sobota, 30 listopada 2019

Podróże małe i duże

Powroty do domu to dla mnie jedna z najbardziej uciążliwych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam być w rodzinnym domu, odpocząć, mieć podany obiad na talerzu bez obowiązku ugotowania go i pozmywania (zmywarko, tęsknię...). Jednak sama podróż jest męcząca. Jej planowanie też.

Zacznijmy od horrendalnej ceny biletu na pendolino. Pełna cena jest ciutkę poza moim budżetem. Dziękujemy wtedy za 51% zniżki studenckiej. Bilety są dodatkowo tańsze, gdy się je kupuje wcześniej. 30% 3 tygodnie  przed, 20% 2 tygodnie przed i 10 % tydzień przed odjazdem. Czasami zdarzają się nawet oferty SUPERPROMO z taką zniżką, że jak się na nią załapię, to chodzę dumna jak paw, bo zamiast 55zł (30%) wychodzi 28zł.
W moim wypadku ceny warunkują planowanie przejazdów miesiąc przed czasem. Oczywiście można przebookować bilet. Ale jeśli się nie mylę, to zniżki z pierwszej rezerwacji już nie obowiązują. I wtedy nowy bilet jest droższy.

Pierwszy raz zamawiałam bilet do domu, nie znając jeszcze mojego planu. I w razie czego zamówiłam bilet na sobotę, bo zajęcia mogłam mieć do nocy. Nie miałam. Więc popołudnie wolne, a w domu spędziłam zaledwie 24 godziny. Później już znałam plan, więc wracałam wcześniej w piątek. Znacząca różnica.
Raz przebookowywałam bilet, bo kilka dni po kupnie okazało się, że mamy godziny rektorskie i zdążę na wcześniejszy pociąg.
Powrót do domu na święta też już mam zaplanowany. Chodzę dumna, bo to ten bilet za 28zł. Tydzień po kupnie okazało się, że mogłabym wracać jednak w czwartek wieczorem, a nie w sobotę rano. Dokładnie 20.12 miałam zacząć zajęcia w Klinice Położnictwa i Perinatologii, a zajęcia miały trwać do 17:45. Ale nie wiedziałam, czy się nie przedłużą, co to są w ogóle za zajęcia, gdzie jest szatnia i czy ewentualnie obrócę do mieszkania, i na dworzec. Dlatego na spokojnie wzięłam bilet na sobotę. A tu BUM, prowadząca przesunęła zajęcia na styczeń!
Tym razem nie zmieniam biletu, bo zanim zdążyłam to zrobić, umówiłam się koleżanką na pakowanie prezentów i inne świąteczne atrakcje skoro mamy wolny piątek 😄

Ale wracając do pociągów.
Jeśli chodzi czas przejazdu, to zależy to od rodzaju pociągu. Pendolino do Bielska-Białej jedzie 3 godziny z hakiem. A taki zwykły pociąg 4-5 godzin. Zależy od trasy. Oczywiście cena jest duuuużo niższa, bo 30% zniżki daje mi 22zł za przejazd (a nie 55).

Ja jednak lubię jeździć Pendolino z innych względów niż czasowe. Pendolino ma tzw. "strefę ciszy". Nie można w takim wagonie rozmawiać, należy być cicho. Raz jechałam z Lolkiem (moja przyjaciółka od podstawówki, obecnie studentka finansów w Katowicach) do Warszawy i wracając trafiłyśmy na zgraję rozwrzeszczanych chłopaków w wieku średnio gimnazjalno-licealnym. Najcięższa podróż jaką miałyśmy. Od tego czasu, jak tylko dam radę, to wybieram strefę ciszy. Cudowny wagon. Plus w Pednolino dostaję mikroskopijny kubek herbaty/kawy lub butelkę wody 😂

