poniedziałek, 11 października 2021

Szalona, czy ambitna studentka?

Odrobinę się stresowałam praktykami w moim rodzinnym mieście. Nie znałam szpitala, nie wiedziałam jakie czynności będę mogła wykonywać, ile studentek będzie jednocześnie na oddziale. 

Przeliczyłam pozostałe wymagane godziny praktyk na dyżury i wyszło mi ich 33. Biorąc pod uwagę, że miesiąc ma 31 dni, to wizja wolnych wakacji wyglądała dosyć marnie. Na patologii ciąży robiłam tylko dniówki, tak zaleciła oddziałowa, a nocy na porodówce nie chciałam liczyć podwójnie,  ponieważ zależy mi na zdobyciu jak największego doświadczenia (i jak największej liczbie przyjętych porodów).

 Na moje szczęście do tego szpitala nie aplikowało wiele studentek położnictwa, dlatego oddziałowa dała nam pełną dowolność w terminach dyżurów. Dzięki temu, wbrew rozsądkowi, ustawiłam sobie dyżury na patologii ciąży prawie codziennie. Na oddziale okrzyknięto mnie przez to szaloną studentką. Jako jedyna robiłam "dwunastki" kilka dni pod rząd. Dzięki temu  przynajmniej miałam wolny wrzesień! 

Od sierpnia zaczęłam praktyki na sali porodowej w systemie "dzień, noc, przerwa". Nocne dyżury są różne, na jednych nie zmrużyłam oka przez całe 12 godzin, a inne przespałam prawie w całości. Raz miałam taką idealną, wymarzoną, nockę. Zanim wybiła 23:00 przyjęłam 3 porody, a po odwiezieniu ostatniej pacjentki na oddział położniczy mogłyśmy z położnymi pospać do rana, ponieważ nie było żadnego przyjęcia. 
Lubię salę porodową. Z każdym dyżurem coraz bardziej przekonuję się do pracy na tym oddziale, więcej wiem i rozumiem. Położne, z którymi przyszło mi pracować, to cudowne kobiety, tłumaczą po sto razy, podpowiadają, dzielą się doświadczeniem, pozwalają przyjmować porody, chętnie podbijają książeczkę. 

Lekarze natomiast są różni, w większości również są przyjaźnie (a przynajmniej neutralnie) do mnie, jako studentki położnictwa, nastawieni.

Jeden młody rezydent, któremu asystowałam m.in. przy szyciach, specjalnie dla mnie dokładnie opisywał i pokazywał co z czym łączy, w jaki sposób i dlaczego. Tak naprawdę sam dopiero zaczynał się uczyć i wiedział jak ważne są dokładne wskazówki. Szkoda, że przez większość czasu miał urlop, bo kto wie, może zaliczyłabym pierwsze szycie pacjentki? 

Z drugiej strony, miałam kiedyś dosyć nieprzyjemną sytuację na sali cięć cesarskich. Stałam do cięcia jako "brudna" (w ramach sali porodowej zaliczałam też chirurgię), a jednym z moich zadań było liczenie zużytych chust i gazików. Raz, jeden gazik z mycia brzucha pacjentki się zgubił. Przeszukałam pięć razy miskę, gdzie powinien być, nasz kosz na śmieci, milion razy sprawdziłam czy nie skleiły się dwa gaziki, po podłodze się prawie czołgałam w poszukiwaniu tego zagubionego, ale gazika dalej nie było. Wszyscy byli zdenerwowani, ze mną na czele, ale w momencie, gdy pani doktor rzuciła, że "jako brudna powinna stać położna, a nie studentka, bo takie sytuacje później mają miejsce", to zrobiło mi się bardzo przykro, tym bardziej, że to naprawdę nie była moja wina (no, może mogłam zgłosić trochę szybciej, że mi jednego brakuje). Koniec końców, gazik znalazłam w koszu zespołu anestezjologicznego. Trafił tam podczas mycia, choć nie powinien. Z grzeczności nie napiszę, kóry z lekarzy mył pacjentkę i mnie później nie przeprosił. 

Mam wrażenie, że podczas wakacji mieszkałam w szpitalu, a w domu jedynie spałam 😂 Gdyby nie fizyczne zmęczenie (robiłam na dyżurze między 6, a 12 tysięcy kroków) i wstawanie o 5:20, to w ogóle by mi to nie przeszkadzało! Większości moich pacjentek nie sposób było nie lubić, w dyżurce czuję się jak wśród swoich, tak dobrze mi się rozmawia i współpracuje z położnymi. Szczerze mówiąc, to żal mi było opuszczać oddział.

Gdy w szpitalu przyznawałam się, że studiuję w Warszawie, wszyscy byli ciekawi, dlaczego uciekłam tak daleko, a potem pytali jak wyglądają szpitale w stolicy. Część pytała również, czy miałam zajęcia w szpitalu św. Zofii, czyli na Żelaznej. Radośnie opowiadam wtedy o pięknym porodzie w Domu Narodzin, w którym miałam szczęście uczestniczyć. 

Oddziały i praca na nich nie różnią się wiele od tych, które widziałam w Warszawie, co czasami dziwi położne. Zaskoczyło mnie jedynie to, że do położnych należy ścielenie umytych łóżek oraz rozwożenie posiłków. Anegdotka: "warszawska szkoła" ścieli łóżka inaczej, idąc przez oddział byłam w stanie powiedzieć, które łóżka ubrałam ja, a które ktoś inny.

Sala porodowa to powiew nowości z 2000 roku. Zgodnie z opowieściami mojej mamy i położnych wtedy luksusem były boksy z zasłonką z jednej strony, ponieważ gdzie indziej były sale wieloosobowe z kotarkami. Obecnie łóżka i KTG są oczywiście nowe, opieka również jest na bardzo wysokim poziomie. Używane są wszystkie możliwe udogodnienia, czyli piłka, krzesełko porodowe, wanna, prysznic, pozycje wertykalne w pierwszym i na początku drugiego okresu porodu. Jedyne, czego mi brakowało, to osobne sale dla rodzących (a nie boksy) oraz wanna/prysznic na każdej sali. Chociaż nie ukrywam, że dla nas, położnych, boksy z zasłonką to całkiem wygodne rozwiązanie, ciągle widzimy pacjentki (one siebie nawzajem nie), słyszymy co się u nich dzieje, jak zmienia się ich sposób oddychania. Jednak komfort pacjentki jest zupełnie inny, gdy sala jest zamykana i to powinno być naszym priorytetem. Brakowało mi również znieczuleń do porodu, ale niestety ilość anestezjologów jest zbyt mała, by mogło to być standardem.

