Praktyki indywidualne, czyli te, które zazwyczaj odbywamy w wakacje, załatwiamy sobie sami. I powiem szczerze, że trochę czasu trzeba na to poświęcić.
Najważniejsza zasada, to na pewno "zacznij załatwiać takie sprawy szybko", najlepiej w marcu lub kwietniu.
Może to kwestia tego roku, gdzie mój rocznik odbywa również zaległe praktyki z 1 roku, może jest tak zawsze, ale w Warszawie w chwili obecnej znalezienie szpitala, który ma jeszcze miejsca na lipiec i sierpień, jest chyba niemożliwe. Dlatego warto "zarezerwować" sobie miejsce w wymarzonym szpitalu.
Ja postanowiłam odbyć prawie całe praktyki w mieście rodzinnym, które nie jest miastem typowo akademickim (a przynajmniej nie ma tam kierunku położnictwo). Jedynie oddział położniczy i noworodkowy (z pierwszego roku) robiłam w Warszawie. Wybrałam szpital, w którym byłam na zajęciach w styczniu, a dodatkowo taki, w którym pierwszy rok nie ma praktyk uczelnianych. Dzięki temu dyżury mam również w ciągu tygodnia, nie tylko w weekendy.
Ale od początku.
W pewien magiczny dzień Pani z dziekanatu wydaje nam skierowania na praktyki zawodowe. Jest na nich wypisane dokładnie ile godzin dydaktycznych z danego przedmiotu musimy wyrobić. Przykładowo: Po pierwszym roku z przedmiotu POP mamy do wyrobienia 80h dydaktycznych, co w przeliczeniu daje 60h zegarowych, czyli 5 dyżurów.
Dyżury nocne są dopuszczane, jak najbardziej! Liczą się nawet podwójnie, szybciej można wyrobić potrzebne godziny.
Szpitale wymagają różnych dokumentów w procesie rekrutacji na praktyki. Takie informacje znajdzie się na stronie szpitala, dzwoniąc do osoby odpowiedzialnej za praktyki lub pocztą pantoflową od innych studentów.
Prawie wszystkie szpitale w Warszawie mają podpisaną umowę z Uniwersytetem, więc wystarczy wysłać mailowo (lub dostarczyć osobiście) ręcznie podpisane podanie z zakresem dat, skierowanie, potwierdzenie badań sanitarno-epidemiologicznych oraz potwierdzenie ubezpieczenia (OC medyczne i OP, resztę zapewnia uniwersytet). Studenci WUM korzystają najczęściej z tego ubezpieczenia (pakiet 3). W moim przypadku tyle wystarczyło. Wiem, że w innych szpitalach potrzeba było więcej dokumentów lub konkretne formularze podań do wypełnienia. Czasami potrzeba zgody oddziałowej, prezesa/dyrektora szpitala, więc trochę biegania jest, ale wszystko do zrobienia.
Następnym krokiem jest ustalenie dat dyżurów i pojawienie się na nich 😄.
Co należy zrobić w sytuacji, gdy praktyki chcemy odbywać poza Warszawą? Sprawa się odrobinę komplikuje, ponieważ szpital musi podpisać umowę z Uniwersytetem.
U mnie wyglądało to tak, że zaczęłam od wykonania telefonu do działu szkoleń w szpitalu, by dowiedzieć się, czy jest szansa na przyjęcie na dane oddziały i jakie mają być moje następne kroki.
Wysłałam wszystkie badania, ubezpieczenia, podanie zawierające wykaz oddziałów, godzin i zakres dat, w których jestem skłonna przyjść na dyżur oraz skierowania do dyrektor szpitala. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi zgłosiłam się do dziekanatu z prośbą o przygotowanie umowy, którą muszą podpisać obie strony, a po jednym egzemplarzu zostaje w każdej z jednostek.
