sobota, 19 grudnia 2020

Ulubiony serial? "Call The midwife"!

Ostatnio natknęłam się w Internecie ma mema o ulubionym serialu. Pierwsze, co wtedy wpadło do mojej głowy, to było właśnie "Call the midwife" ("Zawołajcie położną"). Zdziwiłam tym samą siebie, ponieważ przez bardzo długi czas moim ulubionym serialem było "Grey's Anatomy" ("Chirurdzy"). 

Podczas wakacji przed pierwszym rokiem, oglądnęłam 8 dostępnych wówczas sezonów i przepadłam. Z każdym odcinkiem coraz bardziej czułam, że położnictwo to to, co chcę robić w życiu.
Historia serialu odbywa się w angielskim miasteczku Poplar, w latach 50 i 60.  Pierwsze 3 sezony były luźno oparte na książce Jennifer Worth "Z pamiętnika położnej" (którą również mam ochotę przeczytać, ale nie mogę jej znaleźć po polsku).
Początkowo główną bohaterką jest Jenny, trzy inne położne oraz siostry zakonne, które również pracują jako położne. Obserwujemy ich prywatne perypetie, wzloty, upadki.
Serial uwzględnia wiele wydarzeń i innowacji w dziedzinie medycyny, które naprawdę miały miejsce. Mam na myśli na przykład zakazanie używania Talidomidu, wprowadzanie obowiązkowych szczepionek, stopniowe przenoszenie się porodów z domów do szpitali, wprowadzenie w obieg pierwszych tabletek antykoncepcyjnych, niebywale niebezpieczne i liczne problemy związane z praktykowaniem nielegalnej aborcji. Poruszane zostają również problemy społeczne, np. alkoholizm, niepełnosprawność umysłowa, rasizm.

Muszę przyznać, że nie raz (prawdę mówiąc, bardzo często) zdarzyło mi się wzruszyć podczas oglądania. Na prawie każdy poród reaguję tak, jak studentki położnictwa zazwyczaj reagują na pierwsze porody zobaczone na żywo. 

Dodatkowym atutem serialu są stroje! Lata 50 to moda dla mnie. Próbuję sobie "przemycać" do własnej garderoby elementy pasujące właśnie to tamtych czasów. Rozkloszowane spódnice i sukienki są moimi ulubionymi elementami. W latach 60 przestałam się odnajdywać, ta moda zawsze była dla mnie troszkę zbyt ekstrawagancka. Lubię czasami sobie wrócić do pierwszych sezonów i popatrzeć na sukienki Trixie, czy Jenny. Są śliczne.

Ścieżka dźwiękowa też jest cudowna. Youtube już mi sam proponuje powrót do odsłuchania jej.

Serial ma obecnie 9 sezonów, kręcony jest następny (mimo pandemii, świąteczny odcinek powstał zgodnie z planem!). Mam nadzieję, że serial będzie emitowany jeszcze długo. Z powodu nawału nauki i zajęć (i tego, że święta się zbliżają), odłożyłam sobie część odcinków na później. Zazwyczaj włączam sobie odcinek, gdy jest mi źle i mam wrażenie, że cały świat jest przeciwko mnie. Przypominam sobie wtedy dlaczego studiuję, co studiuję, znajduję jakieś nieodkryte pokłady motywacji do dalszej pracy i nauki mniej lub bardziej przyjemnych przedmiotów.

Całym położniczym serduszkiem polecam ten serial wszystkim, a przede wszystkim tym, którzy studiują, lub planują studiować medyczny kierunek. 

Wesołych Świąt!

niedziela, 13 grudnia 2020

Pierwszy dyżur!

Jak ja na niego czekałam!

Od ostatniego wpisu, nastąpiły oczywiście zmiany na plus. Obecnie nie musimy wysyłać podań o wolontariat do szpitali i liczyć na przyjęcie. Teraz dostajemy grafik położnych z przypisanego do naszej grupy szpitala, wpisujemy się na dyżur (maksymalnie dwie osoby do jednej położnej) i przychodzimy na 12 godzin. Na sali porodowej można było zapisać się również na noc. W drugim semestrze, gdy zajęcia praktyczne są wpisane w plan zajęć, zapisy będą wyglądać zupełnie inaczej, ale jak, to się jeszcze okaże. 

