Odrobinę się stresowałam praktykami w moim rodzinnym mieście. Nie znałam
szpitala, nie wiedziałam jakie czynności będę mogła wykonywać, ile studentek
będzie jednocześnie na oddziale.
Przeliczyłam pozostałe wymagane godziny praktyk na dyżury i wyszło mi ich 33.
Biorąc pod uwagę, że miesiąc ma 31 dni, to wizja wolnych wakacji wyglądała
dosyć marnie. Na patologii ciąży robiłam tylko dniówki, tak zaleciła
oddziałowa, a nocy na porodówce nie chciałam liczyć podwójnie, ponieważ
zależy mi na zdobyciu jak największego doświadczenia (i jak największej liczbie
przyjętych porodów).
Na moje szczęście do tego szpitala nie aplikowało wiele studentek
położnictwa, dlatego oddziałowa dała nam pełną dowolność w terminach dyżurów.
Dzięki temu, wbrew rozsądkowi, ustawiłam sobie dyżury na patologii ciąży prawie
codziennie. Na oddziale okrzyknięto mnie przez to szaloną studentką. Jako
jedyna robiłam "dwunastki" kilka dni pod rząd. Dzięki temu przynajmniej miałam wolny wrzesień!
Od sierpnia zaczęłam praktyki na sali porodowej w systemie "dzień,
noc, przerwa". Nocne dyżury są różne, na jednych nie zmrużyłam oka przez
całe 12 godzin, a inne przespałam prawie w całości. Raz miałam taką idealną,
wymarzoną, nockę. Zanim wybiła 23:00 przyjęłam 3 porody, a po odwiezieniu
ostatniej pacjentki na oddział położniczy mogłyśmy z położnymi pospać do rana,
ponieważ nie było żadnego przyjęcia.
Lubię salę porodową. Z każdym dyżurem coraz bardziej przekonuję się do pracy na
tym oddziale, więcej wiem i rozumiem. Położne, z którymi przyszło mi
pracować, to cudowne kobiety, tłumaczą po sto razy, podpowiadają, dzielą się
doświadczeniem, pozwalają przyjmować porody, chętnie podbijają książeczkę.
Lekarze natomiast są różni, w większości również są przyjaźnie (a przynajmniej neutralnie) do mnie, jako studentki położnictwa, nastawieni.
Jeden młody rezydent, któremu asystowałam m.in. przy szyciach, specjalnie dla mnie dokładnie opisywał i pokazywał co z czym łączy, w jaki sposób i dlaczego. Tak naprawdę sam dopiero zaczynał się uczyć i wiedział jak ważne są dokładne wskazówki. Szkoda, że przez większość czasu miał urlop, bo kto wie, może zaliczyłabym pierwsze szycie pacjentki?
Z drugiej strony, miałam kiedyś dosyć nieprzyjemną sytuację na sali cięć
cesarskich. Stałam do cięcia jako "brudna" (w ramach sali porodowej
zaliczałam też chirurgię), a jednym z moich zadań było liczenie zużytych chust
i gazików. Raz, jeden gazik z mycia brzucha pacjentki się zgubił. Przeszukałam pięć
razy miskę, gdzie powinien być, nasz kosz na śmieci, milion razy sprawdziłam
czy nie skleiły się dwa gaziki, po podłodze się prawie czołgałam w poszukiwaniu
tego zagubionego, ale gazika dalej nie było. Wszyscy byli zdenerwowani, ze mną
na czele, ale w momencie, gdy pani doktor rzuciła, że "jako brudna powinna
stać położna, a nie studentka, bo takie sytuacje później mają miejsce", to
zrobiło mi się bardzo przykro, tym bardziej, że to naprawdę nie była moja wina
(no, może mogłam zgłosić trochę szybciej, że mi jednego brakuje). Koniec
końców, gazik znalazłam w koszu zespołu anestezjologicznego. Trafił tam podczas
mycia, choć nie powinien. Z grzeczności nie napiszę, kóry z lekarzy mył
pacjentkę i mnie później nie przeprosił.
Mam wrażenie, że podczas wakacji mieszkałam w szpitalu, a w domu jedynie
spałam 😂 Gdyby nie fizyczne zmęczenie (robiłam na
dyżurze między 6, a 12 tysięcy kroków) i wstawanie o 5:20, to w ogóle by mi to
nie przeszkadzało! Większości moich pacjentek nie sposób było nie lubić, w
dyżurce czuję się jak wśród swoich, tak dobrze mi się rozmawia i współpracuje z
położnymi. Szczerze mówiąc, to żal mi było opuszczać oddział.
Gdy w szpitalu przyznawałam się, że studiuję w Warszawie, wszyscy byli
ciekawi, dlaczego uciekłam tak daleko, a potem pytali jak wyglądają szpitale w
stolicy. Część pytała również, czy miałam zajęcia w szpitalu św. Zofii, czyli
na Żelaznej. Radośnie opowiadam wtedy o pięknym porodzie w Domu Narodzin, w
którym miałam szczęście uczestniczyć.
