czwartek, 24 lutego 2022

Osoby towarzyszące

Niezmiernie się cieszę, że żyjemy w czasach, gdy kobieta może rodzić w obecności wybranej przez siebie osoby towarzyszącej.  Niemniej uważam, że nie każdy partner nadaje się do tego zadania. W chwili obecnej mam za sobą 43 dyżury na sali porodowej i "przerobiłam" wielu przyszłych tatusiów. Tylko raz zdarzyło mi się, by osobą towarzyszącą był ktoś inny, wtedy akurat mama pacjentki. Skupię się jednak na partnerach płci męskiej.

Sala porodowa to miejsce, gdzie można naprawdę zobaczyć jak ludzie się kochają. Wielu parom szczerze zazdroszczę relacji. Wsparcie, jakie kobieta dostaje od partnera w przeciągu tych kilku, kilkunastu godzin porodu jest niesamowite. Współpracowałam kiedyś z cudownym młodym małżeństwem i nie macie pojęcia, jak bardzo żałowałam, że dziecko było nieprawidłowo położone, przez co konieczne było cesarskie cięcie. To byłby piękny poród drogami natury. 

Przyznam się, że kiedyś, przed praktykami, przed studiami, nie wyobrażałam sobie rodzić z partnerem. Uważałam, że będzie się plątał pod nogami i przeszkadzał. Teraz wiem, że zupełnie by mi jego obecność nie przeszkadzała. Ba! Nawet bym się cieszyła, gdyby zdecydował się wspierać mnie przez cały czas. 

Partnerzy są różni. Jedni podchodzą do porodu zadaniowo, przypominają o piciu wody, liczą czas pomiędzy skurczami i długość ich trwania, inni oddychają razem z rodzącą, wspierają fizycznie przy zmianie pozycji, łagodnym głosem wspierają mentalnie. Jeszcze innych ja miałabym ochotę wyprosić z sali, ponieważ ich wizja wsparcia jest dla mnie przytłaczająca, czasem wręcz apodyktyczna, ale na tym etapie to pacjentka decyduje czy dane towarzystwo jej odpowiada, to w końcu ona wybrała takiego, a nie innego partnera (lub partnerkę). W trakcie moich praktyk tylko raz osoba towarzysząca była bliska omdlenia, co zabawne, podczas podawania znieczulenia, nie podczas narodzin. 

Jak pewnie się spodziewacie, kobieta w trakcie porodu potrafi reagować na ból i zmęczenie zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Pacjentki potrafią kląć (jak szewcy!), choć nigdy tego nie robiły, potrafią wyzywać partnerów i zarzekać się, że to ostatnie dziecko, chyba że to nie one będą rodzić, potrafią naprawdę głośno krzyczeć (co może być pomocne, więc nam, personelowi,  zazwyczaj nie przeszkadza). 
Raz pacjentka w przypływie emocji, podczas skurczów partych, wysłała nawet męża na wazektomię 😅

Jak na to reagują partnerzy?
Większość z nich bardzo pozytywnie, są nastawieni, że usłyszą swoje, że taki urok porodu rodzinnego, podchodzą do wszystkiego ze spokojem, humorem. Czasami zamykają się w sobie i siedzą cichutko w kącie, tak bardzo są zaskoczeni intensywnością przeżyć, czasami starają się być jeszcze bardziej pomocni skacząc dookoła partnerki, powtarzając nasze polecenia i rady jak mantrę. Zdarzają się panowie, którzy podglądają naszą pracę bardzo wnikliwie i obserwują wytaczanie się główki z zaszklonymi oczami, ale jednak częściej znajdują sobie miejsce u wezgłowia łóżka zbliżając się odrobinę, by przeciąć pępowinę. Niekiedy zdarza się, że osoby towarzyszące są wobec personelu oschłe, wymagają cudów, podnoszą na nas głos. Tego nie lubimy, choć zdajemy sobie sprawę, że to głównie emocje przemawiają za zachowaniem. Nie moją winą jest, że boli, że długo trwa i partnerka nie ma siły, a anestezjolog nie może w tej chwili podać znieczulenia, bo jest przy zabiegu. Położne i lekarze robią naprawdę wszystko, co mogą, by pacjentka urodziła w jak najmniejszym bólu, z jak najmniejszymi obrażeniami i możliwie szybko. 