Zanim dziekan podpisał moje dokumenty, zdążyłam pojechać na majówkę do domu. Później okazało się, że umowę muszę odebrać osobiście, więc pojechałam specjalnie do Warszawy (przy okazji przywożąc rower 💖), tego samego dnia wróciłam do Bielska, dwa dni później zawiozłam dokumenty do szpitala i znowu pojechałam do Warszawy, już na zajęcia. Jeden egzemplarz umowy odebrali i wysłali mi pocztą rodzice. Nie mają ze mną łatwo. Kolejnym krokiem będzie spotkanie się z oddziałową, aby ustalić konkretne daty dyżurów i pojawienie się na nich, ale to po sesji.
Na zakończenie praktyk na danym oddziale zbieramy podpisy w książeczkach (w kilku miejscach, żeby nie było za łatwo) i na skierowaniach. Skierowanie składamy w dziekanacie i voilà! Praktyki indywidualne zaliczone!
sobota, 19 czerwca 2021
czwartek, 27 maja 2021
Zaczynamy dzień od tulenia dzieci, czyli o oddziale patologii noworodka
Po pobycie na tym oddziale mam niedosyt. Niestety program nie przewiduje tam wiele godzin, zaledwie jeden tydzień, po 5 godzin dziennie. W porównaniu z salą porodową i patologią ciąży jest to niesłychanie mało.
Na patologii noworodka czułam się w miarę pewnie. Był to kolejny "schematyczny" oddział, tylko z noworodkami, głównie wcześniakami. Przerażało mnie jedynie pobieranie krwi u dzieci, ale akurat tego nie robiłyśmy, chyba nawet nie widziałam tej procedury. Pobierałam za to gazometrię, czyli nakłuwałam stópkę, aby pobrać krew włośniczkową. Nie było to takie przerażające. Położne z oddziału powiedziały mi, że bardzo łatwo się przyzwyczaić do kłucia noworodków, więc jakbym rozważała pracę tam, to nie ma się czego bać. Wierzę im z całego serca.
Na patologii noworodka znajdują się głównie wcześniaki, ale zdarzają się donoszone dzieci, u których punktacja Apgar nie była najlepsza. Część z noworodków znajduje się w inkubatorach zamkniętych, z czego u części wspomagany jest oddech (ale niekoniecznie są zaintubowane, takie leżą na intensywnej terapii noworodka). Dzieci w lepszym stanie leżą w zwykłych szpitalnych wózeczkach/łóżeczkach.
Nie wiem czy to z powodu wirusa, czy tak po prostu działa oddział, ale rodzice mogli odwiedzać swoje dzieci tylko na kilka godzin, większość co drugi dzień. Mamy przynosiły wtedy swoje odciągnięte mleko, karmiły piersią, donosiły ubranka, pieluszki i oczywiście kangurowały, tuliły się z dzieckiem. Mam nadzieję, że nigdy nie przekonam się jak trudne dla rodziców jest widywanie maluszka tylko przez chwilę dziennie, bolało mnie zwykłe patrzenie na takich rodziców.
Nawiązując do tytułu postu, należałoby wspomnieć o pierwszej godzinie na oddziale. Przychodziłyśmy na 8:00, akurat, by przygotować dzieci do karmienia. Część dzieci karmiona jest poprzez sondę, więc zakładałyśmy je im przez nosek. Następnie je przewijałyśmy i gdy nadeszła odpowiednia godzina, podłączałyśmy mleko do sondy. Jednak naszą ulubioną czynnością było karmienie dzieci butelką. Noworodki i niemowlaki wyglądają hipnotyzująco podczas jedzenia. Siadamy sobie wtedy z takim maluszkiem ułożonym w odpowiedniej pozycji, podajemy butelkę i obserwujemy jak sobie radzi. Młodszym dzieciom mleko czasami "ucieka" kącikami, ale z czasem się uczą łapać cały smoczek i jedzą "czysto". Po opróżnieniu butelki, układamy dziecko na ramieniu, aby mu się odbiło. Wszystkie dzieci mi wtedy zasypiały. Aż żal było odkładać je do łóżeczka. Zdecydowanie najlepsza część dnia.