Oddziały i praca na nich nie różnią się wiele od tych, które widziałam w Warszawie, co czasami dziwi położne. Zaskoczyło mnie jedynie to, że do położnych należy ścielenie umytych łóżek oraz rozwożenie posiłków. Anegdotka: "warszawska szkoła" ścieli łóżka inaczej, idąc przez oddział byłam w stanie powiedzieć, które łóżka ubrałam ja, a które ktoś inny.
Sala porodowa to powiew nowości z 2000 roku. Zgodnie z opowieściami mojej mamy
i położnych wtedy luksusem były boksy z zasłonką z jednej strony, ponieważ
gdzie indziej były sale wieloosobowe z kotarkami. Obecnie łóżka i KTG są
oczywiście nowe, opieka również jest na bardzo wysokim poziomie. Używane są
wszystkie możliwe udogodnienia, czyli piłka, krzesełko porodowe, wanna,
prysznic, pozycje wertykalne w pierwszym i na początku drugiego okresu porodu.
Jedyne, czego mi brakowało, to osobne sale dla rodzących (a nie boksy) oraz
wanna/prysznic na każdej sali. Chociaż nie ukrywam, że dla nas, położnych,
boksy z zasłonką to całkiem wygodne rozwiązanie, ciągle widzimy pacjentki (one
siebie nawzajem nie), słyszymy co się u nich dzieje, jak zmienia się ich sposób
oddychania. Jednak komfort pacjentki jest zupełnie inny, gdy sala jest zamykana
i to powinno być naszym priorytetem. Brakowało mi również znieczuleń do porodu,
ale niestety ilość anestezjologów jest zbyt mała, by mogło to być standardem.
Końcem sierpnia spędziłam 3
dyżury na patologii noworodka i na intensywnej terapii. Pierwszego dnia nie
zabrałam swetra, bo przecież dzieci muszą mieć ciepło, więc wytrzymam w krótkim
rękawku. Owszem, muszą, w inkubatorze. Dawno tak nie zmarzłam, jak tego pierwszego
dnia.
Karmiłam dzieci, przewijałam je, przyglądałam się pobieraniu krwi,
szczepieniom, podawaniu leków, przyjęciom, ale moim głównym zajęciem było
uspokajanie jednego malucha, który ze względy na swoją przypadłość był bardzo
drażliwy na bodźce zewnętrzne. Nie narzekałam, czułam się potrzebna, a maluszek
był uroczy. Po sali porodowej ten oddział wydawał mi się bardzo spokojny,
monotonny, choć wiem, że może być taka sytuacja, że nie wiadomo w co ręce
włożyć, tym bardziej na OITN.
Ostatnie 3 dyżury, już we wrześniu, spędziłam na oddziale chorób wewnętrznych i
diabetologii. Bałam się tego oddziału, bo to zupełnie inne środowisko, nigdy
nie byłam na internie. Nie było czego, bo pielęgniarki traktowały mnie bardzo
fajnie, a ze względu na to, że będę położną, to nawet trochę ulgowo.
Tutaj byłam przydzielona do jednej pielęgniarki i robiłam wszystko z nią.
Rozwoziłyśmy posiłki i pomagałyśmy jeść pacjentom, którzy tego wymagali,
wykonywałyśmy toaletę pacjentów (chwała niebiosom za specjalne szmatki i pianki
do mycia, chociaż trochę niwelują zapachy), zmieniałyśmy pościel, zawoziłyśmy
ich na badania, przygotowywałyśmy leki i kroplówki, jednego dnia nawet
naciągałam i podawałam insulinę.
Powiem tak, przeżyłam, cieszę się, że wybrałam położnictwo i podziwiam
wszystkie pielęgniarki, bo mają ciężką pracę. Nie mówię, że położne mają łatwo,
ale jest to naprawdę inny świat. Dla porównania, prawie wszystkie pielęgniarki
mówiły mi, że podziwiają położne, bo one nie dałyby rady pracować przy porodach
i zobaczenie porodu raz czy dwa w
zupełności im wystarczyło.
Uwielbiam pracę w szpitalu, ale prawdą jest, że jest to męcząca praca. Z wielką
ulgą powitałam wrzesień, w którym w końcu pojechałam z przyjaciółką na wczasy i
naładowałam baterie. Kolejny rok będzie intensywny i choć plan zajęć zapowiada
się nienajgorzej, to jednak pisanie pracy licencjackiej i wyrabianie godzin
praktyk indywidualnych w trakcje roku akademickiego już niebawem zapełni mój
kalendarz po brzegi.
Pełna optymizmu wkraczam na trzeci, ostatni rok studiów licencjackich,
trzymajcie kciuki, by wszystko poszło po mojej myśli.