sobota, 19 grudnia 2020

Ulubiony serial? "Call The midwife"!

Ostatnio natknęłam się w Internecie ma mema o ulubionym serialu. Pierwsze, co wtedy wpadło do mojej głowy, to było właśnie "Call the midwife" ("Zawołajcie położną"). Zdziwiłam tym samą siebie, ponieważ przez bardzo długi czas moim ulubionym serialem było "Grey's Anatomy" ("Chirurdzy"). 

Podczas wakacji przed pierwszym rokiem, oglądnęłam 8 dostępnych wówczas sezonów i przepadłam. Z każdym odcinkiem coraz bardziej czułam, że położnictwo to to, co chcę robić w życiu.
Historia serialu odbywa się w angielskim miasteczku Poplar, w latach 50 i 60.  Pierwsze 3 sezony były luźno oparte na książce Jennifer Worth "Z pamiętnika położnej" (którą również mam ochotę przeczytać, ale nie mogę jej znaleźć po polsku).
Początkowo główną bohaterką jest Jenny, trzy inne położne oraz siostry zakonne, które również pracują jako położne. Obserwujemy ich prywatne perypetie, wzloty, upadki.
Serial uwzględnia wiele wydarzeń i innowacji w dziedzinie medycyny, które naprawdę miały miejsce. Mam na myśli na przykład zakazanie używania Talidomidu, wprowadzanie obowiązkowych szczepionek, stopniowe przenoszenie się porodów z domów do szpitali, wprowadzenie w obieg pierwszych tabletek antykoncepcyjnych, niebywale niebezpieczne i liczne problemy związane z praktykowaniem nielegalnej aborcji. Poruszane zostają również problemy społeczne, np. alkoholizm, niepełnosprawność umysłowa, rasizm.

Muszę przyznać, że nie raz (prawdę mówiąc, bardzo często) zdarzyło mi się wzruszyć podczas oglądania. Na prawie każdy poród reaguję tak, jak studentki położnictwa zazwyczaj reagują na pierwsze porody zobaczone na żywo. 

Dodatkowym atutem serialu są stroje! Lata 50 to moda dla mnie. Próbuję sobie "przemycać" do własnej garderoby elementy pasujące właśnie to tamtych czasów. Rozkloszowane spódnice i sukienki są moimi ulubionymi elementami. W latach 60 przestałam się odnajdywać, ta moda zawsze była dla mnie troszkę zbyt ekstrawagancka. Lubię czasami sobie wrócić do pierwszych sezonów i popatrzeć na sukienki Trixie, czy Jenny. Są śliczne.

Ścieżka dźwiękowa też jest cudowna. Youtube już mi sam proponuje powrót do odsłuchania jej.

Serial ma obecnie 9 sezonów, kręcony jest następny (mimo pandemii, świąteczny odcinek powstał zgodnie z planem!). Mam nadzieję, że serial będzie emitowany jeszcze długo. Z powodu nawału nauki i zajęć (i tego, że święta się zbliżają), odłożyłam sobie część odcinków na później. Zazwyczaj włączam sobie odcinek, gdy jest mi źle i mam wrażenie, że cały świat jest przeciwko mnie. Przypominam sobie wtedy dlaczego studiuję, co studiuję, znajduję jakieś nieodkryte pokłady motywacji do dalszej pracy i nauki mniej lub bardziej przyjemnych przedmiotów.

Całym położniczym serduszkiem polecam ten serial wszystkim, a przede wszystkim tym, którzy studiują, lub planują studiować medyczny kierunek. 

Wesołych Świąt!

niedziela, 13 grudnia 2020

Pierwszy dyżur!

Jak ja na niego czekałam!

Od ostatniego wpisu, nastąpiły oczywiście zmiany na plus. Obecnie nie musimy wysyłać podań o wolontariat do szpitali i liczyć na przyjęcie. Teraz dostajemy grafik położnych z przypisanego do naszej grupy szpitala, wpisujemy się na dyżur (maksymalnie dwie osoby do jednej położnej) i przychodzimy na 12 godzin. Na sali porodowej można było zapisać się również na noc. W drugim semestrze, gdy zajęcia praktyczne są wpisane w plan zajęć, zapisy będą wyglądać zupełnie inaczej, ale jak, to się jeszcze okaże. 

W mojej grupie byłam w drugiej "dwójce", która była na dyżurach  na przełomie listopada i grudnia.