Długo zastanawiałam się co oznacza, że dziecko "ulewa". Miałam ogólne pojęcie na ten temat, ale tylko tyle. Jeden pacjent dosadnie mnie uświadomił w temacie. 😂
Czekałyśmy na podgrzanie się mleka, gdy na całą salę komuś porządnie się odbiło. Podeszłam do maluszka zobaczyć, co się stało, a widok jaki zastałam, długo zostanie mi w pamięci. W mleku, które się ulało, był kocyk, prawie całe body, spodenki, czapeczka, dwie tetrowe pieluchy i poszewka na materacyk. Było ono dosłownie wszędzie. Nie wiedziałam jak dziecko ułożyć, by podczas przebierania nie pobrudzić nowych ubranek, a potem jak przebrać materacyk, jednocześnie trzymając na rękach maluszka. Koniec końców, wszystko się udało, a my zyskałyśmy kolejne zabawne wspomnienie z praktyk.
Z każdym oddziałem czuję coraz bardziej, że nie popełniłam błędu wybierając kierunek. Proporcjonalnie natomiast maleje moja wiedza na temat tego, na którym z nich dokładnie chcę pracować po studiach. 😕😂
Na patologii noworodka czułam się w miarę pewnie. Był to kolejny "schematyczny" oddział, tylko z noworodkami, głównie wcześniakami. Przerażało mnie jedynie pobieranie krwi u dzieci, ale akurat tego nie robiłyśmy, chyba nawet nie widziałam tej procedury. Pobierałam za to gazometrię, czyli nakłuwałam stópkę, aby pobrać krew włośniczkową. Nie było to takie przerażające. Położne z oddziału powiedziały mi, że bardzo łatwo się przyzwyczaić do kłucia noworodków, więc jakbym rozważała pracę tam, to nie ma się czego bać. Wierzę im z całego serca.
Na patologii noworodka znajdują się głównie wcześniaki, ale zdarzają się donoszone dzieci, u których punktacja Apgar nie była najlepsza. Część z noworodków znajduje się w inkubatorach zamkniętych, z czego u części wspomagany jest oddech (ale niekoniecznie są zaintubowane, takie leżą na intensywnej terapii noworodka). Dzieci w lepszym stanie leżą w zwykłych szpitalnych wózeczkach/łóżeczkach.
Nie wiem czy to z powodu wirusa, czy tak po prostu działa oddział, ale rodzice mogli odwiedzać swoje dzieci tylko na kilka godzin, większość co drugi dzień. Mamy przynosiły wtedy swoje odciągnięte mleko, karmiły piersią, donosiły ubranka, pieluszki i oczywiście kangurowały, tuliły się z dzieckiem. Mam nadzieję, że nigdy nie przekonam się jak trudne dla rodziców jest widywanie maluszka tylko przez chwilę dziennie, bolało mnie zwykłe patrzenie na takich rodziców.
Nawiązując do tytułu postu, należałoby wspomnieć o pierwszej godzinie na oddziale. Przychodziłyśmy na 8:00, akurat, by przygotować dzieci do karmienia. Część dzieci karmiona jest poprzez sondę, więc zakładałyśmy je im przez nosek. Następnie je przewijałyśmy i gdy nadeszła odpowiednia godzina, podłączałyśmy mleko do sondy. Jednak naszą ulubioną czynnością było karmienie dzieci butelką. Noworodki i niemowlaki wyglądają hipnotyzująco podczas jedzenia. Siadamy sobie wtedy z takim maluszkiem ułożonym w odpowiedniej pozycji, podajemy butelkę i obserwujemy jak sobie radzi. Młodszym dzieciom mleko czasami "ucieka" kącikami, ale z czasem się uczą łapać cały smoczek i jedzą "czysto". Po opróżnieniu butelki, układamy dziecko na ramieniu, aby mu się odbiło. Wszystkie dzieci mi wtedy zasypiały. Aż żal było odkładać je do łóżeczka. Zdecydowanie najlepsza część dnia.