Końcem sierpnia spędziłam 3 dyżury na patologii noworodka i na intensywnej terapii. Pierwszego dnia nie zabrałam swetra, bo przecież dzieci muszą mieć ciepło, więc wytrzymam w krótkim rękawku. Owszem, muszą, w inkubatorze. Dawno tak nie zmarzłam, jak tego pierwszego dnia. 
Karmiłam dzieci, przewijałam je, przyglądałam się pobieraniu krwi, szczepieniom, podawaniu leków, przyjęciom, ale moim głównym zajęciem było uspokajanie jednego malucha, który ze względy na swoją przypadłość był bardzo drażliwy na bodźce zewnętrzne. Nie narzekałam, czułam się potrzebna, a maluszek był uroczy. Po sali porodowej ten oddział wydawał mi się bardzo spokojny, monotonny, choć wiem, że może być taka sytuacja, że nie wiadomo w co ręce włożyć, tym bardziej na OITN.

Ostatnie 3 dyżury, już we wrześniu, spędziłam na oddziale chorób wewnętrznych i diabetologii. Bałam się tego oddziału, bo to zupełnie inne środowisko, nigdy nie byłam na internie. Nie było czego, bo pielęgniarki traktowały mnie bardzo fajnie, a ze względu na to, że będę położną, to nawet trochę ulgowo. 
Tutaj byłam przydzielona do jednej pielęgniarki i robiłam wszystko z nią. Rozwoziłyśmy posiłki i pomagałyśmy jeść pacjentom, którzy tego wymagali, wykonywałyśmy toaletę pacjentów (chwała niebiosom za specjalne szmatki i pianki do mycia, chociaż trochę niwelują zapachy), zmieniałyśmy pościel, zawoziłyśmy ich na badania, przygotowywałyśmy leki i kroplówki, jednego dnia nawet naciągałam i podawałam insulinę. 
Powiem tak, przeżyłam, cieszę się, że wybrałam położnictwo i podziwiam wszystkie pielęgniarki, bo mają ciężką pracę. Nie mówię, że położne mają łatwo, ale jest to naprawdę inny świat. Dla porównania, prawie wszystkie pielęgniarki mówiły mi, że podziwiają położne, bo one nie dałyby rady pracować przy porodach i zobaczenie porodu  raz czy dwa w zupełności im wystarczyło.


Uwielbiam pracę w szpitalu, ale prawdą jest, że jest to męcząca praca. Z wielką ulgą powitałam wrzesień, w którym w końcu pojechałam z przyjaciółką na wczasy i naładowałam baterie. Kolejny rok będzie intensywny i choć plan zajęć zapowiada się nienajgorzej, to jednak pisanie pracy licencjackiej i wyrabianie godzin praktyk indywidualnych w trakcje roku akademickiego już niebawem zapełni mój kalendarz po brzegi.
Pełna optymizmu wkraczam na trzeci, ostatni rok studiów licencjackich, trzymajcie kciuki, by wszystko poszło po mojej myśli.

sobota, 9 października 2021

Bliżej niż dalej do zostania położną, czyli drugi rok za mną

 Jeżeli ktoś śledził relacje na moim Instagramie, to wie, że 5 lipca zdałam ostatni egzamin, a kilka dni później rozpoczęłam praktyki w szpitalu w rodzinnym mieście. Skończyłam je początkiem września, a później nareszcie wyjechałam na wyczekiwane od dwóch lat wczasy. Dopiero po nich zebrałam się, by napisać ten i jeszcze dwa wpisy, ale do przeglądnięcia i poprawiania nie było mi już tak spieszno. 

Sesja w tym semestrze była męcząca. 5 egzaminów w 3 tygodnie i poprzedzający miesiąc spędzony na "kuciu". Niesamowicie zależało mi na tym, by nie mieć w tym roku poprawki. Nie wiem, kiedy miałabym się na nią uczyć, nie wspominając o obciążeniu psychicznym, którego zdecydowanie nie potrzebowałam. Udało mi się zdać nawet najtrudniejszy PIOP (i to na 4!), więc ze spokojną głową mogłam udać się na praktyki i stracić poczucie czasu.

Co do drugiego roku studiów, to jest to zdecydowanie rok, o którym kiedyś będę opowiadać wnukom i moim dużo młodszym koleżankom po fachu. Zdalne nauczanie, zablokowane praktyki, odrabianie praktyk (i całe wakacje w szpitalu), pierwszy dyżur, pierwszy przyjęty poród. 

Jesteśmy rocznikiem niejako "przejściowym", ponieważ starszy rocznik miał inaczej rozstawione egzaminy, a rocznik poniżej ma inaczej rozstawione przedmioty, np. ratownictwo medyczne ja miałam w 3. semestrze, a oni w 2.
W każdym razie, przejdźmy do podsumowania. W tym roku nie będę podawać ile trwały zajęcia, bo przez zdalne nauczanie, częściowo na platformie e-learningowe, różnie to bywało. 