W mojej grupie byłam w drugiej "dwójce", która była na dyżurach  na przełomie listopada i grudnia.

Zaczęłyśmy od porodówki, ale nasza mentorka, podczas pierwszego dla nas dyżuru, przypisana była do położnic tam przebywających, więc zajmowałyśmy się tylko nimi. Zarówno ja, jak i moja koleżanka, byłyśmy z tego powodu zadowolone. Zaczęłyśmy na spokojnie, bez pośpiechu. 

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, to zważenie, zmierzenie i założenie pieluszki dzielnej dziewczynce. Byłam tak skupiona na tym, co i jak mam zrobić, że nie pamiętam jej imienia 😓. Pierwszy raz trzymałam na rękach takiego maluszka. Nie miałam wrażenia, że zaraz wyleci mi z rąk, ale tak okropnie się stresowałam tym, że ją źle złapię i to ją zaboli. Nawet nie zapłakała, więc sukces nr 1! Na wadze już nie było tak miło, bo zaczęła płakać. Ale to nie była moja wina, więc byłam spokojniejsza. Po powrocie na ręce uspokoiła się. Czułam się wtedy co najmniej wspaniale. Ważyłam tego dnia dwoje dzieci i oba maluszki płakały i wierciły się w trakcie. Chyba nikt nie lubi ważenia.

Mam wrażenie, że nauczyłam się bardzo dużo w trakcie tych 12 godzin. Pobierałam krew, przygotowywałam i podawałam leki, zdejmowałam wenflon, mierzyłam ciśnienie, przygotowywałam kroplówki, podałam nawet dziecku witaminę K! To ostatnie zdecydowanie było bolesne i nieprzyjemnie. Bardzo Cię maluszku przepraszam, ale ta iniekcja była nieunikniona. 

Następne dwa dyżury też mi się podobały. Szczególnie drugi, podczas którego opiekowałam się rodzącą. Niestety porodu nie doczekałam, ponieważ skończył mi się dyżur.

Co robiłam podczas tej opieki? Głównie trzymałam (dosyć mocno) pelotę KTG, dbając o ciągłość zapisu, bo lubiła się zsuwać. Zakwasy w prawej ręce miałam dobre kilka dni. Podłączałam również oksytocynę używając pompy i podgrzewałam pani groszki (termofor). Zbadałam również pacjentkę wewnętrznie. Starsze koleżanki mają rację, gdy mówią, że podczas pierwszego badania bardzo ciężko wyczuć cokolwiek. Wierzę, że ta umiejętność przyjdzie z czasem. Ćwiczenie czyni mistrza, prawda?

Jednak zanim "dostałam" pod opiekę rodzącą, znowu zajmowałam się położnicami. Podawałam antybiotyki (Taromentin i Unasyn przygotuję już z zamkniętymi oczami, obudzona w środku nocy), mierzyłam stan ogólny, pomagałam w przystawieniu dzieci do piersi, kontrolowałam bilans płynów, cewnikowałam (nie powinnam się z tego cieszyć, bo to nic przyjemnego dla pacjentki, ale jakoś mi ciężko się powstrzymać...), pielęgnowałam noworodka, pomagałam nawet w "uruchomieniu pacjentki" 2h po porodzie. 

Trzeci dyżur był bardzo podobny do pierwszego i początku drugiego. Nad rodzącą czuwała tym razem moja koleżanka, więc ja tego dnia znowu zajmowałam się położnicami. Czułam się już dużo pewniej. Wiedziałam gdzie co leży, jak przygotowywać leki. Dwa ostatnie dyżury miałam dzień po dniu, dlatego kojarzyłam część kobiet przebywających na oddziale. Bardzo to ułatwiło komunikację z nimi. Wydaje mi się, że nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktu z pacjentkami, przychodzi mi to naturalnie. Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, gdy wchodzę do sali, robię swoje i wychodzę. Staram się zawsze zapytać o samopoczucie, o to, jak się ma maleństwo. Przełamuje to pierwsze lody, pacjentka zaczyna nam ufać, istnieje mniejsze prawdopodobieństwo tego, że nam, studentkom, odmówi wykonania na niej zabiegu. Zdarza się, że pacjentki nie wyrażają zgody na np. pobranie krwi przez studentkę. Miałam taką sytuację. Na to nic nie poradzimy, pacjentka może mieć swoje powody, czasem całkiem słuszne. Moja pacjentka wiedziała, że naprawdę bardzo źle znosi pobieranie krwi. Teraz się cieszę, że to nie ja panią kłułam, bo tylko bym się zestresowała jej reakcją.

