czwartek, 24 lutego 2022

Osoby towarzyszące

Niezmiernie się cieszę, że żyjemy w czasach, gdy kobieta może rodzić w obecności wybranej przez siebie osoby towarzyszącej.  Niemniej uważam, że nie każdy partner nadaje się do tego zadania. W chwili obecnej mam za sobą 43 dyżury na sali porodowej i "przerobiłam" wielu przyszłych tatusiów. Tylko raz zdarzyło mi się, by osobą towarzyszącą był ktoś inny, wtedy akurat mama pacjentki. Skupię się jednak na partnerach płci męskiej.

Sala porodowa to miejsce, gdzie można naprawdę zobaczyć jak ludzie się kochają. Wielu parom szczerze zazdroszczę relacji. Wsparcie, jakie kobieta dostaje od partnera w przeciągu tych kilku, kilkunastu godzin porodu jest niesamowite. Współpracowałam kiedyś z cudownym młodym małżeństwem i nie macie pojęcia, jak bardzo żałowałam, że dziecko było nieprawidłowo położone, przez co konieczne było cesarskie cięcie. To byłby piękny poród drogami natury. 

Przyznam się, że kiedyś, przed praktykami, przed studiami, nie wyobrażałam sobie rodzić z partnerem. Uważałam, że będzie się plątał pod nogami i przeszkadzał. Teraz wiem, że zupełnie by mi jego obecność nie przeszkadzała. Ba! Nawet bym się cieszyła, gdyby zdecydował się wspierać mnie przez cały czas. 

Partnerzy są różni. Jedni podchodzą do porodu zadaniowo, przypominają o piciu wody, liczą czas pomiędzy skurczami i długość ich trwania, inni oddychają razem z rodzącą, wspierają fizycznie przy zmianie pozycji, łagodnym głosem wspierają mentalnie. Jeszcze innych ja miałabym ochotę wyprosić z sali, ponieważ ich wizja wsparcia jest dla mnie przytłaczająca, czasem wręcz apodyktyczna, ale na tym etapie to pacjentka decyduje czy dane towarzystwo jej odpowiada, to w końcu ona wybrała takiego, a nie innego partnera (lub partnerkę). W trakcie moich praktyk tylko raz osoba towarzysząca była bliska omdlenia, co zabawne, podczas podawania znieczulenia, nie podczas narodzin. 

Jak pewnie się spodziewacie, kobieta w trakcie porodu potrafi reagować na ból i zmęczenie zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Pacjentki potrafią kląć (jak szewcy!), choć nigdy tego nie robiły, potrafią wyzywać partnerów i zarzekać się, że to ostatnie dziecko, chyba że to nie one będą rodzić, potrafią naprawdę głośno krzyczeć (co może być pomocne, więc nam, personelowi,  zazwyczaj nie przeszkadza). 
Raz pacjentka w przypływie emocji, podczas skurczów partych, wysłała nawet męża na wazektomię 😅

Jak na to reagują partnerzy?
Większość z nich bardzo pozytywnie, są nastawieni, że usłyszą swoje, że taki urok porodu rodzinnego, podchodzą do wszystkiego ze spokojem, humorem. Czasami zamykają się w sobie i siedzą cichutko w kącie, tak bardzo są zaskoczeni intensywnością przeżyć, czasami starają się być jeszcze bardziej pomocni skacząc dookoła partnerki, powtarzając nasze polecenia i rady jak mantrę. Zdarzają się panowie, którzy podglądają naszą pracę bardzo wnikliwie i obserwują wytaczanie się główki z zaszklonymi oczami, ale jednak częściej znajdują sobie miejsce u wezgłowia łóżka zbliżając się odrobinę, by przeciąć pępowinę. Niekiedy zdarza się, że osoby towarzyszące są wobec personelu oschłe, wymagają cudów, podnoszą na nas głos. Tego nie lubimy, choć zdajemy sobie sprawę, że to głównie emocje przemawiają za zachowaniem. Nie moją winą jest, że boli, że długo trwa i partnerka nie ma siły, a anestezjolog nie może w tej chwili podać znieczulenia, bo jest przy zabiegu. Położne i lekarze robią naprawdę wszystko, co mogą, by pacjentka urodziła w jak najmniejszym bólu, z jak najmniejszymi obrażeniami i możliwie szybko. 