  • Badania fizykalne - ćwiczenia (3sem.) - zaliczenie ustne.
    Były to zajęcia, na których uczyliśmy się jak badać pacjenta, jak zbierać wywiad. Przechodziliśmy po kolei po układach ciała, najpierw zdalnie, potem spotykaliśmy się stacjonarnie na praktykę. Zaliczenie było z teorii, stacjonarnie w formie ustnej. Jeżeli się nauczyło, to było proste :D
  • Badania naukowe w położnictwie - seminaria - (3sem) - zaliczenie w formie pracy.
    Na tych zajęciach uczyliśmy się pisać pracę licencjacką. Fajnie, jeżeli wiecie o czym chcecie pisać tę prawdziwą pracę, bo możecie już zacząć, ale nie jest to konieczne. Ja na potrzeby zajęć wymyśliłam sobie temat, o którym na pewno nie zamierzam pisać pracy dyplomowej, ale "szkielet" wykorzystam.. Zaliczenie otrzymywałyśmy na podstawie właśnie tej "wersji demo" pracy licencjackiej, którą pisałyśmy w trakcie zajęć online. Całkiem przyjemne i potrzebne zajęcia, choć na początku uważałam, że to niepotrzebny pochłaniacz czasu.
  • Chirurgia - wykłady (3 sem), zajęcia praktyczne w szpitalu (4 sem - 1 tydzień). 
    Przedmiot całkiem przyjemny. Nie możemy pracować na tym oddziale, więc byłyśmy traktowane odrobinę łagodniej. Zajęcia w szpitalu bardzo mi się podobały, naszą prowadzącą była niesamowita rezydentka chirurgii. Forma zajęć była inna niż na "naszych" oddziałach, nie podlegałyśmy personelowi pielęgniarskiemu, tylko lekarzowi, chodziłyśmy za nim jak cień. Widziałyśmy przeszczep nerki, operację zmniejszania żołądka, pomagałyśmy przy oczyszczaniu owrzodzeń (to było... trudne przeżycie). Rada ode mnie, zjedzcie śniadanie przed zajęciami, bo na sali operacyjnej stoi się w miejscu, jest duszno i łatwo o omdlenia.
  • Choroby Wewnętrzne, czyli Interna - wykłady (3 sem) i ćwiczenia online/zajęcia praktyczne (4 sem - 1 tydzień) - zaliczenie w formie krótkiej prezentacji i egzamin.
    Bardzo, bardzo obszerny zakres materiału, ale forma zajęć bardzo przystępna.  Jednego dnia miałyśmy zajęcia stacjonarne w poradni nefrologicznej, gdzie zbierałyśmy wywiad z pacjentem, a później referowałyśmy lekarzowi czego się dowiedziałyśmy. To jest trudniejsze niż myślałam. Jeden pacjent na pytanie "Z czym Pan do nas dzisiaj przychodzi?" zaczął nam opowiadać o zabiegach na oczy ponad 20 lat wcześniej i nie w sposób było mu przerwać.
    Zajęcia online kończyliśmy krótką prezentacją na temat powiązany z położnictwem (np. cukrzyca ciążowa), a na koniec, przed egzaminem mieliśmy dodatkowe spotkanie podsumowujące, gdzie prowadzący wyszczególnił tematy, na które mamy zwrócić szczególną uwagę. 
  • Farmakologia - wykłady i seminaria (3sem)  - egzamin.
    Powiedzieć, że jest to trudny przedmiot, to jak nic nie powiedzieć. Osobiście wiem, że choć zdałam egzamin w pierwszym terminie na 4, to o lekach i substancjach wiem zbyt mało i będę się musiała dokształcić we własnym zakresie. Grup leków jest bardzo dużo, mają rozmaite działanie, skutki uboczne, dawkowanie, wszystko się miesza :( 
    Najwięcej o lekach dowiedziałam się (i zapamiętałam) na zajęciach w szpitalu, gdy rozkładałam je i doczytywałam czym są, jak działają, jak się je podaje.
  • Język angielski - lektorat (3 i 4 sem) - zaliczenia i egzamin ustny.
    Forma zajęć nie zmieniła się od poprzedniego roku, pisałyśmy sprawdziany na koniec semestru, przedstawiałyśmy prezentacje. Egzamin ustny  przeprowadzany był w obecności egzaminatora i naszego nauczyciela. Musiałyśmy przedstawić wybrany przez siebie temat o komplikacji położniczej i odpowiedzieć na jedno z puli pytań (wylosowałam oczywiście to, którego nie chciałam), ewentualnie na dodatkowe pytania od egzaminatora. Ja po angielsku mówię całkiem płynnie, więc dla mnie egzamin był bardzo prosty.
  • Neonatologia - ćwiczenia, seminaria  i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 1 tydzień) – egzamin.
    W tym roku skupiliśmy się na patologii noworodka, opieką nad wcześniakami i chorymi dziećmi. Niestety przestało być słodko i przyjemnie.
    Neonatologia jest dla mnie trudna do nauki, nie wiem dlaczego, ale opieka nad noworodkami przychodzi mi z łatwością, karmienie, przewijanie i usypianie to proste zadanie, zakładanie sond zdecydowanie do nauczenia. Egzamin to głównie pytania o praktykę, więc przystępne.
  • Patologia (patofizjologia i patomorfologia) - seminaria (3 sem).
    Dla mnie, jeden z bardziej stresujących przedmiotów. Nie lubiłam fizjologii, a ten przedmiot to jego bardziej pokręcona wersja. I choć prawdą jest, że na anatomii, fizjologii, patologii i farmakologii opiera się w zasadzie cała medycyna, to dla mnie jest to "za dużo na raz", by porządnie tę wiedzę przyswoić.
  • Pediatria - ćwiczenia i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (4sem - jeden tydzień) – egzamin.
    Skupiliśmy się głównie na małych dzieciach, niemowlakach. Na wykładach poruszane były tematy ogólne, o chorobach krwi, śmierci dzieci, najczęstszych infekcjach, a na ćwiczeniach tradycyjnie skupiliśmy się na praktyce, np. na nebulizacji. Zajęcia w szpitalu... nie ukrywam, były nudne. Jedyne, co mogłyśmy robić to mierzenie stanu ogólnego i ważenie dzieci. Luksusem było usunięcie wkłucia. Do tej pory realizowano praktyki z pediatrii na patologii noworodka, ale od tego roku przeniesiono je na oddziały pediatryczne. Egzamin z rodzaju "przyjemnych", wymagany materiał to głównie praktyka.
  • Podstawy ratownictwa medycznego - ćwiczenia i wykłady (3 sem) – zaliczenie.
    Jak sama nazwa wskazuje, uczyliśmy się o udzielaniu pierwszej pomocy, zarówno w szpitalu, jak i poza nim. Warto się przyłożyć do teorii, bo za niewiedzę grupa może wylecieć z sali i będzie musiała odrabiać. Zajęcia kończyliśmy zaliczeniem (w naszym przypadku on-line)
  • Położnictwo i opieka położnicza - wykłady i seminaria (3 sem), zajęcia w szpitalu (4 sem - 2,5 tygodnia) - zaliczenie i egzamin.
    Zakres materiału niezwykle obszerny i niezwykle ważny. W dużym skrócie można powiedzieć, że uczymy się o tym, jakie "przypadki" możemy spotkać na oddziale patologii ciąży, gdzie odbywamy zajęcia praktyczne. Większości z nas PiOP się bardzo podobał, jest to jeden z najważniejszych przedmiotów, dlatego warto się do niego przykładać. Na koniec 3. semestru pisałyśmy zaliczenie, a w sesji letniej egzamin. Na praktykach powtarzałyśmy materiał, miałyśmy też seminaria teoretyczne. Egzamin jest dosyć trudny, na domiar złego, w jego skład wchodzi diagnostyka medyczna, którą mało kto lubi. Podczas nauki do sesji "Bręborowicza" przewertowałam od deski do deski chyba milion razy, ale dla pocieszenia, dużo pamiętałam, doczytywać musiałam szczegóły.
  • System informacyjny w ochronie zdrowia - seminaria (3 sem).
    Przedmiot bardzo krótki i zwięzły. Prowadzący pokazywał nam, gdzie i jak możemy znaleźć informacje o ochronie zdrowa, opowiadał o IKP.
  • Techniki porodowe i prowadzenie porodu - ćwiczenia, seminaria i wykłady (3 sem), zajęcia w szpitalu (3 tyg) - zaliczenie, OSCE.
    Moje ulubione zajęcia! Uwielbiam tematy związane z porodem. Podobnie do neonatologii, drugi rok to krwotoki okołoporodowe, porody miednicowe, dystocje, ciąże bliźniacze, problemy z łożyskiem, czyli nie fizjologia. Duży nacisk położony był na praktykę, kolejność wykonywania procedur. Seminaria i wykłady również były bogate w ciekawą wiedzę. Zajęcia praktyczne to inny świat, moim zdaniem trzeba dorosnąć do tego, by salę porodową kochać, nie wolno się zniechęcać po pierwszym załamaniu.
    Jesteśmy pierwszym rocznikiem, który egzaminu z TPiPP na drugim roku nie pisał, zmierzymy się z nim za rok.
  • Wprowadzenie do komunikacji medycznej - seminaria (3 sem).
    Zajęcia zaskakująco potrzebne. Jest to kontynuacja zajęć z pierwszego roku. Na szczęście tym razem prowadzone w czasie rzeczywistym, z prowadzącym. Omawialiśmy konflikty, jakie możemy spotkać w pracy, jak sobie z nimi radzić, jak się zachować. Dwa razy na zajęciach obecna była aktorka, która odgrywała rolę pacjentki w sytuacji trudnej, my musiałyśmy zareagować, odegrać rolę położnej. Osobiście nie lubię tego typu aktywności, zdecydowanie wolę omawianie tematu, ale chyba jestem w mniejszości. Dostosowywanie się do sytuacji też trzeba ćwiczyć, prawda?