Bycie studentem na oddziale ma też swoje inne oblicze. Jesteśmy "do pomocy" w każdym tego słowa znaczeniu. Trzeba pozwijać wyprane pasy do KTG? Siedzimy i zwijamy. Trzeba pociąć ligninę? Maszynka w ręce i tniemy. Trzeba poskładać  foliowe fartuszki? Zadanie dla nas. Rozpakować dostawę, uzupełnić sale? Radośnie się za to zabieramy. Nie potrafię określić jak się na początku czułam wykonując te czynności. Kiedy niewiele się działo, był to sposób na nienudzenie się. Poza tym, ktoś to musi zrobić, dlaczego nie my, skoro mamy czas? Rozpakowywanie dostawy i uzupełnianie sal doceniłam na 3. dyżurze, gdy od innej studentki (to był jej 1. dyżur) usłyszałam słowa pełne podziwu, że wiem dokładnie w której szafce znaleźć zlecony lek, skąd wziąć strzykawki i igły, gdy zaczyna ich brakować. A w cięciu ligniny byłam całkiem dobra, cięłam w miarę prosto (nie wiem, czy jest się czym chwalić, ale serio z ostatnich porcji byłam całkiem dumna).


Czy mam jakieś rady dla tych, co swój pierwszy dyżur mają jeszcze przed sobą? 

Nie denerwujcie się nim. Wszyscy wiedzą, że to pierwsze zetknięcie ze szpitalem, więc ma się pewnego rodzaju "taryfę ulgową". Oczywistą sprawą jest to, że jesteśmy studentami, mamy prawo popełniać błędy, nie umieć wykonać podstawowych czynności.  Ja osobiście nie spotkałam się z tym, by ktoś mnie źle potraktował, gdy czegoś nie wiedziałam lub nie umiałam zrobić. Mam jednak świadomość, że niestety takie sytuacje się zdarzają. Nie należy brać wtedy takich słów do siebie i robić swoje. Jeżeli ktoś ma odwagę, to można przypomnieć, że jesteśmy początkującymi studentkami, choć szczerze mówiąc, ja bym chyba nie miała. 

Pytajcie. Nawet tysiąc razy. Lepiej zapytać kolejny raz niż popełnić błąd. Nie próbujcie odpowiedzieć pacjentce na pytanie, gdy nie macie wiedzy na dany temat. Bieganie tam i z powrotem na odcinku "dyżurka-sala pacjentek" to norma. Osobiście uważam, że pytając, pokazujemy chęć nauki, pomocy, "bycia przydatnym". To procentuje. 

Nie bójcie się wykonywać zabiegów, przygotowywać leków. To jest przerażające na początku, bo co innego rozpuścić sobie w domu Gripex, a co innego przygotować antybiotyk dla obcej osoby. Uważam, że wręcz należy się "pchać", gdzie tylko się da, do jakiejkolwiek czynności. Czasami położne (nie mentorki) pytają czy któraś ma czas albo czy zrobiłaby to i to. Krzyczycie tak, odkładacie jedzenie i biegniecie się uczyć. Dzięki takiemu zachowaniu pomagałam uruchomić pacjentkę po porodzie. Dlatego, gdy później pomagałam koleżance zrobić to samo, ja robiłam za tą "doświadczoną".

Ostatnia "rada" nie jest aż tak ważna, jeśli chodzi o naukę, ale uważam, że bardzo ułatwia funkcjonowanie na oddziale. Żyjcie w przyjaznych stosunkach z koleżankami z dyżuru. Nawet, jeżeli widzicie kogoś po raz pierwszy w życiu i myślicie sobie "to my razem studiujemy?" Wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia, by trafić na dyżur z kimś, kogo znają, a co dopiero z kimś, kogo szczerze lubią. Ja miałam. Mam nadzieję, że na oddział położniczy znowu trafimy w tym samym składzie, bo współpracowało się nam znakomicie.