Niemniej jednak, do tej pory każdy, ale to każdy tatuś rozpływał się nad widokiem swojego maluszka, duża część płakała. Kilku mężczyzn dziękowało, nawet na kolanach, swoim ukochanym za włożony wysiłek, za danie im dziecka, słowa "kocham cię" przewijały się wtedy w co drugim zdaniu. 
Jest to chyba mój drugi w kolejności (zaraz po przyjęciu dziecka i podaniu mamie) ulubiony moment porodu. Relaksuje mnie, napawa dobrym humorem, optymizmem.
Jak tu nie kochać pracy na sali porodowej?

piątek, 11 lutego 2022

Ostatni semestr na horyzoncie

Czas płynie nieubłaganie szybko. Zanim się obejrzałam, minął cały zimowy semestr i mamy ferie. 
Oswoiłam się już z myślą, że moje studia licencjackie dobiegają końca, znalazłam pacjentkę i zdecydowałam się na temat pracy licencjackiej. Jestem nawet w trakcie jej pisania. Ciągle jednak nie dociera do mnie, że za 6 miesięcy będę już dyplomowaną położną. To ciągle brzmi surrealistycznie, a ja nie czuję się na to gotowa. 

Trzeci rok jest dla mnie zupełnie inny. Zajęć akademickich mamy dużo mniej, przez co znalazłam czas na aktywności typu praca czy zajęcia taneczne, za którymi bardzo tęskniłam. Z drugiej strony wisi nade mną widmo praktyk indywidualnych, które należy zaliczyć bodajże do maja. Ja do tej pory zaliczoną mam już salę porodową, anestezjologię oraz kończę najdłuższą ginekologię. Została mi psychiatria i POZ, które załatwię początkiem letniego semestru. Wszystko pod kontrolą, choć mam nadzieję, że do końca marca wyrobię wszystkie godziny i będę się mogła skupić na pisaniu pracy, nauce do największej sesji na studiach i do dyplomu.

Choć mam dużo wolnego czasu od uczelni, to potrzebowałam świąt i wolnego, tak samo teraz potrzebuję ferii. Dwa tygodnie poprzedzające święta męczyłam  się z przeziębieniem (a jak wszyscy wiedzą, na WUM nie można chorować, bo odrabianie zajęć jest wyjątkowo trudne, o ile w ogóle możliwe), a co za tym idzie, miałam coraz mniej motywacji i siły do interesowania się uczelnianymi sprawami, wliczając w to pisanie pracy licencjackiej, wyszukiwanie artykułów, czytanie książek z interesującej mnie dziedziny. Plan był taki, by w nowym roku wrócić pełna energii i zapału, po czym skończyć studia w terminie. Na razie jego realizacja przebiega pomyślnie, choć przed feriami znowu zaczęło mnie zbierać na chorobę. Pandemiczne czasy sprawiają, że za każdym razem, gdy się gorzej czuję, kaszlę i smarkam, to robię sobie test antygenowy na COVID 19. Na razie wszystkie negatywne! 😁 Jeszcze trochę i będę te testy robić delikatnie i bezboleśnie...
10 dni ferii spędzam u rodziców, aby nabrać energii i motywacji na ostatni, najintensywniejszy semestr. Plan na te 10 dni? Dużo snu, narty, gry planszowe, czytanie rekreacyjne i niestety pisanie pracy licencjackiej.

W grudniu uderzyła mnie myśl, że po raz ostatni miałam w czasie świąt w  pełni wolne. Będąc młodą położną, pracującą w szpitalu, trzeba się liczyć z tym, że w święta dostaje się dyżur, lub nawet dyżury. Później prawdopodobieństwo trzech wolnych dni również jest naprawdę małe :/  Jak nie mam problemu z tym, by pracować w sylwestra, Święta Wielkanocne, majówkę, weekendy, to jednak święta Bożego Narodzenie lubię najbardziej i chyba dyżury w tym czasie to jeden z największych minusów tej pracy.  

Przy okazji, pochwalę się! Od połowy stycznia mam wyrobioną wymaganą ilość porodów do dyplomu! Na WUM są dwie opcje, albo 40 przyjętych porodów, albo 30 przyjętych porodów i 20 asyst. Ja wybrałam drugą opcję, bo uznałam, że będzie mi to łatwiej uzbierać. Asystą możemy nazwać nie tylko asystowanie położnej przy porodzie, ale również opiekę nad pacjentką przez większą część dyżuru, poród zakończony vacuum, kleszczami lub cięciem cesarskim. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego tak mało osób wybiera tę opcję, mnie się opłaciła, na ostatnie dyżury chodziłam dużo spokojniejsza i nie musiałam się starać o wolontariat.
Dziwnie mi z myślą, że skończyłam swoje studenckie czasy na sali porodowej (chyba, że będę tam zdawać dyplom). Im bliżej dyplomu, tym bardziej jestem świadoma ile mam braków, ile jeszcze muszę się nauczyć. Szkoda, że nie mamy więcej zajęć praktycznych albo stażu po studiach. 







poniedziałek, 11 października 2021

Szalona, czy ambitna studentka?