 

Mojej grupie trafił się dodatkowy tydzień wakacji, dlatego zaczynam rok akademicki dopiero 11 października i z jednej strony się cieszę dodatkowym wolnym, a z drugiej tak bardzo mnie już ciągnie do szpitala, do tego medycznego świata. 
W tym roku mam ambitny plan być tutaj trochę bardziej aktywna, ale zobaczymy jak to będzie.

sobota, 19 czerwca 2021

Praktyki indywidualne

Praktyki indywidualne, czyli te, które zazwyczaj odbywamy w wakacje, załatwiamy sobie sami. I powiem szczerze, że trochę czasu trzeba na to poświęcić.

Najważniejsza zasada, to na pewno "zacznij załatwiać takie sprawy szybko", najlepiej w marcu lub kwietniu.
Może to kwestia tego roku, gdzie mój rocznik odbywa również zaległe praktyki z 1 roku, może jest tak zawsze, ale w Warszawie w chwili obecnej znalezienie szpitala, który ma jeszcze miejsca na lipiec i sierpień, jest chyba niemożliwe. Dlatego warto "zarezerwować" sobie miejsce w wymarzonym szpitalu.


Ja postanowiłam odbyć prawie całe praktyki w mieście rodzinnym, które nie jest miastem typowo akademickim (a przynajmniej nie ma tam kierunku położnictwo). Jedynie oddział położniczy i noworodkowy (z pierwszego roku) robiłam w Warszawie. Wybrałam szpital, w którym byłam na zajęciach w styczniu, a dodatkowo taki, w którym pierwszy rok nie ma praktyk uczelnianych. Dzięki temu dyżury mam również w ciągu tygodnia, nie tylko w weekendy.

Ale od początku.

W pewien magiczny dzień Pani z dziekanatu wydaje nam skierowania na praktyki zawodowe. Jest na nich wypisane dokładnie ile godzin dydaktycznych z danego przedmiotu musimy wyrobić. Przykładowo: Po pierwszym roku z przedmiotu POP mamy do wyrobienia 80h dydaktycznych, co w przeliczeniu daje 60h zegarowych, czyli 5 dyżurów.
Dyżury nocne są dopuszczane, jak najbardziej! Liczą się nawet podwójnie, szybciej można wyrobić potrzebne godziny.
Szpitale wymagają różnych dokumentów w procesie rekrutacji na praktyki. Takie informacje znajdzie się na stronie szpitala, dzwoniąc do osoby odpowiedzialnej za praktyki lub pocztą pantoflową od innych studentów.


Prawie wszystkie szpitale w Warszawie mają podpisaną umowę z Uniwersytetem, więc wystarczy wysłać mailowo (lub dostarczyć osobiście) ręcznie podpisane podanie z zakresem dat, skierowanie, potwierdzenie badań sanitarno-epidemiologicznych oraz potwierdzenie ubezpieczenia (OC medyczne i OP, resztę zapewnia uniwersytet). Studenci WUM korzystają najczęściej z tego ubezpieczenia (pakiet 3). W moim przypadku tyle wystarczyło. Wiem, że w innych szpitalach potrzeba było więcej dokumentów lub konkretne formularze podań do wypełnienia. Czasami potrzeba zgody oddziałowej, prezesa/dyrektora szpitala, więc trochę biegania jest, ale wszystko do zrobienia.
Następnym krokiem jest ustalenie dat dyżurów i pojawienie się na nich 😄.


Co należy zrobić w sytuacji, gdy praktyki chcemy odbywać poza Warszawą? Sprawa się odrobinę komplikuje, ponieważ szpital musi podpisać umowę z Uniwersytetem.

U mnie wyglądało to tak, że zaczęłam od wykonania telefonu do działu szkoleń w szpitalu, by dowiedzieć się, czy jest szansa na przyjęcie na dane oddziały i jakie mają być moje następne kroki.
Wysłałam wszystkie badania, ubezpieczenia, podanie zawierające wykaz oddziałów, godzin i zakres dat, w których jestem skłonna przyjść na dyżur oraz skierowania do dyrektor szpitala. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi zgłosiłam się do dziekanatu z prośbą o przygotowanie umowy, którą muszą podpisać obie strony, a po jednym egzemplarzu zostaje w każdej z jednostek.

Zanim dziekan podpisał moje dokumenty, zdążyłam pojechać na majówkę do domu. Później okazało się, że umowę muszę odebrać osobiście, więc pojechałam specjalnie do Warszawy (przy okazji przywożąc rower 💖), tego samego dnia wróciłam do Bielska, dwa dni później zawiozłam dokumenty do szpitala i znowu pojechałam do Warszawy, już na zajęcia. Jeden egzemplarz umowy odebrali i wysłali mi pocztą rodzice. Nie mają ze mną łatwo. Kolejnym krokiem będzie spotkanie się z oddziałową, aby ustalić konkretne daty dyżurów i pojawienie się na nich, ale to po sesji.

Na zakończenie praktyk na danym oddziale zbieramy podpisy w książeczkach (w kilku miejscach, żeby nie było za łatwo) i na skierowaniach. Skierowanie składamy w dziekanacie i voilà! Praktyki indywidualne zaliczone!

czwartek, 27 maja 2021

Zaczynamy dzień od tulenia dzieci, czyli o oddziale patologii noworodka

Po pobycie na tym oddziale mam niedosyt. Niestety program nie przewiduje tam wiele godzin, zaledwie jeden tydzień, po 5 godzin dziennie. W porównaniu z salą porodową i patologią ciąży jest to niesłychanie mało.