A jakby wyglądało moje wracanie do domu, gdybym zdecydowała się na ŚUM? Pomęczyłam trochę ŚUMową i Lolka, by mi poopowiadały o kolejach śląskich.
Pierwsza różnica to czas. Każdym pociągiem podróż trwa około godziny. Ledwo jeden odcinek serialu bym oglądnęła 😂 Ja to mogę pół sezonu czasami 😁
Druga, to cena. No cóż, prawie 400km, a ledwo 100 to jednak jest różnica i zdaję sobie z tego sprawę. Ale i tak boli, gdy słyszę, że na bilet one wydają 6zł. SZEŚĆ. A ja, gdy się nie zorientuję zbyt szybko, płacę ponad 10 razy więcej.
Trzecia już jest bardziej pozytywna u mnie. Mianowicie, nie można kupić miejsca siedzącego. W ogóle nie można kupić konkretnego miejsca, nawet na konkretny pociąg. Kupuje się bilet, który jest ważny 6 godzin. To, do którego pociągu, wagonu wsiadasz i czy siedzisz, czy stoisz, już nikogo nie obchodzi. Łokcie w ruch i próbujesz wsiąść. I stoisz jak sardynka, bo tyle ludzi. Dziewczyny do tej pory za każdym razem wsiadły, ale znajoma ŚUMowej raz została na peronie. Wtedy moja możliwość kupna konkretnego miejsca jest luksusem (od niedawna można samemu wybrać na obrazku gdzie chcesz siedzieć. Nareszcie, bo rozstaw numerków jest co najmniej nielogiczny, więc można kupić dwa miejsca i mieć pewność, że są obok siebie). W Pendolino można tylko takie miejsca kupić. W zwykłym można mieć miejsca stojące. Ludzie wtedy stoją nad nami siedzącymi. Nic komfortowego, ale nie jest to jakoś bardzo uciążliwe. Przynajmniej dla siedzących.
Koleje śląskie też rzucają co jakiś czas promocjami. Przykładowo, w październiku jeden z biletów mógł być za złotówkę.
Zarówno w Kolejach Śląskich, jak i w zwykłym pociągu z Warszawy, można kupić bilet u konduktora. Tylko wtedy (z Warszawy) raczej się stoi :D

Przyznam się, że zawsze pociągi kojarzyły mi się z takimi gruchotami sprzed co najmniej 20lat, spóźniającymi się i z wyłącznie wagonami przedziałowymi.




 
https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,72739,24748347,koniec-ery-kibli-w-kolejach-slaskich-staje-sie-faktem.html
Oczekiwania vs rzeczywistość, pozytywnie :D




https://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/20481/pkp-intercity-pokaze-w-krakowie-nowe-wagony.html

 Bardzo dużo osób mówiło jak to się koleje zmieniły, że są wygodne, szybkie i jak przyjemnie się jeździ. Teraz mi wstyd, że im nie wierzyłam. Serio. Obecnie pociągi to takie trochę naziemne samoloty. Cichutkie, całkiem wygodne (chyba, że się ma 1,60m i głowa nie do końca sięga do zagłówka...), z gniazdkiem elektrycznym i najczęściej są  to wagony bez przedziałów.

Co jest dla mnie baaardzo ważne, w pociągach choroba lokomocyjna nie istnieje. Bałam się straszliwie, że będę musiała brać tyle leków, że moje się zaraz skończą (Z polskich leków nic poza aviomarinem na mnie nie działa, a ten sprawia, że jestem marudna i śpię, więc go nie lubię. Używam leków z Hiszpanii albo ze Stanów). W pociągu bez leków mogę nawet czytać i nic mi nie jest. To zdecydowanie obecnie mój ulubiony środek transportu na dłuższe podróże. W sumie nie wiem, czy w samolocie też mogłabym podróżować bez leków. Zawsze je brałam na dojazd na lotnisko...