Odrobinę się stresowałam praktykami w moim rodzinnym mieście. Nie znałam szpitala, nie wiedziałam jakie czynności będę mogła wykonywać, ile studentek będzie jednocześnie na oddziale. 

Przeliczyłam pozostałe wymagane godziny praktyk na dyżury i wyszło mi ich 33. Biorąc pod uwagę, że miesiąc ma 31 dni, to wizja wolnych wakacji wyglądała dosyć marnie. Na patologii ciąży robiłam tylko dniówki, tak zaleciła oddziałowa, a nocy na porodówce nie chciałam liczyć podwójnie,  ponieważ zależy mi na zdobyciu jak największego doświadczenia (i jak największej liczbie przyjętych porodów).

 Na moje szczęście do tego szpitala nie aplikowało wiele studentek położnictwa, dlatego oddziałowa dała nam pełną dowolność w terminach dyżurów. Dzięki temu, wbrew rozsądkowi, ustawiłam sobie dyżury na patologii ciąży prawie codziennie. Na oddziale okrzyknięto mnie przez to szaloną studentką. Jako jedyna robiłam "dwunastki" kilka dni pod rząd. Dzięki temu  przynajmniej miałam wolny wrzesień! 

Od sierpnia zaczęłam praktyki na sali porodowej w systemie "dzień, noc, przerwa". Nocne dyżury są różne, na jednych nie zmrużyłam oka przez całe 12 godzin, a inne przespałam prawie w całości. Raz miałam taką idealną, wymarzoną, nockę. Zanim wybiła 23:00 przyjęłam 3 porody, a po odwiezieniu ostatniej pacjentki na oddział położniczy mogłyśmy z położnymi pospać do rana, ponieważ nie było żadnego przyjęcia. 
Lubię salę porodową. Z każdym dyżurem coraz bardziej przekonuję się do pracy na tym oddziale, więcej wiem i rozumiem. Położne, z którymi przyszło mi pracować, to cudowne kobiety, tłumaczą po sto razy, podpowiadają, dzielą się doświadczeniem, pozwalają przyjmować porody, chętnie podbijają książeczkę. 

Lekarze natomiast są różni, w większości również są przyjaźnie (a przynajmniej neutralnie) do mnie, jako studentki położnictwa, nastawieni.

Jeden młody rezydent, któremu asystowałam m.in. przy szyciach, specjalnie dla mnie dokładnie opisywał i pokazywał co z czym łączy, w jaki sposób i dlaczego. Tak naprawdę sam dopiero zaczynał się uczyć i wiedział jak ważne są dokładne wskazówki. Szkoda, że przez większość czasu miał urlop, bo kto wie, może zaliczyłabym pierwsze szycie pacjentki? 

Z drugiej strony, miałam kiedyś dosyć nieprzyjemną sytuację na sali cięć cesarskich. Stałam do cięcia jako "brudna" (w ramach sali porodowej zaliczałam też chirurgię), a jednym z moich zadań było liczenie zużytych chust i gazików. Raz, jeden gazik z mycia brzucha pacjentki się zgubił. Przeszukałam pięć razy miskę, gdzie powinien być, nasz kosz na śmieci, milion razy sprawdziłam czy nie skleiły się dwa gaziki, po podłodze się prawie czołgałam w poszukiwaniu tego zagubionego, ale gazika dalej nie było. Wszyscy byli zdenerwowani, ze mną na czele, ale w momencie, gdy pani doktor rzuciła, że "jako brudna powinna stać położna, a nie studentka, bo takie sytuacje później mają miejsce", to zrobiło mi się bardzo przykro, tym bardziej, że to naprawdę nie była moja wina (no, może mogłam zgłosić trochę szybciej, że mi jednego brakuje). Koniec końców, gazik znalazłam w koszu zespołu anestezjologicznego. Trafił tam podczas mycia, choć nie powinien. Z grzeczności nie napiszę, kóry z lekarzy mył pacjentkę i mnie później nie przeprosił. 