Na patologii noworodka czułam się w miarę pewnie. Był to kolejny "schematyczny" oddział, tylko z noworodkami, głównie wcześniakami. Przerażało mnie jedynie pobieranie krwi u dzieci, ale akurat tego nie robiłyśmy, chyba nawet nie widziałam tej procedury. Pobierałam za to gazometrię, czyli nakłuwałam stópkę, aby pobrać krew włośniczkową. Nie było to takie przerażające. Położne z oddziału powiedziały mi, że bardzo łatwo się przyzwyczaić do kłucia noworodków, więc jakbym rozważała pracę tam, to nie ma się czego bać. Wierzę im z całego serca.

Na patologii noworodka znajdują się głównie wcześniaki, ale zdarzają się donoszone dzieci, u których punktacja Apgar nie była najlepsza. Część z noworodków znajduje się w inkubatorach zamkniętych, z czego u części wspomagany jest oddech (ale niekoniecznie są zaintubowane, takie leżą na intensywnej terapii noworodka). Dzieci w lepszym stanie leżą w zwykłych szpitalnych wózeczkach/łóżeczkach.

Nie wiem czy to z powodu wirusa, czy tak po prostu działa oddział, ale rodzice mogli odwiedzać swoje dzieci tylko na kilka godzin, większość co drugi dzień. Mamy przynosiły wtedy swoje odciągnięte mleko, karmiły piersią, donosiły ubranka, pieluszki i oczywiście kangurowały, tuliły się z dzieckiem. Mam nadzieję, że nigdy nie przekonam się jak trudne dla rodziców jest widywanie maluszka tylko przez chwilę dziennie, bolało mnie zwykłe patrzenie na takich rodziców.

Nawiązując do tytułu postu, należałoby wspomnieć o pierwszej godzinie na oddziale. Przychodziłyśmy na 8:00, akurat, by przygotować dzieci do karmienia. Część dzieci karmiona jest poprzez sondę, więc zakładałyśmy je im przez nosek. Następnie je przewijałyśmy i gdy nadeszła odpowiednia godzina, podłączałyśmy mleko do sondy. Jednak naszą ulubioną czynnością było karmienie dzieci butelką. Noworodki i niemowlaki wyglądają hipnotyzująco podczas jedzenia. Siadamy sobie wtedy z takim maluszkiem ułożonym w odpowiedniej pozycji, podajemy butelkę i obserwujemy jak sobie radzi. Młodszym dzieciom mleko czasami "ucieka" kącikami, ale z czasem się uczą łapać cały smoczek i jedzą "czysto". Po opróżnieniu butelki, układamy dziecko na ramieniu, aby mu się odbiło. Wszystkie dzieci mi wtedy zasypiały. Aż żal było odkładać je do łóżeczka. Zdecydowanie najlepsza część dnia.

Długo zastanawiałam się co oznacza, że dziecko "ulewa". Miałam ogólne pojęcie na ten temat, ale tylko tyle. Jeden pacjent dosadnie mnie uświadomił w temacie. 😂

Czekałyśmy na podgrzanie się mleka, gdy na całą salę komuś porządnie się odbiło. Podeszłam do maluszka zobaczyć, co się stało, a widok jaki zastałam, długo zostanie mi w pamięci. W mleku, które się ulało, był kocyk, prawie całe body, spodenki, czapeczka, dwie tetrowe pieluchy i poszewka na materacyk. Było ono dosłownie wszędzie. Nie wiedziałam jak dziecko ułożyć, by podczas przebierania nie pobrudzić nowych ubranek, a potem jak przebrać materacyk, jednocześnie trzymając na rękach maluszka. Koniec końców, wszystko się udało, a my zyskałyśmy kolejne zabawne wspomnienie z praktyk.

Z każdym oddziałem czuję coraz bardziej, że nie popełniłam błędu wybierając kierunek. Proporcjonalnie natomiast maleje moja wiedza na temat tego, na którym z nich dokładnie chcę pracować po studiach. 😕😂

wtorek, 6 kwietnia 2021

Sala porodowa i tysiąc różnych emocji

Niesamowicie się bałam tego oddziału. Szczerze mówiąc, to dalej nie jestem najspokojniejsza idąc na dyżur. Sala porodowa to miejsce, gdzie nigdy nie wiesz, co się wydarzy, czy się wydarzy, ani w jakim tempie.

W szpitalu na Bródnie uczestniczyłam w 4 porodach, a na moje ręce na świat przyszło troje dzieci, Wiktor, Eryka i Laura.

Uczestniczyłam również w kilku cesarskich cięciach jako "brudna" instrumentariuszka (czyli ta, która nie ma sterylnych rękawiczek i wyrzuca sterylnie potrzebne rzeczy na stolik, cewnikuje pacjentkę.

Pierwszy poród, przy jakim byłam (i który przyjęłam na cztery ręce razem z położną) był dla mnie fascynujący, wręcz magiczny. Z pacjentką nawiązałam naprawdę fajny kontakt, poród położna prowadziła łagodnie i powoli, pacjentka z nami wspaniale współpracowała. Naprawdę życzę każdemu takiego pierwszego zetknięcia z narodzinami.

Nie łudźcie się, że ja dokładnie wiedziałam, co mam robić i gdzie kiedy stać. Plątałam się położnej pod nogami jak mały intruz, nie wiedziałam kiedy dokładnie się umyć, kiedy rozłożyć zestaw do porodu, łóżko. W przyjęciu łożyska też potrzebowałam pomocy, bo miałam wrażenie, że mi wypadnie z rąk. Fantomy jednak nie oddają rzeczywistości we właściwy sposób. Teorię mogę sobie znać, przydaje się bardzo, ale praktyka to zupełnie inny świat, pełen zaskoczeń.

Na zajęciach akademickich, gdy uczymy się całej "otoczki" porodu, to uczymy się tego powoli, w pełni skupieni uważamy na to, co robimy. Na sali porodowej trzeba zdecydowanie przyspieszyć. Tak przynajmniej z 10 razy.

Drugi poród, w którym uczestniczyłam, dział się tak szybko, że mało co z niego pamiętam. Pacjentka na izbie miała rozwarcie na 8 cm, u nas na oddziale od razu 10 i wytaczającą się głowę. Nikt się nie zdążył porządnie ubrać, potrzebowałyśmy z położną dodatkowych par rąk do pomocy, bo czas nas gonił, ja jeszcze nie do końca wszystko ogarniałam (mój drugi poród - miałam prawo), a pacjentka nie współpracowała. W momencie, gdy w największym stresie życia w końcu założyłam (oczywiście za duże o 3 rozmiary) sterylne rękawiczki, dziecko było już na świecie, ja jedynie pomogłam tacie przeciąć pępowinę i przyjęłam łożysko.

