i w tym momencie nachyla się do mnie student lek-u i mówi mi wyniośle "łożysko musisz ocenić". No co ty nie powiesz człowieku. W tamtej chwili, na temat oceny łożyska, miałam większą wiedzę niż on. Pewność siebie zdecydowanie odwrotnie...

Osobiście odnoszę wrażenie, że pacjentkom nie za bardzo podoba się tak liczna "widownia" w postaci studentów przy porodzie, ale wstydzą się o tym powiedzieć. Kim innym jest studentka, która zajmuje się pacjentką dłuższy czas, wspiera ją, przyjmuje poród lub asystuje przy nim, czy lekarz który stoi na sali "w razie czego", a kim innym są studenci (niezależnie od kierunku), którzy stoją i nic nie robią.
Chciałam właśnie napisać, że nigdy nie weszłabym na salę, gdybym była tam zbędna. Potem przypomniałam sobie, że niewiele brakowało, bym raz dołączyła do grona niepotrzebnych gapiów. U pacjentki mojej koleżanki musiało zostać wykonane ręczne wydobycie łożyska, którego nigdy na żywo nie widziałam. Położna ustawiła mnie w rogu sali, abym obserwowała zabieg. Chyba mi trochę ulżyło, gdy mąż pacjentki poprosił, by na sali zostało mniej osób, przez co wszyscy studenci (łącznie 6 osób) wyszli. Czułam się tam co najmniej nie na miejscu, jakbym wchodziła z butami w czyjś prywatny, intymny świat. Kto wie, może "zbędna widownia" przy porodzie fizjologicznym ma podobne odczucia jak ja?

Po 8 dyżurach stwierdzam, że odnalazłabym się w pracy na sali porodowej. Byłoby to dla mnie duże wyzwanie, ponieważ musiałabym wyjść ze swojej "strefy komfortu", czyli uporządkowanej, bardziej przewidywalnej pracy na oddziałach takich jak patologia ciąży, czy położnictwo. Rok temu zdecydowanie bardziej wiedziałam na jakich oddziałach ewentualnie widzę się w przyszłości. Obecnie widzę jedynie ogromny wachlarz możliwości. Co wybiorę, to pokaże przyszłość.