Długo zastanawiałam się co oznacza, że dziecko "ulewa". Miałam ogólne pojęcie na ten temat, ale tylko tyle. Jeden pacjent dosadnie mnie uświadomił w temacie. 😂
Czekałyśmy na podgrzanie się mleka, gdy na całą salę komuś porządnie się odbiło. Podeszłam do maluszka zobaczyć, co się stało, a widok jaki zastałam, długo zostanie mi w pamięci. W mleku, które się ulało, był kocyk, prawie całe body, spodenki, czapeczka, dwie tetrowe pieluchy i poszewka na materacyk. Było ono dosłownie wszędzie. Nie wiedziałam jak dziecko ułożyć, by podczas przebierania nie pobrudzić nowych ubranek, a potem jak przebrać materacyk, jednocześnie trzymając na rękach maluszka. Koniec końców, wszystko się udało, a my zyskałyśmy kolejne zabawne wspomnienie z praktyk.
Z każdym oddziałem czuję coraz bardziej, że nie popełniłam błędu wybierając kierunek. Proporcjonalnie natomiast maleje moja wiedza na temat tego, na którym z nich dokładnie chcę pracować po studiach. 😕😂
wtorek, 6 kwietnia 2021
Sala porodowa i tysiąc różnych emocji
Niesamowicie się bałam tego oddziału. Szczerze mówiąc, to dalej nie jestem najspokojniejsza idąc na dyżur. Sala porodowa to miejsce, gdzie nigdy nie wiesz, co się wydarzy, czy się wydarzy, ani w jakim tempie.
W szpitalu na Bródnie uczestniczyłam w 4 porodach, a na moje ręce na świat przyszło troje dzieci, Wiktor, Eryka i Laura.
Uczestniczyłam również w kilku cesarskich cięciach jako "brudna" instrumentariuszka (czyli ta, która nie ma sterylnych rękawiczek i wyrzuca sterylnie potrzebne rzeczy na stolik, cewnikuje pacjentkę.
Pierwszy poród, przy jakim byłam (i który przyjęłam na cztery ręce razem z położną) był dla mnie fascynujący, wręcz magiczny. Z pacjentką nawiązałam naprawdę fajny kontakt, poród położna prowadziła łagodnie i powoli, pacjentka z nami wspaniale współpracowała. Naprawdę życzę każdemu takiego pierwszego zetknięcia z narodzinami.
Nie łudźcie się, że ja dokładnie wiedziałam, co mam robić i gdzie kiedy stać. Plątałam się położnej pod nogami jak mały intruz, nie wiedziałam kiedy dokładnie się umyć, kiedy rozłożyć zestaw do porodu, łóżko. W przyjęciu łożyska też potrzebowałam pomocy, bo miałam wrażenie, że mi wypadnie z rąk. Fantomy jednak nie oddają rzeczywistości we właściwy sposób. Teorię mogę sobie znać, przydaje się bardzo, ale praktyka to zupełnie inny świat, pełen zaskoczeń.
Na zajęciach akademickich, gdy uczymy się całej "otoczki" porodu, to uczymy się tego powoli, w pełni skupieni uważamy na to, co robimy. Na sali porodowej trzeba zdecydowanie przyspieszyć. Tak przynajmniej z 10 razy.
Drugi poród, w którym uczestniczyłam, dział się tak szybko, że mało co z niego pamiętam. Pacjentka na izbie miała rozwarcie na 8 cm, u nas na oddziale od razu 10 i wytaczającą się głowę. Nikt się nie zdążył porządnie ubrać, potrzebowałyśmy z położną dodatkowych par rąk do pomocy, bo czas nas gonił, ja jeszcze nie do końca wszystko ogarniałam (mój drugi poród - miałam prawo), a pacjentka nie współpracowała. W momencie, gdy w największym stresie życia w końcu założyłam (oczywiście za duże o 3 rozmiary) sterylne rękawiczki, dziecko było już na świecie, ja jedynie pomogłam tacie przeciąć pępowinę i przyjęłam łożysko.