W jakimś stopniu jestem perfekcjonistą, bardzo nie lubię, gdy nie wiem, co mam robić, gdy coś mi nie wychodzi kolejny raz (choć mam pełną świadomość, że dopiero się uczę i ma prawo), albo potrzebuję pomocy ze względu na moją niekompetencję. Podczas tego porodu byłam chyba najbardziej zagubionym i zdenerwowanym człowiekiem na ziemi. Byłam też (niesłusznie) zła na siebie, bo choć bardzo chciałam i starałam się robić co do mnie należy, nie dawałam rady. Podczas tego porodu po raz pierwszy, przez dosłownie kilka sekund pomyślałam sobie, że może położnictwo nie jest dla mnie. W domu musiałam odreagować (więc klasycznie coś upiekłam 😂) i odespać to wydarzenie, by pełna nowych sił i motywacji wrócić dwa dni później na kolejny dyżur. 😅

Trzeci i czwarty poród to znowu przyjemny i magiczny świat. Podobno po trzecim wyszłam z sali jak odmieniony człowiek i cały dzień emanowałam dumą z samej siebie. Tak też się czułam. Gdy koleżanka postanowiła mi zademonstrować moje wyjście z sali, popłakałam się ze śmiechu.

Z każdym porodem zyskuję większą pewność siebie, moich decyzji i działania. Myślę, że gdyby następny poród był w stylu tego drugiego, to już bym sobie poradziła. Nie idealnie, ale poradziłabym sobie. Ale nie chcę tego sprawdzać! 😜

Na koniec ponarzekam jeszcze na studentów kierunku lekarskiego, którzy wchodzą na salę, by zobaczyć poród. Wiem, że muszą mieć jakieś doświadczenie i jakiekolwiek pojęcie na temat przyjęcia porodu siłami natury, ale serio, niech siedzą w jego trakcie cicho, ich obecność dla nas, studentek położnictwa, jest wystarczająco stresująca. Po przyjęciu łożyska czekałam z ocenieniem go na położną, bo mogłabym czegoś nie zauważyć, uszkodzić je. Powtarzałam sobie w głowie, co mam zrobić i w tym momencie nachyla się do mnie student lek-u i mówi mi wyniośle "łożysko musisz ocenić". No co ty nie powiesz człowieku. W tamtej chwili, na temat oceny łożyska, miałam większą wiedzę niż on. Pewność siebie zdecydowanie odwrotnie...

Osobiście odnoszę wrażenie, że pacjentkom nie za bardzo podoba się tak liczna "widownia" w postaci studentów przy porodzie, ale wstydzą się o tym powiedzieć. Kim innym jest studentka, która zajmuje się pacjentką dłuższy czas, wspiera ją, przyjmuje poród lub asystuje przy nim, czy lekarz który stoi na sali "w razie czego", a kim innym są studenci (niezależnie od kierunku), którzy stoją i nic nie robią.
Chciałam właśnie napisać, że nigdy nie weszłabym na salę, gdybym była tam zbędna. Potem przypomniałam sobie, że niewiele brakowało, bym raz dołączyła do grona niepotrzebnych gapiów. U pacjentki mojej koleżanki musiało zostać wykonane ręczne wydobycie łożyska, którego nigdy na żywo nie widziałam. Położna ustawiła mnie w rogu sali, abym obserwowała zabieg. Chyba mi trochę ulżyło, gdy mąż pacjentki poprosił, by na sali zostało mniej osób, przez co wszyscy studenci (łącznie 6 osób) wyszli. Czułam się tam co najmniej nie na miejscu, jakbym wchodziła z butami w czyjś prywatny, intymny świat. Kto wie, może "zbędna widownia" przy porodzie fizjologicznym ma podobne odczucia jak ja?

Po 8 dyżurach stwierdzam, że odnalazłabym się w pracy na sali porodowej. Byłoby to dla mnie duże wyzwanie, ponieważ musiałabym wyjść ze swojej "strefy komfortu", czyli uporządkowanej, bardziej przewidywalnej pracy na oddziałach takich jak patologia ciąży, czy położnictwo. Rok temu zdecydowanie bardziej wiedziałam na jakich oddziałach ewentualnie widzę się w przyszłości. Obecnie widzę jedynie ogromny wachlarz możliwości. Co wybiorę, to pokaże przyszłość.