Niemniej jednak, do tej pory każdy, ale to każdy tatuś rozpływał się nad widokiem swojego maluszka, duża część płakała. Kilku mężczyzn dziękowało, nawet na kolanach, swoim ukochanym za włożony wysiłek, za danie im dziecka, słowa "kocham cię" przewijały się wtedy w co drugim zdaniu. 
Jest to chyba mój drugi w kolejności (zaraz po przyjęciu dziecka i podaniu mamie) ulubiony moment porodu. Relaksuje mnie, napawa dobrym humorem, optymizmem.
Jak tu nie kochać pracy na sali porodowej?

piątek, 11 lutego 2022

Ostatni semestr na horyzoncie

Czas płynie nieubłaganie szybko. Zanim się obejrzałam, minął cały zimowy semestr i mamy ferie. 
Oswoiłam się już z myślą, że moje studia licencjackie dobiegają końca, znalazłam pacjentkę i zdecydowałam się na temat pracy licencjackiej. Jestem nawet w trakcie jej pisania. Ciągle jednak nie dociera do mnie, że za 6 miesięcy będę już dyplomowaną położną. To ciągle brzmi surrealistycznie, a ja nie czuję się na to gotowa. 

Trzeci rok jest dla mnie zupełnie inny. Zajęć akademickich mamy dużo mniej, przez co znalazłam czas na aktywności typu praca czy zajęcia taneczne, za którymi bardzo tęskniłam. Z drugiej strony wisi nade mną widmo praktyk indywidualnych, które należy zaliczyć bodajże do maja. Ja do tej pory zaliczoną mam już salę porodową, anestezjologię oraz kończę najdłuższą ginekologię. Została mi psychiatria i POZ, które załatwię początkiem letniego semestru. Wszystko pod kontrolą, choć mam nadzieję, że do końca marca wyrobię wszystkie godziny i będę się mogła skupić na pisaniu pracy, nauce do największej sesji na studiach i do dyplomu.

Choć mam dużo wolnego czasu od uczelni, to potrzebowałam świąt i wolnego, tak samo teraz potrzebuję ferii. Dwa tygodnie poprzedzające święta męczyłam  się z przeziębieniem (a jak wszyscy wiedzą, na WUM nie można chorować, bo odrabianie zajęć jest wyjątkowo trudne, o ile w ogóle możliwe), a co za tym idzie, miałam coraz mniej motywacji i siły do interesowania się uczelnianymi sprawami, wliczając w to pisanie pracy licencjackiej, wyszukiwanie artykułów, czytanie książek z interesującej mnie dziedziny. Plan był taki, by w nowym roku wrócić pełna energii i zapału, po czym skończyć studia w terminie. Na razie jego realizacja przebiega pomyślnie, choć przed feriami znowu zaczęło mnie zbierać na chorobę. Pandemiczne czasy sprawiają, że za każdym razem, gdy się gorzej czuję, kaszlę i smarkam, to robię sobie test antygenowy na COVID 19. Na razie wszystkie negatywne! 😁 Jeszcze trochę i będę te testy robić delikatnie i bezboleśnie...
10 dni ferii spędzam u rodziców, aby nabrać energii i motywacji na ostatni, najintensywniejszy semestr. Plan na te 10 dni? Dużo snu, narty, gry planszowe, czytanie rekreacyjne i niestety pisanie pracy licencjackiej.

W grudniu uderzyła mnie myśl, że po raz ostatni miałam w czasie świąt w  pełni wolne. Będąc młodą położną, pracującą w szpitalu, trzeba się liczyć z tym, że w święta dostaje się dyżur, lub nawet dyżury. Później prawdopodobieństwo trzech wolnych dni również jest naprawdę małe :/  Jak nie mam problemu z tym, by pracować w sylwestra, Święta Wielkanocne, majówkę, weekendy, to jednak święta Bożego Narodzenie lubię najbardziej i chyba dyżury w tym czasie to jeden z największych minusów tej pracy.  

Przy okazji, pochwalę się! Od połowy stycznia mam wyrobioną wymaganą ilość porodów do dyplomu! Na WUM są dwie opcje, albo 40 przyjętych porodów, albo 30 przyjętych porodów i 20 asyst. Ja wybrałam drugą opcję, bo uznałam, że będzie mi to łatwiej uzbierać. Asystą możemy nazwać nie tylko asystowanie położnej przy porodzie, ale również opiekę nad pacjentką przez większą część dyżuru, poród zakończony vacuum, kleszczami lub cięciem cesarskim. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego tak mało osób wybiera tę opcję, mnie się opłaciła, na ostatnie dyżury chodziłam dużo spokojniejsza i nie musiałam się starać o wolontariat.
Dziwnie mi z myślą, że skończyłam swoje studenckie czasy na sali porodowej (chyba, że będę tam zdawać dyplom). Im bliżej dyplomu, tym bardziej jestem świadoma ile mam braków, ile jeszcze muszę się nauczyć. Szkoda, że nie mamy więcej zajęć praktycznych albo stażu po studiach.