poniedziałek, 11 października 2021

Szalona, czy ambitna studentka?

Odrobinę się stresowałam praktykami w moim rodzinnym mieście. Nie znałam szpitala, nie wiedziałam jakie czynności będę mogła wykonywać, ile studentek będzie jednocześnie na oddziale. 

Przeliczyłam pozostałe wymagane godziny praktyk na dyżury i wyszło mi ich 33. Biorąc pod uwagę, że miesiąc ma 31 dni, to wizja wolnych wakacji wyglądała dosyć marnie. Na patologii ciąży robiłam tylko dniówki, tak zaleciła oddziałowa, a nocy na porodówce nie chciałam liczyć podwójnie,  ponieważ zależy mi na zdobyciu jak największego doświadczenia (i jak największej liczbie przyjętych porodów).

 Na moje szczęście do tego szpitala nie aplikowało wiele studentek położnictwa, dlatego oddziałowa dała nam pełną dowolność w terminach dyżurów. Dzięki temu, wbrew rozsądkowi, ustawiłam sobie dyżury na patologii ciąży prawie codziennie. Na oddziale okrzyknięto mnie przez to szaloną studentką. Jako jedyna robiłam "dwunastki" kilka dni pod rząd. Dzięki temu  przynajmniej miałam wolny wrzesień! 

Od sierpnia zaczęłam praktyki na sali porodowej w systemie "dzień, noc, przerwa". Nocne dyżury są różne, na jednych nie zmrużyłam oka przez całe 12 godzin, a inne przespałam prawie w całości. Raz miałam taką idealną, wymarzoną, nockę. Zanim wybiła 23:00 przyjęłam 3 porody, a po odwiezieniu ostatniej pacjentki na oddział położniczy mogłyśmy z położnymi pospać do rana, ponieważ nie było żadnego przyjęcia. 
Lubię salę porodową. Z każdym dyżurem coraz bardziej przekonuję się do pracy na tym oddziale, więcej wiem i rozumiem. Położne, z którymi przyszło mi pracować, to cudowne kobiety, tłumaczą po sto razy, podpowiadają, dzielą się doświadczeniem, pozwalają przyjmować porody, chętnie podbijają książeczkę. 

Lekarze natomiast są różni, w większości również są przyjaźnie (a przynajmniej neutralnie) do mnie, jako studentki położnictwa, nastawieni.

Jeden młody rezydent, któremu asystowałam m.in. przy szyciach, specjalnie dla mnie dokładnie opisywał i pokazywał co z czym łączy, w jaki sposób i dlaczego. Tak naprawdę sam dopiero zaczynał się uczyć i wiedział jak ważne są dokładne wskazówki. Szkoda, że przez większość czasu miał urlop, bo kto wie, może zaliczyłabym pierwsze szycie pacjentki? 

Z drugiej strony, miałam kiedyś dosyć nieprzyjemną sytuację na sali cięć cesarskich. Stałam do cięcia jako "brudna" (w ramach sali porodowej zaliczałam też chirurgię), a jednym z moich zadań było liczenie zużytych chust i gazików. Raz, jeden gazik z mycia brzucha pacjentki się zgubił. Przeszukałam pięć razy miskę, gdzie powinien być, nasz kosz na śmieci, milion razy sprawdziłam czy nie skleiły się dwa gaziki, po podłodze się prawie czołgałam w poszukiwaniu tego zagubionego, ale gazika dalej nie było. Wszyscy byli zdenerwowani, ze mną na czele, ale w momencie, gdy pani doktor rzuciła, że "jako brudna powinna stać położna, a nie studentka, bo takie sytuacje później mają miejsce", to zrobiło mi się bardzo przykro, tym bardziej, że to naprawdę nie była moja wina (no, może mogłam zgłosić trochę szybciej, że mi jednego brakuje). Koniec końców, gazik znalazłam w koszu zespołu anestezjologicznego. Trafił tam podczas mycia, choć nie powinien. Z grzeczności nie napiszę, kóry z lekarzy mył pacjentkę i mnie później nie przeprosił. 

Mam wrażenie, że podczas wakacji mieszkałam w szpitalu, a w domu jedynie spałam 😂 Gdyby nie fizyczne zmęczenie (robiłam na dyżurze między 6, a 12 tysięcy kroków) i wstawanie o 5:20, to w ogóle by mi to nie przeszkadzało! Większości moich pacjentek nie sposób było nie lubić, w dyżurce czuję się jak wśród swoich, tak dobrze mi się rozmawia i współpracuje z położnymi. Szczerze mówiąc, to żal mi było opuszczać oddział.

Gdy w szpitalu przyznawałam się, że studiuję w Warszawie, wszyscy byli ciekawi, dlaczego uciekłam tak daleko, a potem pytali jak wyglądają szpitale w stolicy. Część pytała również, czy miałam zajęcia w szpitalu św. Zofii, czyli na Żelaznej. Radośnie opowiadam wtedy o pięknym porodzie w Domu Narodzin, w którym miałam szczęście uczestniczyć. 