Podróży nie unikniemy, studiując w innym mieście. Ale po zdobyciu odrobiny doświadczenia, znamy już kilka trików na kupowanie biletów, wsiadanie i samą jazdę. Porównując minusy i plusy moich powrotów do domu, dalej twierdzę, że pociągi są świetne i zdecydowanie wolę je od autokarów.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Półtora miesiąca za mną!

Czas leci bardzo szybko. Mam wrażenie, że dopiero wczoraj szłam zestresowana na Adapciaka, a już mam skończone dwa seminaria i ćwiczenia;. pedagogikę, podstawy pielęgniarstwa i biofizykę. Aż dziwnie będzie kończyć w środę i czwartek o 13. A seminaria z technik kończą się już w tym tygodniu (piątek będzie do 10:15!)

Ten weekend jest moim drugim luźnym weekendem. Bez wyrzutów sumienia mogłam pooglądać serial :D I spać do południa. Nawet wyszłam z koleżanką na miasto 😁
Jedynie musiałam zrobić e-learning z POPu o laktacji, ale to całkiem przyjemne, bo to POP :D

Lubię e-learningi z POPu. Dostajemy konspekt, który uzupełniamy w trakcie słuchania, więc notatki od razu są gotowe. Szukając informacji na zadanie zaliczeniowe do laktacji (o BLW, metodzie urozmaicania diety noworodka) czułam się jak przyszła mama, takie studia :D
Dodatkowym plusem e-learningów jest to, że można je robić gdzie się chce, kiedy się chce i w jakiej pozycji się chce. Ostatnio się rozciągałam i przez to, że dużo pisania złapało mnie w pozycji sznura to baaardzo czułam pachwiny następnego dnia. Brakowało mi tego, muszę częściej wyciągać tę matę 😐

Wracając...
Jednak moim ulubionym przedmiotem są techniki położnicze i prowadzenie porodu. Ćwiczenia przede wszystkim. Tam się uczymy dokładnie tego, co będzie nam w przyszłości potrzebne. Na jednych z pierwszych zajęć mierzyłyśmy miednicę, byłam pierwszą z grupy, która mierzyła (Warto się zgłaszać, bo tylko ja zdążyłam, reszta robiła to na którchyś z kolei ćwiczeniach). Dla większości jest to przedmiot, na który uczymy się bardzo łatwo i szybko, jakbyśmy tylko powtarzały materiał.

Najtrudniejszy przedmiot? Biofizyka. Bardzo trudno ją zrozumieć. Ale zdałam 😂

Najcięższy przedmiot? PP, bez dwóch zdań. Byłyśmy pytane prawie całe 2h15min., same musiałyśmy opracować zagadnienia i naprawdę trzeba było umieć i rozumieć temat. Zajęcia kończyły się egzaminem na zaliczenie. My miałyśmy pół na pół, otwarte i zamknięte, ale był do napisania. Tym bardziej, że jak się kuło co tydzień, to wiele zostaje w głowie. Więc w sumie wyszło nam to kucie na dobre :D

Co do wykładów, to wiele zależy od prowadzącego. Mogą być takie cudowne jak POP z naszą ginekolog, lub wręcz odwrotnie. Ja na wykłady chodzę. Dwa razy zasnęłam, przyznaję się. Dwa razy robiłam krzyżówki (Znak rozpoznawczy mojej grupy seminaryjnej😂) i  raz sudoku. Próbowałam słuchać, naprawdę, ale mój organizm odmawiał posłuszeństwa. Nie jestem do końca pewna, czy wykłady są obowiązkowe, ponieważ na anatomii usłyszeliśmy, że nie, ale kiedy indziej, że tak. W każdym razie, na niektórych wykładach leci lista, szczególnie, gdy jest nas mało.

Powoli zbliżają nam się kolejne zaliczenia; angielski (ustnie i pisemnie), anatomia i POP. No i kolokwia z technik i  mikrobiologii. Dlatego wszystkie jesteśmy bardzo wdzięczne za chwilę luźniejszą :D