Mam wrażenie, że podczas wakacji mieszkałam w szpitalu, a w domu jedynie spałam 😂 Gdyby nie fizyczne zmęczenie (robiłam na dyżurze między 6, a 12 tysięcy kroków) i wstawanie o 5:20, to w ogóle by mi to nie przeszkadzało! Większości moich pacjentek nie sposób było nie lubić, w dyżurce czuję się jak wśród swoich, tak dobrze mi się rozmawia i współpracuje z położnymi. Szczerze mówiąc, to żal mi było opuszczać oddział.

Gdy w szpitalu przyznawałam się, że studiuję w Warszawie, wszyscy byli ciekawi, dlaczego uciekłam tak daleko, a potem pytali jak wyglądają szpitale w stolicy. Część pytała również, czy miałam zajęcia w szpitalu św. Zofii, czyli na Żelaznej. Radośnie opowiadam wtedy o pięknym porodzie w Domu Narodzin, w którym miałam szczęście uczestniczyć. 

Oddziały i praca na nich nie różnią się wiele od tych, które widziałam w Warszawie, co czasami dziwi położne. Zaskoczyło mnie jedynie to, że do położnych należy ścielenie umytych łóżek oraz rozwożenie posiłków. Anegdotka: "warszawska szkoła" ścieli łóżka inaczej, idąc przez oddział byłam w stanie powiedzieć, które łóżka ubrałam ja, a które ktoś inny.

Sala porodowa to powiew nowości z 2000 roku. Zgodnie z opowieściami mojej mamy i położnych wtedy luksusem były boksy z zasłonką z jednej strony, ponieważ gdzie indziej były sale wieloosobowe z kotarkami. Obecnie łóżka i KTG są oczywiście nowe, opieka również jest na bardzo wysokim poziomie. Używane są wszystkie możliwe udogodnienia, czyli piłka, krzesełko porodowe, wanna, prysznic, pozycje wertykalne w pierwszym i na początku drugiego okresu porodu. Jedyne, czego mi brakowało, to osobne sale dla rodzących (a nie boksy) oraz wanna/prysznic na każdej sali. Chociaż nie ukrywam, że dla nas, położnych, boksy z zasłonką to całkiem wygodne rozwiązanie, ciągle widzimy pacjentki (one siebie nawzajem nie), słyszymy co się u nich dzieje, jak zmienia się ich sposób oddychania. Jednak komfort pacjentki jest zupełnie inny, gdy sala jest zamykana i to powinno być naszym priorytetem. Brakowało mi również znieczuleń do porodu, ale niestety ilość anestezjologów jest zbyt mała, by mogło to być standardem.

Końcem sierpnia spędziłam 3 dyżury na patologii noworodka i na intensywnej terapii. Pierwszego dnia nie zabrałam swetra, bo przecież dzieci muszą mieć ciepło, więc wytrzymam w krótkim rękawku. Owszem, muszą, w inkubatorze. Dawno tak nie zmarzłam, jak tego pierwszego dnia. 
Karmiłam dzieci, przewijałam je, przyglądałam się pobieraniu krwi, szczepieniom, podawaniu leków, przyjęciom, ale moim głównym zajęciem było uspokajanie jednego malucha, który ze względy na swoją przypadłość był bardzo drażliwy na bodźce zewnętrzne. Nie narzekałam, czułam się potrzebna, a maluszek był uroczy. Po sali porodowej ten oddział wydawał mi się bardzo spokojny, monotonny, choć wiem, że może być taka sytuacja, że nie wiadomo w co ręce włożyć, tym bardziej na OITN.

Ostatnie 3 dyżury, już we wrześniu, spędziłam na oddziale chorób wewnętrznych i diabetologii. Bałam się tego oddziału, bo to zupełnie inne środowisko, nigdy nie byłam na internie. Nie było czego, bo pielęgniarki traktowały mnie bardzo fajnie, a ze względu na to, że będę położną, to nawet trochę ulgowo. 
Tutaj byłam przydzielona do jednej pielęgniarki i robiłam wszystko z nią. Rozwoziłyśmy posiłki i pomagałyśmy jeść pacjentom, którzy tego wymagali, wykonywałyśmy toaletę pacjentów (chwała niebiosom za specjalne szmatki i pianki do mycia, chociaż trochę niwelują zapachy), zmieniałyśmy pościel, zawoziłyśmy ich na badania, przygotowywałyśmy leki i kroplówki, jednego dnia nawet naciągałam i podawałam insulinę. 
Powiem tak, przeżyłam, cieszę się, że wybrałam położnictwo i podziwiam wszystkie pielęgniarki, bo mają ciężką pracę. Nie mówię, że położne mają łatwo, ale jest to naprawdę inny świat. Dla porównania, prawie wszystkie pielęgniarki mówiły mi, że podziwiają położne, bo one nie dałyby rady pracować przy porodach i zobaczenie porodu  raz czy dwa w zupełności im wystarczyło.