W jakimś stopniu jestem perfekcjonistą, bardzo nie lubię, gdy nie wiem, co mam robić, gdy coś mi nie wychodzi kolejny raz (choć mam pełną świadomość, że dopiero się uczę i ma prawo), albo potrzebuję pomocy ze względu na moją niekompetencję. Podczas tego porodu byłam chyba najbardziej zagubionym i zdenerwowanym człowiekiem na ziemi. Byłam też (niesłusznie) zła na siebie, bo choć bardzo chciałam i starałam się robić co do mnie należy, nie dawałam rady. Podczas tego porodu po raz pierwszy, przez dosłownie kilka sekund pomyślałam sobie, że może położnictwo nie jest dla mnie. W domu musiałam odreagować (więc klasycznie coś upiekłam 😂) i odespać to wydarzenie, by pełna nowych sił i motywacji wrócić dwa dni później na kolejny dyżur. 😅
Trzeci i czwarty poród to znowu przyjemny i magiczny świat. Podobno po trzecim wyszłam z sali jak odmieniony człowiek i cały dzień emanowałam dumą z samej siebie. Tak też się czułam. Gdy koleżanka postanowiła mi zademonstrować moje wyjście z sali, popłakałam się ze śmiechu.
Z każdym porodem zyskuję większą pewność siebie, moich decyzji i działania. Myślę, że gdyby następny poród był w stylu tego drugiego, to już bym sobie poradziła. Nie idealnie, ale poradziłabym sobie. Ale nie chcę tego sprawdzać! 😜
Na koniec ponarzekam jeszcze na studentów kierunku lekarskiego, którzy wchodzą na salę, by zobaczyć poród. Wiem, że muszą mieć jakieś doświadczenie i jakiekolwiek pojęcie na temat przyjęcia porodu siłami natury, ale serio, niech siedzą w jego trakcie cicho, ich obecność dla nas, studentek położnictwa, jest wystarczająco stresująca. Po przyjęciu łożyska czekałam z ocenieniem go na położną, bo mogłabym czegoś nie zauważyć, uszkodzić je. Powtarzałam sobie w głowie, co mam zrobić i w tym momencie nachyla się do mnie student lek-u i mówi mi wyniośle "łożysko musisz ocenić". No co ty nie powiesz człowieku. W tamtej chwili, na temat oceny łożyska, miałam większą wiedzę niż on. Pewność siebie zdecydowanie odwrotnie...
Osobiście odnoszę wrażenie, że pacjentkom nie za bardzo podoba się tak liczna "widownia" w postaci studentów przy porodzie, ale wstydzą się o tym powiedzieć. Kim innym jest studentka, która zajmuje się pacjentką dłuższy czas, wspiera ją, przyjmuje poród lub asystuje przy nim, czy lekarz który stoi na sali "w razie czego", a kim innym są studenci (niezależnie od kierunku), którzy stoją i nic nie robią.
Chciałam właśnie napisać, że nigdy nie weszłabym na salę, gdybym była tam zbędna. Potem przypomniałam sobie, że niewiele brakowało, bym raz dołączyła do grona niepotrzebnych gapiów. U pacjentki mojej koleżanki musiało zostać wykonane ręczne wydobycie łożyska, którego nigdy na żywo nie widziałam. Położna ustawiła mnie w rogu sali, abym obserwowała zabieg. Chyba mi trochę ulżyło, gdy mąż pacjentki poprosił, by na sali zostało mniej osób, przez co wszyscy studenci (łącznie 6 osób) wyszli. Czułam się tam co najmniej nie na miejscu, jakbym wchodziła z butami w czyjś prywatny, intymny świat. Kto wie, może "zbędna widownia" przy porodzie fizjologicznym ma podobne odczucia jak ja?