Zaczęłyśmy od porodówki, ale nasza mentorka, podczas pierwszego dla nas dyżuru, przypisana była do położnic tam przebywających, więc zajmowałyśmy się tylko nimi. Zarówno ja, jak i moja koleżanka, byłyśmy z tego powodu zadowolone. Zaczęłyśmy na spokojnie, bez pośpiechu. 

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, to zważenie, zmierzenie i założenie pieluszki dzielnej dziewczynce. Byłam tak skupiona na tym, co i jak mam zrobić, że nie pamiętam jej imienia 😓. Pierwszy raz trzymałam na rękach takiego maluszka. Nie miałam wrażenia, że zaraz wyleci mi z rąk, ale tak okropnie się stresowałam tym, że ją źle złapię i to ją zaboli. Nawet nie zapłakała, więc sukces nr 1! Na wadze już nie było tak miło, bo zaczęła płakać. Ale to nie była moja wina, więc byłam spokojniejsza. Po powrocie na ręce uspokoiła się. Czułam się wtedy co najmniej wspaniale. Ważyłam tego dnia dwoje dzieci i oba maluszki płakały i wierciły się w trakcie. Chyba nikt nie lubi ważenia.

Mam wrażenie, że nauczyłam się bardzo dużo w trakcie tych 12 godzin. Pobierałam krew, przygotowywałam i podawałam leki, zdejmowałam wenflon, mierzyłam ciśnienie, przygotowywałam kroplówki, podałam nawet dziecku witaminę K! To ostatnie zdecydowanie było bolesne i nieprzyjemnie. Bardzo Cię maluszku przepraszam, ale ta iniekcja była nieunikniona. 

Następne dwa dyżury też mi się podobały. Szczególnie drugi, podczas którego opiekowałam się rodzącą. Niestety porodu nie doczekałam, ponieważ skończył mi się dyżur.

Co robiłam podczas tej opieki? Głównie trzymałam (dosyć mocno) pelotę KTG, dbając o ciągłość zapisu, bo lubiła się zsuwać. Zakwasy w prawej ręce miałam dobre kilka dni. Podłączałam również oksytocynę używając pompy i podgrzewałam pani groszki (termofor). Zbadałam również pacjentkę wewnętrznie. Starsze koleżanki mają rację, gdy mówią, że podczas pierwszego badania bardzo ciężko wyczuć cokolwiek. Wierzę, że ta umiejętność przyjdzie z czasem. Ćwiczenie czyni mistrza, prawda?

Jednak zanim "dostałam" pod opiekę rodzącą, znowu zajmowałam się położnicami. Podawałam antybiotyki (Taromentin i Unasyn przygotuję już z zamkniętymi oczami, obudzona w środku nocy), mierzyłam stan ogólny, pomagałam w przystawieniu dzieci do piersi, kontrolowałam bilans płynów, cewnikowałam (nie powinnam się z tego cieszyć, bo to nic przyjemnego dla pacjentki, ale jakoś mi ciężko się powstrzymać...), pielęgnowałam noworodka, pomagałam nawet w "uruchomieniu pacjentki" 2h po porodzie. 

Trzeci dyżur był bardzo podobny do pierwszego i początku drugiego. Nad rodzącą czuwała tym razem moja koleżanka, więc ja tego dnia znowu zajmowałam się położnicami. Czułam się już dużo pewniej. Wiedziałam gdzie co leży, jak przygotowywać leki. Dwa ostatnie dyżury miałam dzień po dniu, dlatego kojarzyłam część kobiet przebywających na oddziale. Bardzo to ułatwiło komunikację z nimi. Wydaje mi się, że nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktu z pacjentkami, przychodzi mi to naturalnie. Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, gdy wchodzę do sali, robię swoje i wychodzę. Staram się zawsze zapytać o samopoczucie, o to, jak się ma maleństwo. Przełamuje to pierwsze lody, pacjentka zaczyna nam ufać, istnieje mniejsze prawdopodobieństwo tego, że nam, studentkom, odmówi wykonania na niej zabiegu. Zdarza się, że pacjentki nie wyrażają zgody na np. pobranie krwi przez studentkę. Miałam taką sytuację. Na to nic nie poradzimy, pacjentka może mieć swoje powody, czasem całkiem słuszne. Moja pacjentka wiedziała, że naprawdę bardzo źle znosi pobieranie krwi. Teraz się cieszę, że to nie ja panią kłułam, bo tylko bym się zestresowała jej reakcją.