Oddziały i praca na nich nie różnią się wiele od tych, które widziałam w Warszawie, co czasami dziwi położne. Zaskoczyło mnie jedynie to, że do położnych należy ścielenie umytych łóżek oraz rozwożenie posiłków. Anegdotka: "warszawska szkoła" ścieli łóżka inaczej, idąc przez oddział byłam w stanie powiedzieć, które łóżka ubrałam ja, a które ktoś inny.

Sala porodowa to powiew nowości z 2000 roku. Zgodnie z opowieściami mojej mamy i położnych wtedy luksusem były boksy z zasłonką z jednej strony, ponieważ gdzie indziej były sale wieloosobowe z kotarkami. Obecnie łóżka i KTG są oczywiście nowe, opieka również jest na bardzo wysokim poziomie. Używane są wszystkie możliwe udogodnienia, czyli piłka, krzesełko porodowe, wanna, prysznic, pozycje wertykalne w pierwszym i na początku drugiego okresu porodu. Jedyne, czego mi brakowało, to osobne sale dla rodzących (a nie boksy) oraz wanna/prysznic na każdej sali. Chociaż nie ukrywam, że dla nas, położnych, boksy z zasłonką to całkiem wygodne rozwiązanie, ciągle widzimy pacjentki (one siebie nawzajem nie), słyszymy co się u nich dzieje, jak zmienia się ich sposób oddychania. Jednak komfort pacjentki jest zupełnie inny, gdy sala jest zamykana i to powinno być naszym priorytetem. Brakowało mi również znieczuleń do porodu, ale niestety ilość anestezjologów jest zbyt mała, by mogło to być standardem.

Końcem sierpnia spędziłam 3 dyżury na patologii noworodka i na intensywnej terapii. Pierwszego dnia nie zabrałam swetra, bo przecież dzieci muszą mieć ciepło, więc wytrzymam w krótkim rękawku. Owszem, muszą, w inkubatorze. Dawno tak nie zmarzłam, jak tego pierwszego dnia. 
Karmiłam dzieci, przewijałam je, przyglądałam się pobieraniu krwi, szczepieniom, podawaniu leków, przyjęciom, ale moim głównym zajęciem było uspokajanie jednego malucha, który ze względy na swoją przypadłość był bardzo drażliwy na bodźce zewnętrzne. Nie narzekałam, czułam się potrzebna, a maluszek był uroczy. Po sali porodowej ten oddział wydawał mi się bardzo spokojny, monotonny, choć wiem, że może być taka sytuacja, że nie wiadomo w co ręce włożyć, tym bardziej na OITN.

Ostatnie 3 dyżury, już we wrześniu, spędziłam na oddziale chorób wewnętrznych i diabetologii. Bałam się tego oddziału, bo to zupełnie inne środowisko, nigdy nie byłam na internie. Nie było czego, bo pielęgniarki traktowały mnie bardzo fajnie, a ze względu na to, że będę położną, to nawet trochę ulgowo. 
Tutaj byłam przydzielona do jednej pielęgniarki i robiłam wszystko z nią. Rozwoziłyśmy posiłki i pomagałyśmy jeść pacjentom, którzy tego wymagali, wykonywałyśmy toaletę pacjentów (chwała niebiosom za specjalne szmatki i pianki do mycia, chociaż trochę niwelują zapachy), zmieniałyśmy pościel, zawoziłyśmy ich na badania, przygotowywałyśmy leki i kroplówki, jednego dnia nawet naciągałam i podawałam insulinę. 
Powiem tak, przeżyłam, cieszę się, że wybrałam położnictwo i podziwiam wszystkie pielęgniarki, bo mają ciężką pracę. Nie mówię, że położne mają łatwo, ale jest to naprawdę inny świat. Dla porównania, prawie wszystkie pielęgniarki mówiły mi, że podziwiają położne, bo one nie dałyby rady pracować przy porodach i zobaczenie porodu  raz czy dwa w zupełności im wystarczyło.


Uwielbiam pracę w szpitalu, ale prawdą jest, że jest to męcząca praca. Z wielką ulgą powitałam wrzesień, w którym w końcu pojechałam z przyjaciółką na wczasy i naładowałam baterie. Kolejny rok będzie intensywny i choć plan zajęć zapowiada się nienajgorzej, to jednak pisanie pracy licencjackiej i wyrabianie godzin praktyk indywidualnych w trakcje roku akademickiego już niebawem zapełni mój kalendarz po brzegi.
Pełna optymizmu wkraczam na trzeci, ostatni rok studiów licencjackich, trzymajcie kciuki, by wszystko poszło po mojej myśli.

1 komentarz:

  1. Szkoda, że przez większość czasu miał urlop, bo kto wie, może zaliczyłabym pierwsze szycie pacjentki? to cytat z Pani wpisu, świetne przedmiotowe podejście do pacjentek....

    OdpowiedzUsuń