Chciałam właśnie napisać, że nigdy nie weszłabym na salę, gdybym była tam zbędna. Potem przypomniałam sobie, że niewiele brakowało, bym raz dołączyła do grona niepotrzebnych gapiów. U pacjentki mojej koleżanki musiało zostać wykonane ręczne wydobycie łożyska, którego nigdy na żywo nie widziałam. Położna ustawiła mnie w rogu sali, abym obserwowała zabieg. Chyba mi trochę ulżyło, gdy mąż pacjentki poprosił, by na sali zostało mniej osób, przez co wszyscy studenci (łącznie 6 osób) wyszli. Czułam się tam co najmniej nie na miejscu, jakbym wchodziła z butami w czyjś prywatny, intymny świat. Kto wie, może "zbędna widownia" przy porodzie fizjologicznym ma podobne odczucia jak ja?
Po 8 dyżurach stwierdzam, że odnalazłabym się w pracy na sali porodowej. Byłoby to dla mnie duże wyzwanie, ponieważ musiałabym wyjść ze swojej "strefy komfortu", czyli uporządkowanej, bardziej przewidywalnej pracy na oddziałach takich jak patologia ciąży, czy położnictwo. Rok temu zdecydowanie bardziej wiedziałam na jakich oddziałach ewentualnie widzę się w przyszłości. Obecnie widzę jedynie ogromny wachlarz możliwości. Co wybiorę, to pokaże przyszłość.
poniedziałek, 22 marca 2021
Patologia ciąży
Ponad tydzień temu ukończyłam praktyki na pierwszym z oddziałów, które muszę poznać w 4 semestrze.
Nie ukrywam, że kiedyś (dawno i nieprawda) myślałam, że patologia ciąży to nudny oddział, bo nie ma dzieci i rodzących, mało autonomii, wykonujemy czynności czysto pielęgniarskie. Jak bardzo się myliłam!!
Jak już poprzednio wspomniałam, oddział niesamowicie mi się podobał. Nie wiem, czy w każdym szpitalu, ale na "Żwirkach" dużo się na patologii dzieje, jest wiele przyjęć, przekazywania czy wypisywania. Miałyśmy to szczęście, że naprawdę wiele czynności mogłyśmy samodzielnie wykonywać.
Pobieranie krwi nie sprawia mi już trudności (chyba, że żyły są naprawdę trudne albo pacjentka jest obrzęknięta - wtedy NIC nie widać i ledwo czuć), zakładanie wenflonu na dłoń muszę zdecydowanie poćwiczyć, trafiłam na naprawdę niełatwe przypadki, więc było trudno, ale gdy pacjentka miała piękne żyły, była dobrze nawodniona, to wkłułam się za pierwszym razem, bez najmniejszych problemów. Przygotowałam też tyle antybiotyków, iż mam wrażenie, że jestem je w stanie zrobić przez sen. Pięć razy asystowałam przy zakładaniu cewnika Foley'a do preindukcji porodu, raz byłam przy zakładaniu Pessara na szyjkę (jego rozmiar był dla mnie szokiem, naprawdę współczuję pacjentkom momentu zakładania go, bo jest on naprawdę bolesny).
Niektóre pacjentki, ze względu na stan zdrowia, swój lub dziecka, leżą na oddziale patologii dłuższy czas. Z kilkoma z nich nawiązałyśmy naprawdę fajny kontakt, aż smutno było się potem pożegnać. Podłączanie KTG czy wysłuchiwanie maluchów sprzyja rozmowom, ponieważ czasami znalezienie FHR to prawdziwe wyzwanie, szczególnie we wczesnych ciążach. Naprawdę wiele razy spędzałyśmy dłuższą chwilę w jednej sali, bo opiekując się pacjentką, tak swobodnie nam się rozmawiało, że się zagadałyśmy.