Uwielbiam pracę w szpitalu, ale prawdą jest, że jest to męcząca praca. Z wielką ulgą powitałam wrzesień, w którym w końcu pojechałam z przyjaciółką na wczasy i naładowałam baterie. Kolejny rok będzie intensywny i choć plan zajęć zapowiada się nienajgorzej, to jednak pisanie pracy licencjackiej i wyrabianie godzin praktyk indywidualnych w trakcje roku akademickiego już niebawem zapełni mój kalendarz po brzegi.
Pełna optymizmu wkraczam na trzeci, ostatni rok studiów licencjackich, trzymajcie kciuki, by wszystko poszło po mojej myśli.

sobota, 9 października 2021

Bliżej niż dalej do zostania położną, czyli drugi rok za mną

 Jeżeli ktoś śledził relacje na moim Instagramie, to wie, że 5 lipca zdałam ostatni egzamin, a kilka dni później rozpoczęłam praktyki w szpitalu w rodzinnym mieście. Skończyłam je początkiem września, a później nareszcie wyjechałam na wyczekiwane od dwóch lat wczasy. Dopiero po nich zebrałam się, by napisać ten i jeszcze dwa wpisy, ale do przeglądnięcia i poprawiania nie było mi już tak spieszno. 

Sesja w tym semestrze była męcząca. 5 egzaminów w 3 tygodnie i poprzedzający miesiąc spędzony na "kuciu". Niesamowicie zależało mi na tym, by nie mieć w tym roku poprawki. Nie wiem, kiedy miałabym się na nią uczyć, nie wspominając o obciążeniu psychicznym, którego zdecydowanie nie potrzebowałam. Udało mi się zdać nawet najtrudniejszy PIOP (i to na 4!), więc ze spokojną głową mogłam udać się na praktyki i stracić poczucie czasu.

Co do drugiego roku studiów, to jest to zdecydowanie rok, o którym kiedyś będę opowiadać wnukom i moim dużo młodszym koleżankom po fachu. Zdalne nauczanie, zablokowane praktyki, odrabianie praktyk (i całe wakacje w szpitalu), pierwszy dyżur, pierwszy przyjęty poród. 

Jesteśmy rocznikiem niejako "przejściowym", ponieważ starszy rocznik miał inaczej rozstawione egzaminy, a rocznik poniżej ma inaczej rozstawione przedmioty, np. ratownictwo medyczne ja miałam w 3. semestrze, a oni w 2.
W każdym razie, przejdźmy do podsumowania. W tym roku nie będę podawać ile trwały zajęcia, bo przez zdalne nauczanie, częściowo na platformie e-learningowe, różnie to bywało. 