Bycie studentem na oddziale ma też swoje inne oblicze. Jesteśmy "do pomocy" w każdym tego słowa znaczeniu. Trzeba pozwijać wyprane pasy do KTG? Siedzimy i zwijamy. Trzeba pociąć ligninę? Maszynka w ręce i tniemy. Trzeba poskładać  foliowe fartuszki? Zadanie dla nas. Rozpakować dostawę, uzupełnić sale? Radośnie się za to zabieramy. Nie potrafię określić jak się na początku czułam wykonując te czynności. Kiedy niewiele się działo, był to sposób na nienudzenie się. Poza tym, ktoś to musi zrobić, dlaczego nie my, skoro mamy czas? Rozpakowywanie dostawy i uzupełnianie sal doceniłam na 3. dyżurze, gdy od innej studentki (to był jej 1. dyżur) usłyszałam słowa pełne podziwu, że wiem dokładnie w której szafce znaleźć zlecony lek, skąd wziąć strzykawki i igły, gdy zaczyna ich brakować. A w cięciu ligniny byłam całkiem dobra, cięłam w miarę prosto (nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale serio z ostatnich porcji byłam całkiem dumna).


Czy mam jakieś rady dla tych, co swój pierwszy dyżur mają jeszcze przed sobą? 

Nie denerwujcie się nim. Wszyscy wiedzą, że to pierwsze zetknięcie ze szpitalem, więc ma się pewnego rodzaju "taryfę ulgową". Oczywistą sprawą jest to, że jesteśmy studentami, mamy prawo popełniać błędy, nie umieć wykonać podstawowych czynności.  Ja osobiście nie spotkałam się z tym, by ktoś mnie źle potraktował, gdy czegoś nie wiedziałam lub nie umiałam zrobić. Mam jednak świadomość, że niestety takie sytuacje się zdarzają. Nie należy brać wtedy takich słów do siebie i robić swoje. Jeżeli ktoś ma odwagę, to można przypomnieć, że jesteśmy początkującymi studentkami, choć szczerze mówiąc, ja bym chyba nie miała. 

Pytajcie. Nawet tysiąc razy. Lepiej zapytać kolejny raz niż popełnić błąd. Nie próbujcie odpowiedzieć pacjentce na pytanie, gdy nie macie wiedzy na dany temat. Bieganie tam i z powrotem na odcinku "dyżurka-sala pacjentek" to norma. Osobiście uważam, że pytając, pokazujemy chęć nauki, pomocy, "bycia przydatnym". To procentuje. 

Nie bójcie się wykonywać zabiegów, przygotowywać leków. To jest przerażające na początku, bo co innego rozpuścić sobie w domu Gripex, a co innego przygotować antybiotyk dla obcej osoby. Uważam, że wręcz należy się "pchać", gdzie tylko się da, do jakiejkolwiek czynności. Czasami położne (nie mentorki) pytają czy któraś ma czas albo czy zrobiłaby to i to. Krzyczycie tak, odkładacie jedzenie i biegniecie się uczyć. Dzięki takiemu zachowaniu pomagałam uruchomić pacjentkę po porodzie. Dlatego, gdy później pomagałam koleżance zrobić to samo, ja robiłam za tą "doświadczoną".

Ostatnia "rada" nie jest aż tak ważna, jeśli chodzi o naukę, ale uważam, że bardzo ułatwia funkcjonowanie na oddziale. Żyjcie w przyjaznych stosunkach z koleżankami z dyżuru. Nawet, jeżeli widzicie kogoś po raz pierwszy w życiu i myślicie sobie "to my razem studiujemy?" Wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia, by trafić na dyżur z kimś, kogo znają, a co dopiero z kimś, kogo szczerze lubią. Ja miałam. Mam nadzieję, że na oddział położniczy znowu trafimy w tym samym składzie, bo współpracowało się nam znakomicie.


Jestem teraz rozdarta. Uwielbiam święta i chciałabym, by trwały jak najdłużej. Pieczenie pierniczków, ubieranie choinki (i wdychanie jej cudownego zapachu!), świąteczne swetry i skarpetki, siedzenie przy kominku z kakao lub herbatą to zdecydowanie mój świat. Z drugiej strony w styczniu czekają mnie kolejne dyżury. Całe trzy, chyba że zdecyduję się na wolontariat (co nie zachęca, kiedy zaliczenia i sesja są na horyzoncie). 

Wesołych Świąt!