Właściwie umiejętność rozmowy z pacjentkami, a nawet ich zagadywanie bardzo się przydaje. Wbrew temu, co mówią, nie wszystkie znoszą pobieranie krwi "bardzo dobrze". Widać po nich stres, zaciśnięte zęby, jeszcze zanim zdążymy zbliżyć igłę do skóry. Szczególnie gdy usłyszą, że jesteśmy studentkami. Rozumiem to, ja sama nie znoszę, gdy ktoś musi na mnie wykonać jakiś zabieg. Odwracam wówczas głowę i staram się myśleć o czymś innym, o tym co pomaga. Do tego samego staram się namówić pacjentki. Rozmawiamy wtedy o maluchu, starszych dzieciach, nawet o ich zawodzie. Pamiętam, że do jednej z nich, wyjątkowo zdenerwowanej, nawijałam jak katarynka, gdy moja koleżanka przygotowywała się i pobierała krew. Wydaje mi się, że pacjentkę uspokoiłam, choć może była po prostu zaskoczona ilością słów, które wypowiedziałam w ciągu 30 sekund. Ja na pewno byłam… :)
Pacjentki są bardzo różne. Od tych, które przyjmują bardzo roszczeniową postawę, poprzez rozgadane, zamknięte w sobie, po takie, które najchętniej by nas przeprosiły za to, że musimy się w ich słabe żyły wkłuć.Jednak nie mnie oceniać ich postawę. Każdy z nas reaguje inaczej na nieprawidłowości, każdy ma inną potrzebę ilości i jakości opieki, każdy się boi i denerwuje na własny sposób. Nigdy do końca nie wiemy, w jakim środowisku pacjentka na co dzień żyje, co nią kieruje, jakie historie ciążowo-porodowe (i na ile rzetelne) do niej dotarły. Każdą pacjentkę traktujemy z należytym szacunkiem i oferujemy jej najlepszą możliwą opiekę, nie ignorując żadnych, nawet najbardziej nieprawdopodobnych dolegliwości. To jest rola położnej, wspierać, nie oceniać.
Czasami patrząc na uśmiechniętą, rozgadaną i pozytywnie nastawioną pacjentkę, można się naprawdę zdziwić, jak wiele schorzeń u niej występuje i co znajdziemy w historii jej choroby. Podziwiam takie kobiety.
Zastanawiałam się ostatnio, czy gdybym trafiła na inną grupę, to dyżurowałoby mi się równie dobrze. W naszej grupie współpracuje nam się naprawdę bezproblemowo, nie utrudniamy sobie życia, powiedziałabym wręcz, że robimy, co możemy, by je ułatwić, gdy sytuacja tego wymaga, pomagamy sobie, podpowiadamy. Na szczęście wszystkie jesteśmy “ogarnięte” i wystarczająco zorganizowane, więc szybko dzielimy się pracą, ustaliłyśmy nawet sobie kolejkę, według której wykonujemy procedury, by nic żadnej z nas nie ominęło. Wydaje mi się, że położne doceniają tę naszą pracę zespołową i to, że garniemy się do pracy i pomocy. Ufają nam przez to bardziej, a co za tym idzie - pozwalają zrobić więcej !
Na patologii ciąży spędziłyśmy sześć 12-godzinnych dyżurów, miałyśmy także kilka godzin zajęć zdalnych/seminaryjnych. Gdy nareszcie zaczęłam się czuć na oddziale "jak u siebie", musiałam go pożegnać, aby zacząć praktyki w innym miejscu. Przed sobą mam jeszcze kilka oddziałów. Następny? Sala porodowa. Trzymajcie kciuki!
wtorek, 16 marca 2021
Awersja względem komputera
Jak zwykle napisałam coś i nie pamiętałam, by sprawdzić i opublikować…
Zdalne nauczanie było dla mnie męczące w tak dużym stopniu, że nie mogłam nawet patrzeć na komputer, a sama myśl o tym, że muszę go uruchomić podczas ferii, napawała mnie odrazą i zniesmaczeniem (mimo że nie używałam go wtedy do nauki). W sumie wiele się nie zmieniło, dalej otwieram go w ostateczności. Po tym roku laptop kojarzy mi się jedynie z obowiązkami i nauką. Do tej pory, w podróży zawsze sobie coś oglądałam, jakoś musiałam sobie zająć te 3-5 godzin jazdy. Nie wymaga to ode mnie większego zaangażowania umysłowego, uważałam oglądanie za odprężające zajęcie. Obecnie komputer jedzie sobie grzecznie w walizce, a ja spędzam czas czytając lub po prostu patrząc w okno. Wszystko, byle nie patrzeć w ekran. Wolę nawet nie myśleć, jak bardzo pogorszył się mój wzrok. Chyba powinnam ponownie zacząć nosić okulary (mam naprawdę minimalną wadę, -0,5), a może nawet powinnam się wybrać do okulisty na kontrolę? Chyba wszyscy powinniśmy o tym pomyśleć.