  • Badania fizykalne - ćwiczenia (3sem.) - zaliczenie ustne.
    Były to zajęcia, na których uczyliśmy się jak badać pacjenta, jak zbierać wywiad. Przechodziliśmy po kolei po układach ciała, najpierw zdalnie, potem spotykaliśmy się stacjonarnie na praktykę. Zaliczenie było z teorii, stacjonarnie w formie ustnej. Jeżeli się nauczyło, to było proste :D
  • Badania naukowe w położnictwie - seminaria - (3sem) - zaliczenie w formie pracy.
    Na tych zajęciach uczyliśmy się pisać pracę licencjacką. Fajnie, jeżeli wiecie o czym chcecie pisać tę prawdziwą pracę, bo możecie już zacząć, ale nie jest to konieczne. Ja na potrzeby zajęć wymyśliłam sobie temat, o którym na pewno nie zamierzam pisać pracy dyplomowej, ale "szkielet" wykorzystam.. Zaliczenie otrzymywałyśmy na podstawie właśnie tej "wersji demo" pracy licencjackiej, którą pisałyśmy w trakcie zajęć online. Całkiem przyjemne i potrzebne zajęcia, choć na początku uważałam, że to niepotrzebny pochłaniacz czasu.
  • Chirurgia - wykłady (3 sem), zajęcia praktyczne w szpitalu (4 sem - 1 tydzień). 
    Przedmiot całkiem przyjemny. Nie możemy pracować na tym oddziale, więc byłyśmy traktowane odrobinę łagodniej. Zajęcia w szpitalu bardzo mi się podobały, naszą prowadzącą była niesamowita rezydentka chirurgii. Forma zajęć była inna niż na "naszych" oddziałach, nie podlegałyśmy personelowi pielęgniarskiemu, tylko lekarzowi, chodziłyśmy za nim jak cień. Widziałyśmy przeszczep nerki, operację zmniejszania żołądka, pomagałyśmy przy oczyszczaniu owrzodzeń (to było... trudne przeżycie). Rada ode mnie, zjedzcie śniadanie przed zajęciami, bo na sali operacyjnej stoi się w miejscu, jest duszno i łatwo o omdlenia.
  • Choroby Wewnętrzne, czyli Interna - wykłady (3 sem) i ćwiczenia online/zajęcia praktyczne (4 sem - 1 tydzień) - zaliczenie w formie krótkiej prezentacji i egzamin.
    Bardzo, bardzo obszerny zakres materiału, ale forma zajęć bardzo przystępna.  Jednego dnia miałyśmy zajęcia stacjonarne w poradni nefrologicznej, gdzie zbierałyśmy wywiad z pacjentem, a później referowałyśmy lekarzowi czego się dowiedziałyśmy. To jest trudniejsze niż myślałam. Jeden pacjent na pytanie "Z czym Pan do nas dzisiaj przychodzi?" zaczął nam opowiadać o zabiegach na oczy ponad 20 lat wcześniej i nie w sposób było mu przerwać.
    Zajęcia online kończyliśmy krótką prezentacją na temat powiązany z położnictwem (np. cukrzyca ciążowa), a na koniec, przed egzaminem mieliśmy dodatkowe spotkanie podsumowujące, gdzie prowadzący wyszczególnił tematy, na które mamy zwrócić szczególną uwagę. 
  • Farmakologia - wykłady i seminaria (3sem)  - egzamin.
    Powiedzieć, że jest to trudny przedmiot, to jak nic nie powiedzieć. Osobiście wiem, że choć zdałam egzamin w pierwszym terminie na 4, to o lekach i substancjach wiem zbyt mało i będę się musiała dokształcić we własnym zakresie. Grup leków jest bardzo dużo, mają rozmaite działanie, skutki uboczne, dawkowanie, wszystko się miesza :( 
    Najwięcej o lekach dowiedziałam się (i zapamiętałam) na zajęciach w szpitalu, gdy rozkładałam je i doczytywałam czym są, jak działają, jak się je podaje.
  • Język angielski - lektorat (3 i 4 sem) - zaliczenia i egzamin ustny.
    Forma zajęć nie zmieniła się od poprzedniego roku, pisałyśmy sprawdziany na koniec semestru, przedstawiałyśmy prezentacje. Egzamin ustny  przeprowadzany był w obecności egzaminatora i naszego nauczyciela. Musiałyśmy przedstawić wybrany przez siebie temat o komplikacji położniczej i odpowiedzieć na jedno z puli pytań (wylosowałam oczywiście to, którego nie chciałam), ewentualnie na dodatkowe pytania od egzaminatora. Ja po angielsku mówię całkiem płynnie, więc dla mnie egzamin był bardzo prosty.
  • Neonatologia - ćwiczenia, seminaria  i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 1 tydzień) – egzamin.
    W tym roku skupiliśmy się na patologii noworodka, opieką nad wcześniakami i chorymi dziećmi. Niestety przestało być słodko i przyjemnie.