poniedziałek, 22 marca 2021

Patologia ciąży

Ponad tydzień temu ukończyłam praktyki na pierwszym z oddziałów, które muszę poznać w 4 semestrze. 
Nie ukrywam, że kiedyś (dawno i nieprawda) myślałam, że patologia ciąży to nudny oddział, bo nie ma dzieci i rodzących, mało autonomii, wykonujemy czynności czysto pielęgniarskie. Jak bardzo się myliłam!! 
Jak już poprzednio wspomniałam, oddział niesamowicie mi się podobał. Nie wiem, czy w każdym szpitalu, ale na "Żwirkach" dużo się na patologii dzieje, jest wiele przyjęć, przekazywania czy wypisywania. Miałyśmy to szczęście, że naprawdę wiele czynności mogłyśmy samodzielnie wykonywać. 
Pobieranie krwi nie sprawia mi już trudności (chyba, że żyły są naprawdę trudne albo pacjentka jest obrzęknięta - wtedy NIC nie widać i ledwo czuć), zakładanie wenflonu na dłoń muszę zdecydowanie poćwiczyć, trafiłam na naprawdę niełatwe przypadki, więc było trudno, ale gdy pacjentka miała piękne żyły, była dobrze nawodniona, to wkłułam się za pierwszym razem, bez najmniejszych problemów. Przygotowałam też tyle antybiotyków, iż mam wrażenie, że jestem je w stanie zrobić przez sen. Pięć razy asystowałam przy zakładaniu cewnika Foley'a do preindukcji porodu, raz byłam przy zakładaniu Pessara na szyjkę (jego rozmiar był dla mnie szokiem, naprawdę współczuję pacjentkom momentu zakładania go, bo jest on naprawdę bolesny).
Niektóre pacjentki, ze względu na stan zdrowia, swój lub dziecka, leżą na oddziale patologii dłuższy czas. Z kilkoma z nich nawiązałyśmy naprawdę fajny kontakt, aż smutno było się potem pożegnać. Podłączanie KTG czy wysłuchiwanie maluchów sprzyja rozmowom, ponieważ czasami znalezienie FHR to prawdziwe wyzwanie, szczególnie we wczesnych ciążach. Naprawdę wiele razy spędzałyśmy dłuższą chwilę w jednej sali, bo opiekując się pacjentką, tak swobodnie nam się rozmawiało, że się zagadałyśmy. 
Właściwie umiejętność rozmowy z pacjentkami, a nawet ich zagadywanie bardzo się przydaje. Wbrew temu, co mówią, nie wszystkie znoszą pobieranie krwi "bardzo dobrze". Widać po nich stres, zaciśnięte zęby, jeszcze zanim zdążymy zbliżyć igłę do skóry. Szczególnie gdy usłyszą, że jesteśmy studentkami. Rozumiem to, ja sama nie znoszę, gdy ktoś musi na mnie wykonać jakiś zabieg. Odwracam wówczas głowę i staram się myśleć o czymś innym, o tym co pomaga. Do tego samego staram się namówić pacjentki. Rozmawiamy wtedy o maluchu, starszych dzieciach, nawet o ich zawodzie. Pamiętam, że do jednej z nich, wyjątkowo zdenerwowanej, nawijałam jak katarynka, gdy moja koleżanka przygotowywała się i pobierała krew. Wydaje mi się, że pacjentkę uspokoiłam, choć może była po prostu zaskoczona ilością słów, które wypowiedziałam w ciągu 30 sekund. Ja na pewno byłam… :)
Pacjentki są bardzo różne. Od tych, które przyjmują bardzo roszczeniową postawę, poprzez rozgadane, zamknięte w sobie, po takie, które najchętniej by nas przeprosiły za to, że musimy się w ich słabe żyły wkłuć.Jednak nie mnie oceniać ich postawę. Każdy z nas reaguje inaczej na nieprawidłowości, każdy ma inną potrzebę ilości i jakości opieki, każdy się boi i denerwuje na własny sposób. Nigdy do końca nie wiemy, w jakim środowisku pacjentka na co dzień żyje, co nią kieruje, jakie historie ciążowo-porodowe (i na ile rzetelne)  do niej dotarły. Każdą pacjentkę traktujemy z należytym szacunkiem i oferujemy jej najlepszą możliwą opiekę, nie ignorując żadnych, nawet najbardziej nieprawdopodobnych dolegliwości. To jest rola położnej, wspierać, nie oceniać. 
Czasami patrząc na uśmiechniętą, rozgadaną i pozytywnie nastawioną  pacjentkę, można się naprawdę zdziwić, jak wiele schorzeń u niej występuje i co znajdziemy w historii jej choroby. Podziwiam takie kobiety. 
Zastanawiałam się ostatnio, czy gdybym trafiła na inną grupę, to dyżurowałoby mi się równie dobrze. W naszej grupie współpracuje nam się naprawdę bezproblemowo, nie utrudniamy sobie życia, powiedziałabym wręcz, że robimy, co możemy, by je ułatwić, gdy sytuacja tego wymaga, pomagamy sobie, podpowiadamy. Na szczęście wszystkie jesteśmy “ogarnięte” i wystarczająco zorganizowane, więc szybko dzielimy się pracą,  ustaliłyśmy nawet sobie kolejkę, według której wykonujemy procedury, by nic żadnej z nas nie ominęło.   Wydaje mi się, że położne doceniają tę naszą pracę zespołową i to, że garniemy się do pracy i pomocy. Ufają nam przez to bardziej, a co za tym idzie - pozwalają zrobić więcej !
Na patologii ciąży spędziłyśmy sześć 12-godzinnych dyżurów, miałyśmy także kilka godzin zajęć zdalnych/seminaryjnych. Gdy nareszcie zaczęłam się czuć na oddziale "jak u siebie", musiałam go pożegnać, aby zacząć praktyki w innym miejscu.  Przed sobą mam jeszcze kilka oddziałów. Następny? Sala porodowa. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 16 marca 2021

Awersja względem komputera

Jak zwykle napisałam coś i nie pamiętałam, by sprawdzić i opublikować…

Potrzebowałam tych (odległych już) ferii. Przez niezaliczoną anatomię nie odpoczęłam w czasie wakacji, a przynajmniej nie psychicznie.

Zdalne nauczanie było dla mnie męczące w tak dużym stopniu, że nie mogłam nawet patrzeć na komputer, a sama myśl o tym, że muszę go uruchomić podczas ferii, napawała mnie odrazą i zniesmaczeniem (mimo że nie używałam go wtedy do nauki). W sumie wiele się nie zmieniło, dalej otwieram go w ostateczności. Po tym roku laptop kojarzy mi się jedynie z obowiązkami i nauką. Do tej pory, w podróży zawsze sobie coś oglądałam, jakoś musiałam sobie zająć te 3-5 godzin jazdy. Nie wymaga to ode mnie większego zaangażowania umysłowego, uważałam oglądanie za odprężające zajęcie. Obecnie komputer jedzie sobie grzecznie w walizce, a ja spędzam czas czytając lub po prostu patrząc w okno. Wszystko, byle nie patrzeć w ekran. Wolę nawet nie myśleć, jak bardzo pogorszył się mój wzrok. Chyba powinnam ponownie zacząć nosić okulary (mam naprawdę minimalną wadę, -0,5), a może nawet powinnam się wybrać do okulisty na kontrolę? Chyba wszyscy powinniśmy o tym pomyśleć.

Na szczęście 4 semestr jest głównie stacjonarny, zajęcia odbywają się w szpitalach. Realizowane tam przedmioty to PiOP, na oddziale patologii ciąży, TPiPP na bloku porodowym, chirurgia, choroby wewnętrzne na oddziale internistycznym, pediatria, neonatologia. Poza tym mamy kilka zajęć na Teamsie lub stacjonarnie. Są nimi angielski, diagnostyka medyczna, ćwiczenia z farmakologii oraz wf.

W tym semestrze zostałyśmy podzielone na mniejsze grupki, nazwane a-f, po 3-4 osoby. W tych grupkach wchodzimy na dyżur. Tyle dobrego z wirusa, gdyby nas było więcej, to dużo bardziej byśmy się nudziły, mniej procedur każda z nas by wykonała. Ta mała ilość osób na dyżurze powinna już zostać na stałe, bo naprawdę dobrze się tak pracuje.

Jestem już po pierwszym oddziale, w moim wypadku patologii ciąży, ale tak bardzo mi się tam podobało, że należy się temu osobny wpis.

wtorek, 2 lutego 2021

O tym, jak sylwester mnie ominął i o oddziale położniczym

Tak jak pisałam Wam poprzednio, zapisywanie się na dyżury mentoringowe wygląda na zasadzie dopisywania się na dyżury konkretnych położnych. Pod koniec grudnia dostałyśmy grafik styczniowy. 

W szpitalu, do którego przypisana jest moja grupa, na oddział położniczy możemy przychodzić tylko na dzienne dyżury. Dlatego trudniej jest się dopasować. W drugiej połowie miesiąca czekały nas jeszcze zaliczenia, więc każdemu zależało, by do szpitala pójść początkiem stycznia. W tym mnie.
Z 23 terminów zdecydowałam się wybrać wszystkie, gdy nie muszę za bardzo kombinować z przesuwaniem zajęć, czyli 13 dyżurów. Wpisałam nawet 1 stycznia.