Na szczęście 4 semestr jest głównie stacjonarny, zajęcia odbywają się w szpitalach. Realizowane tam przedmioty to PiOP, na oddziale patologii ciąży, TPiPP na bloku porodowym, chirurgia, choroby wewnętrzne na oddziale internistycznym, pediatria, neonatologia. Poza tym mamy kilka zajęć na Teamsie lub stacjonarnie. Są nimi angielski, diagnostyka medyczna, ćwiczenia z farmakologii oraz wf.
W tym semestrze zostałyśmy podzielone na mniejsze grupki, nazwane a-f, po 3-4 osoby. W tych grupkach wchodzimy na dyżur. Tyle dobrego z wirusa, gdyby nas było więcej, to dużo bardziej byśmy się nudziły, mniej procedur każda z nas by wykonała. Ta mała ilość osób na dyżurze powinna już zostać na stałe, bo naprawdę dobrze się tak pracuje.
Jestem już po pierwszym oddziale, w moim wypadku patologii ciąży, ale tak bardzo mi się tam podobało, że należy się temu osobny wpis.
Potrzebowałam tych (odległych już) ferii. Przez niezaliczoną anatomię nie odpoczęłam w czasie wakacji, a przynajmniej nie psychicznie.
Zdalne nauczanie było dla mnie męczące w tak dużym stopniu, że nie mogłam nawet patrzeć na komputer, a sama myśl o tym, że muszę go uruchomić podczas ferii, napawała mnie odrazą i zniesmaczeniem (mimo że nie używałam go wtedy do nauki). W sumie wiele się nie zmieniło, dalej otwieram go w ostateczności. Po tym roku laptop kojarzy mi się jedynie z obowiązkami i nauką. Do tej pory, w podróży zawsze sobie coś oglądałam, jakoś musiałam sobie zająć te 3-5 godzin jazdy. Nie wymaga to ode mnie większego zaangażowania umysłowego, uważałam oglądanie za odprężające zajęcie. Obecnie komputer jedzie sobie grzecznie w walizce, a ja spędzam czas czytając lub po prostu patrząc w okno. Wszystko, byle nie patrzeć w ekran. Wolę nawet nie myśleć, jak bardzo pogorszył się mój wzrok. Chyba powinnam ponownie zacząć nosić okulary (mam naprawdę minimalną wadę, -0,5), a może nawet powinnam się wybrać do okulisty na kontrolę? Chyba wszyscy powinniśmy o tym pomyśleć.
Na szczęście 4 semestr jest głównie stacjonarny, zajęcia odbywają się w szpitalach. Realizowane tam przedmioty to PiOP, na oddziale patologii ciąży, TPiPP na bloku porodowym, chirurgia, choroby wewnętrzne na oddziale internistycznym, pediatria, neonatologia. Poza tym mamy kilka zajęć na Teamsie lub stacjonarnie. Są nimi angielski, diagnostyka medyczna, ćwiczenia z farmakologii oraz wf.
W tym semestrze zostałyśmy podzielone na mniejsze grupki, nazwane a-f, po 3-4 osoby. W tych grupkach wchodzimy na dyżur. Tyle dobrego z wirusa, gdyby nas było więcej, to dużo bardziej byśmy się nudziły, mniej procedur każda z nas by wykonała. Ta mała ilość osób na dyżurze powinna już zostać na stałe, bo naprawdę dobrze się tak pracuje.
Jestem już po pierwszym oddziale, w moim wypadku patologii ciąży, ale tak bardzo mi się tam podobało, że należy się temu osobny wpis.
Subskrybuj:
Posty (Atom)