    Neonatologia jest dla mnie trudna do nauki, nie wiem dlaczego, ale opieka nad noworodkami przychodzi mi z łatwością, karmienie, przewijanie i usypianie to proste zadanie, zakładanie sond zdecydowanie do nauczenia. Egzamin to głównie pytania o praktykę, więc przystępne.
  • Patologia (patofizjologia i patomorfologia) - seminaria (3 sem).
    Dla mnie, jeden z bardziej stresujących przedmiotów. Nie lubiłam fizjologii, a ten przedmiot to jego bardziej pokręcona wersja. I choć prawdą jest, że na anatomii, fizjologii, patologii i farmakologii opiera się w zasadzie cała medycyna, to dla mnie jest to "za dużo na raz", by porządnie tę wiedzę przyswoić.
  • Pediatria - ćwiczenia i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4sem - jeden tydzień) – egzamin.
    Skupiliśmy się głównie na małych dzieciach, niemowlakach. Na wykładach poruszane były tematy ogólne, o chorobach krwi, śmierci dzieci, najczęstszych infekcjach, a na ćwiczeniach tradycyjnie skupiliśmy się na praktyce, np. na nebulizacji. Zajęcia w szpitalu... nie ukrywam, były nudne. Jedyne, co mogłyśmy robić to mierzenie stanu ogólnego i ważenie dzieci. Luksusem było usunięcie wkłucia. Do tej pory realizowano praktyki z pediatrii na patologii noworodka, ale od tego roku przeniesiono je na oddziały pediatryczne. Egzamin z rodzaju "przyjemnych", wymagany materiał to głównie praktyka.
  • Podstawy ratownictwa medycznego - ćwiczenia i wykłady (3 sem) – zaliczenie.
    Jak sama nazwa wskazuje, uczyliśmy się o udzielaniu pierwszej pomocy, zarówno w szpitalu, jak i poza nim. Warto się przyłożyć do teorii, bo za niewiedzę grupa może wylecieć z sali i będzie musiała odrabiać. Zajęcia kończyliśmy zaliczeniem (w naszym przypadku on-line)
  • Położnictwo i opieka położnicza - wykłady i seminaria (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 2,5 tygodnia) - zaliczenie i egzamin.
    Zakres materiału niezwykle obszerny i niezwykle ważny. W dużym skrócie można powiedzieć, że uczymy się o tym, jakie "przypadki" możemy spotkać na oddziale patologii ciąży, gdzie odbywamy zajęcia praktyczne. Większości z nas PiOP się bardzo podobał, jest to jeden z najważniejszych przedmiotów, dlatego warto się do niego przykładać. Na koniec 3. semestru pisałyśmy zaliczenie, a w sesji letniej egzamin. Na praktykach powtarzałyśmy materiał, miałyśmy też seminaria teoretyczne. Egzamin jest dosyć trudny, na domiar złego, w jego skład wchodzi diagnostyka medyczna, którą mało kto lubi. Podczas nauki do sesji "Bręborowicza" przewertowałam od deski do deski chyba milion razy, ale dla pocieszenia, dużo pamiętałam, doczytywać musiałam szczegóły.
  • System informacyjny w ochronie zdrowia - seminaria (3 sem).
    Przedmiot bardzo krótki i zwięzły. Prowadzący pokazywał nam, gdzie i jak możemy znaleźć informacje o ochronie zdrowa, opowiadał o IKP.
  • Techniki porodowe i prowadzenie porodu - ćwiczenia, seminaria i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (3 tyg) - zaliczenie, OSCE.
    Moje ulubione zajęcia! Uwielbiam tematy związane z porodem. Podobnie do neonatologii, drugi rok to krwotoki okołoporodowe, porody miednicowe, dystocje, ciąże bliźniacze, problemy z łożyskiem, czyli nie fizjologia. Duży nacisk położony był na praktykę, kolejność wykonywania procedur. Seminaria i wykłady również były bogate w ciekawą wiedzę. Zajęcia praktyczne to inny świat, moim zdaniem trzeba dorosnąć do tego, by salę porodową kochać, nie wolno się zniechęcać po pierwszym załamaniu.
    Jesteśmy pierwszym rocznikiem, który egzaminu z TPiPP na drugim roku nie pisał, zmierzymy się z nim za rok.
  • Wprowadzenie do komunikacji medycznej - seminaria (3 sem).
    Zajęcia zaskakująco potrzebne. Jest to kontynuacja zajęć z pierwszego roku. Na szczęście tym razem prowadzone w czasie rzeczywistym, z prowadzącym. Omawialiśmy konflikty, jakie możemy spotkać w pracy, jak sobie z nimi radzić, jak się zachować. Dwa razy na zajęciach obecna była aktorka, która odgrywała rolę pacjentki w sytuacji trudnej, my musiałyśmy zareagować, odegrać rolę położnej. Osobiście nie lubię tego typu aktywności, zdecydowanie wolę omawianie tematu, ale chyba jestem w mniejszości. Dostosowywanie się do sytuacji też trzeba ćwiczyć, prawda?