Jestem teraz rozdarta. Uwielbiam święta i chciałabym, by trwały jak najdłużej. Pieczenie pierniczków, ubieranie choinki (i wdychanie jej cudownego zapachu!), świąteczne swetry i skarpetki, siedzenie przy kominku z kakao lub herbatą to zdecydowanie mój świat. Z drugiej strony w styczniu czekają mnie kolejne dyżury. Całe trzy, chyba że zdecyduję się na wolontariat (co nie zachęca, kiedy zaliczenia i sesja są na horyzoncie). 

Wesołych Świąt!

wtorek, 10 listopada 2020

Światełko w tunelu

Każdy wpis mam ochotę zacząć hasłem "Co za rok...". Oby ta pandemia się skończyła w najbliższym czasie (choć nic na to nie wskazuje...), bo moje studiowanie szlag trafi. 

Zdalne nauczanie zdecydowanie nikomu nie służy. Ani nam, studentom, ani prowadzącym. 

Oni wiedzą, że na naszym kierunku praktyka jest bardzo ważna i naprawdę możemy mieć w tym zakresie niedopuszczalne  braki. Wierzę, że wymyślenie jak nam ułatwić naukę on-line oraz prowadzenie zajęć przez komputer, w czasie których jedynie pokazuje się nam fantom, jest trudne i męczące. Tym bardziej, gdy odpowiedzialność za naszą wiedzę niejako leży na barkach nauczycieli. To właśnie nasze kochane Panie położne podsunęły nam pomysł na stworzenie własnych domowych fantomów, by móc jakkolwiek ćwiczyć chwyty i mechanizmy. Po mojego pluszowego lwa musiałam pojechać do Bielska- Białej, bo w Warszawie z pluszaków miałam jedynie macicę i komórkę nerwową... Nijak nie przypominają one noworodka. 

Jak się Wam podoba mój domowy fantom?

My wiemy, że nauka jest ważna i musimy się zebrać w sobie, choć czasy nie sprzyjają, Morale i motywacja 90% naszego roku spadły już tak bardzo, że chyba niżej się nie da. Jesteśmy zmęczone tym, że nie dostajemy informacji, nie mamy co przekazywać grupom. Ile razy można napisać "Nikt nie wie. Próbujemy się dowiedzieć. Nikt nam nie odpowiada. Naprawdę próbujemy poruszyć niebo i ziemię, by zdobyć jakiekolwiek informacje"? Ze strony zwykłego studenta dochodzi jeszcze nawał materiałów na platformie e-learningowej, które nie wiadomo kiedy się zamykają i, jak już wspominałam, brak motywacji. Zawieszenie zajęć kontaktowych skutkuje tym, że nie wiemy, czy i kiedy wejdziemy do naszych pracowni, Centrum Symulacji Medycznych i szpitala na zajęcia praktyczne, a do odrobienia mamy jeszcze zaległe godziny z 1. roku. Świadomość, że inne uczelnie nie mają aż takich obostrzeń nie poprawia humorów. Co z nas będą za położne, jeżeli połowę praktyk będziemy robić on-line? 

Bardzo ciężko pozostać optymistą w takich warunkach. Wychodzę jednak z założenia, że skoro w świecie jest równie dużo dobrego, co i złego, to za chwilę po prostu musi się pojawić coś pozytywnego. I tak było.

Po dwóch tygodniach niewiedzy coś ruszyło. W sobotę ze starościnami miałyśmy spotkanie z koordynator zajęć praktycznych, gdzie okazało się, że choć nie wracamy na razie do pracowni, to możemy pójść na wolontariat, na nasze oddziały, zaliczając przy tym zaległe praktyki. Niedługo dostaniemy wyczekane książeczki praktyk, więc oficjalnie wszystko będzie udokumentowane. Wolontariat oczywiście jest dobrowolny. Nikt, kto jeszcze nie chce wchodzić do szpitala, zwiększając ryzyko na zarażenie, nie będzie miał przez to problemów. Ja się zdecydowałam na skorzystanie z takiej możliwości. Trochę mi dziwnie być studentką drugiego roku, która na żywo porodu nie widziała... W najbliższych dniach wysyłam podanie i z podekscytowaniem oczekuję pierwszego dyżuru! 

Obecnie siedzę sobie w pociągu wracając do Warszawy, gdzie, mam nadzieję, moja produktywność wzrośnie. Motywację nową mam, świadomość, że muszę zorganizować sobie czas na ten wolontariat też, więc myślę, że łatwiej mi będzie zebrać się do systematycznej nauki, choćby po to, by udowodnić wszystkim wokół, a przede wszystkim sobie, że dam radę i nie jestem aż takim leniem. 