Gdy dostałyśmy od naszej starościny uzupełniony grafik, okazało się, że dostałam 3 dyżury z mojego drugiego wyboru. W tym 1.01.2021. Gdybym tego dnia nie podała, nie wiem, czy miałabym dyżury u tej samej położnej (co jest lepsze i co jest naszym priorytetem podczas ustawiania dyżurów), czy dzielone. Dlatego podałam wszystko, co możliwe, licząc się z konsekwencjami. Poza mną, tylko dwie dziewczyny podały dyspozycyjność tego dnia, obie mają po 3 dyżury u innych położnych, więc na tym konkretnym dyżurze byłam jedyną studentką na oddziale. Więcej dla mnie do zrobienia, nauczenia się i wpisania do książeczki! Z drugiej strony nie ma z kim poplotkować i ponarzekać. Ale nie nudziłam się!

Nie miałam planów na Sylwestra. Szczerze mówiąc, to nie mam ich od kilku lat, więc COVID mi nic nie pokrzyżował. Od liceum obracałam się w towarzystwie, gdzie Sylwestra spędza się z „poprzednią ekipą” (trzeba jeszcze taką mieć). Planowaliśmy z rodzicami wieczór gier i filmów. Trochę mi smutno, że mnie to ominęło. Uwielbiam grać w planszówki, ruszyć szare komórki inaczej niż podczas nauki.
Odkąd wybrałam położnictwo, to śmiałam się, że branie sylwestrowych dyżurów nie będzie dla mnie w przyszłości w pracy problemem. Nie spodziewałam się, że zacznę już jako student. Jakoś, gdy podawałam datę 1.01, nie dotarło do mnie, że w sylwestra muszę wsiąść w pociąg i wrócić do Warszawy, a po dotarciu na miejsce pójść spać, by wstać o 5 rano. A co najgorsze, znowu musiałam zostawić mojego kotka w innym mieście!

Dzień na oddziale był spokojny, ponieważ to świąteczny dzień, bez planowych cięć cesarskich, badań, które można odłożyć na następny dzień. Przystawiałam maluszki do piersi, pomagałam je ubierać i przewijać, ważyłam je, przygotowywałam i roznosiłam leki, wykonałam kilka zastrzyków przeciwzakrzepowych (czyli iniekcję podskórną, zazwyczaj w brzuch, ale można również np. w ramię), podłączałam kroplówki i pobierałam krew.

Drugi dyżur trafił mi się we wtorek, zwykły dzień, więc pracy było dużo więcej, ale byłam z tego powodu zadowolona. Ile ja się tego dnia dzieci nanosiłam i naubierałam! Gdy pacjentka przyjeżdża na oddział położniczy po cięciu, do nas należy ubranie noworodka i przystawienie do piersi. Jedna z pacjentek (której pomagałam w „uruchomieniu” po cięciu) miała kochane dziecko-przylepę. Co próbowałam odłożyć małego do wózeczka, by mama mogła się przespać, odpocząć, to chłopczyk się budził i zaczynał płakać. Uspokajał się tylko na rękach, przytulony. Gdy mama wyszła na chwilę do łazienki, to oczywiście mały człowiek protestował, ale bardzo szybko się uspokoił, gdy zamiast zostawić w wózeczku, wzięłam go na ręce. Mama nie będzie miała z nim łatwo. Z jakiegoś powodu był to do tej pory mój ulubiony pacjent. Zapamiętam go na długo.
Tego dnia nowością dla mnie było wykonanie zastrzyku domięśniowego (zakończonego sukcesem i bardzo miłym komentarzem pacjentki) i badanie słuchu dzieciom. Badanie to nie jest trudne do wykonania, gdy są zachowane odpowiednie warunki (cisza na sali i spokojne dziecko). Specjalną końcówkę wkłada się do kanału słuchowego dziecka, a urządzenie od WOŚP robi resztę. Czasami badanie wychodzi nieprawidłowe, ale nie oznacza to od razu, że dziecko ma zaburzenia słuchu, możliwe, że w uszku znajduje się jeszcze maź płodowa, która zaburza wynik. Powtarza się wtedy badanie następnego dnia lub dwa dni później.

Trzeci dyżur, choć w niedzielę, też był pracowity. Zmieniałam chyba milion kroplówek, podawałam zastrzyki przeciwzakrzepowe, wykąpałam czworo dzieci (trójka płakała jakbym je co najmniej ze skóry obdzierała, a jedno okazało się miłośnikiem kąpieli), mierzyłam słuch dzieciom stresując się przy tym niemiłosiernie, ponieważ dopiero w czwartej, czy piątej sali wynik był prawidłowy. Położna po mnie sprawdziła i okazało się, że nie popełniłam błędu, dzieci zostały skierowane na dalsze badania. Nowością był zastrzyk domięśniowy, profilaktyka, gdy mama ma ujemny czynnik Rh, a dziecko dodatni. Oczywiście pomagałam w przystawianiu do piersi (idzie mi to coraz lepiej!), przewijaniu, ubieraniu.

Moja siostra mnie wyśmiała i stwierdziła, że nadaję się na położną, gdy radośnie opisałam jej sytuację, gdy widziałam oddanie pierwszej smółki dziecka. „Skoro ty się kupą fascynujesz, to dobrą położną będziesz”. Kryteria ma dziwne, ale komplement przyjmę…

Aby ostatecznie móc wypisać dziecko, potrzebny jest prawidłowy pomiar saturacji (powyżej 96%). Jeszcze nie spotkałam się z dziećmi, które tę saturację miałyby nieprawidłową, ale aparat co chwilę tak pokazuje, ponieważ stópki dziecka są zimne. Wskazówka ode mnie → stopa w skarpetkę i pocieramy (dosyć porządnie) minutkę lub dwie, jeśli to nic nie daje, prosimy mamę, by robiła to samo, a my wracamy za kilkanaście minut. Do tej pory niezawodny sposób.

Tego dnia miałyśmy dużo wypisów, a było naprawdę bardzo zimno, więc wszystkie dzieci, które odprowadzałyśmy do wyjścia musiały być poubierane na cebulkę i wyglądały jak małe, puchate bałwanki. Zapinając je w fotelikach ciężko było określić, jak mocno zacisnąć pasy na tej ilości ubranek, ale zawsze sobie jednak radziłyśmy. Ja sama chyba trzy pacjentki odprowadziłam. Od rodziców pewnych kochanych bliźniaków dostałyśmy nawet torcik na pożegnanie. Było nam miło i niezręcznie jednocześnie. Zwykłe „dziękuję” naprawdę wystarczy, wykonujemy w końcu tylko naszą pracę. Torcik był pyszny, ale przez takie prezenty położne tyją!