 

Mojej grupie trafił się dodatkowy tydzień wakacji, dlatego zaczynam rok akademicki dopiero 11 października i z jednej strony się cieszę dodatkowym wolnym, a z drugiej tak bardzo mnie już ciągnie do szpitala, do tego medycznego świata. 
W tym roku mam ambitny plan być tutaj trochę bardziej aktywna, ale zobaczymy jak to będzie.

sobota, 19 czerwca 2021

Praktyki indywidualne

Praktyki indywidualne, czyli te, które zazwyczaj odbywamy w wakacje, załatwiamy sobie sami. I powiem szczerze, że trochę czasu trzeba na to poświęcić.

Najważniejsza zasada, to na pewno "zacznij załatwiać takie sprawy szybko", najlepiej w marcu lub kwietniu.
Może to kwestia tego roku, gdzie mój rocznik odbywa również zaległe praktyki z 1 roku, może jest tak zawsze, ale w Warszawie w chwili obecnej znalezienie szpitala, który ma jeszcze miejsca na lipiec i sierpień, jest chyba niemożliwe. Dlatego warto "zarezerwować" sobie miejsce w wymarzonym szpitalu.


Ja postanowiłam odbyć prawie całe praktyki w mieście rodzinnym, które nie jest miastem typowo akademickim (a przynajmniej nie ma tam kierunku położnictwo). Jedynie oddział położniczy i noworodkowy (z pierwszego roku) robiłam w Warszawie. Wybrałam szpital, w którym byłam na zajęciach w styczniu, a dodatkowo taki, w którym pierwszy rok nie ma praktyk uczelnianych. Dzięki temu dyżury mam również w ciągu tygodnia, nie tylko w weekendy.

Ale od początku.

W pewien magiczny dzień Pani z dziekanatu wydaje nam skierowania na praktyki zawodowe. Jest na nich wypisane dokładnie ile godzin dydaktycznych z danego przedmiotu musimy wyrobić. Przykładowo: Po pierwszym roku z przedmiotu POP mamy do wyrobienia 80h dydaktycznych, co w przeliczeniu daje 60h zegarowych, czyli 5 dyżurów.
Dyżury nocne są dopuszczane, jak najbardziej! Liczą się nawet podwójnie, szybciej można wyrobić potrzebne godziny.
Szpitale wymagają różnych dokumentów w procesie rekrutacji na praktyki. Takie informacje znajdzie się na stronie szpitala, dzwoniąc do osoby odpowiedzialnej za praktyki lub pocztą pantoflową od innych studentów.


Prawie wszystkie szpitale w Warszawie mają podpisaną umowę z Uniwersytetem, więc wystarczy wysłać mailowo (lub dostarczyć osobiście) ręcznie podpisane podanie z zakresem dat, skierowanie, potwierdzenie badań sanitarno-epidemiologicznych oraz potwierdzenie ubezpieczenia (OC medyczne i OP, resztę zapewnia uniwersytet). Studenci WUM korzystają najczęściej z tego ubezpieczenia (pakiet 3). W moim przypadku tyle wystarczyło. Wiem, że w innych szpitalach potrzeba było więcej dokumentów lub konkretne formularze podań do wypełnienia. Czasami potrzeba zgody oddziałowej, prezesa/dyrektora szpitala, więc trochę biegania jest, ale wszystko do zrobienia.
Następnym krokiem jest ustalenie dat dyżurów i pojawienie się na nich 😄.


Co należy zrobić w sytuacji, gdy praktyki chcemy odbywać poza Warszawą? Sprawa się odrobinę komplikuje, ponieważ szpital musi podpisać umowę z Uniwersytetem.

U mnie wyglądało to tak, że zaczęłam od wykonania telefonu do działu szkoleń w szpitalu, by dowiedzieć się, czy jest szansa na przyjęcie na dane oddziały i jakie mają być moje następne kroki.
Wysłałam wszystkie badania, ubezpieczenia, podanie zawierające wykaz oddziałów, godzin i zakres dat, w których jestem skłonna przyjść na dyżur oraz skierowania do dyrektor szpitala. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi zgłosiłam się do dziekanatu z prośbą o przygotowanie umowy, którą muszą podpisać obie strony, a po jednym egzemplarzu zostaje w każdej z jednostek.

Zanim dziekan podpisał moje dokumenty, zdążyłam pojechać na majówkę do domu. Później okazało się, że umowę muszę odebrać osobiście, więc pojechałam specjalnie do Warszawy (przy okazji przywożąc rower 💖), tego samego dnia wróciłam do Bielska, dwa dni później zawiozłam dokumenty do szpitala i znowu pojechałam do Warszawy, już na zajęcia. Jeden egzemplarz umowy odebrali i wysłali mi pocztą rodzice. Nie mają ze mną łatwo. Kolejnym krokiem będzie spotkanie się z oddziałową, aby ustalić konkretne daty dyżurów i pojawienie się na nich, ale to po sesji.

Na zakończenie praktyk na danym oddziale zbieramy podpisy w książeczkach (w kilku miejscach, żeby nie było za łatwo) i na skierowaniach. Skierowanie składamy w dziekanacie i voilà! Praktyki indywidualne zaliczone!