Trzymajcie kciuki, by mi się udało!

sobota, 17 października 2020

Przeprowadzka, anatomia i inne historie

Gdy wrzuciłam na Instagrama informację o poprzednim poście, obiecałam napisać, dlaczego prawie całe wakacje mnie tutaj nie było. Patrząc na tytuł chyba nietrudno się domyślić. 


W tym roku, niestety, moim priorytetem była nauka do poprawki z anatomii. Jeżeli ktoś przeczytał moje poprzednie posty, to wie, że uważam ten przedmiot za trudny i obszerny, a dokładny zakres materiału obowiązujący położnictwo nie jest mi znany. Poprawkę zdałam, ale dalej tego zakresu nie znam. 

Na szczęście nie byłam jedyną osobą, która nie zdała tego egzaminu, więc miałam do kogo się zwrócić po wsparcie i pomoc z jakimś pytaniem czy tematem, który sprawiał mi problem. Ostatni tydzień przed egzaminem nasz czat przypominał gorącą linię. 

Stresowałam się bardzo, ponieważ było to moje "być, albo nie być" na studiach. Pierwszy rok nie może być powtarzany, trzeba by się logować jeszcze raz, a potem nakłamać, że wcale się już nie studiuje tego kierunku. Ja nie chciałam tak robić, uznałam nielogowanie się za dodatkową motywację. Kolejną motywacją było wynajęte mieszkanie, trochę głupio nie zdać i nie studiować, a płacić za najem...


Długo zastanawiałam się jak się uczyć, z czego? Uznałam, że najpierw przeczytam podręcznik (korzystałam ze Skawiny, wydawnictwo UJ) skupiając się na "wskazówkach do ćwiczeń", następnie przeczytam wszystko, co miałam z wykładów (bardzo ważne!), a później przerobię pytania z poprzednich lat i innych źródeł (chyba najważniejsze). Na szczęście zadziałało.  Chcąc zrobić wszystko, co zaplanowałam na spokojnie, bez dodatkowego stresowania się, dałam sobie 8 tygodni na naukę. Wiedziałam, że nie chcę się uczyć w weekendy ani od rana do nocy, na pewno wypadną mi jakieś małe wyjazdy, goście, dni, z gorszym samopoczuciem. Miałam rację, ale gdyby nie te moje odstępstwa, to spokojnie zamknęłabym się w 3-4 niesamowicie intensywnych tygodniach. 

Gdybyście tylko widzieli jakie pozycje ja przyjmowałam w trakcie nauki... Na początku grzecznie siedziałam przy biurku, ale ile można? Moje stawy zaczęły krzyczeć o zmianę. Po jakimś czasie przeniosłam się na łóżko, a w ostatnim tygodniu przemieszczałam się po całym pokoju, kończąc bardzo często w jakiejś poskręcanej pozycji na macie do ćwiczeń. Co komu pasuje, prawda?

W dniu egzaminu wstałam zestresowana, ale z pozytywnym nastawieniem. Dzień wcześniej dostałyśmy informację, że mamy się nie martwić, bo egzamin będzie "do zdania". I był, pomimo ograniczenia czasowego średnio 42s/1  pytanie. Zakończyłam test i bałam się popatrzeć na wynik, choć czułam, że zdałam. Gdy się w końcu zdecydowałam, okazało się, że wyniki nie wyświetlają się od razu. Dostałyśmy je po południu, a ja w czasie oczekiwania zdążyłam posprzątać, upiec babeczki (wspominałam, że w nerwach piekę jak szalona?) i wylać swoje żale i niepewności siostrze na Messengerze. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, pozytywnym wynikiem. Radośnie mogłam zacząć nazywać się studentką drugiego roku.


Kolejną zajmującą mnie sytuacją była przeprowadzka z Dziupli do mojego nowego mieszkania, kawalerki 💓. To było bardzo przyjemne i wyczekiwane wydarzenie.

Tata mi powiedział, że wyposażenia mam szukać dopiero, gdy zdam anatomię. W sumie nie wiem, czy to był żart, czy nie... chyba nie chcę wiedzieć. Nie powstrzymało mnie to jednak od ciągłego przeglądania stron sklepów typu IKEA, planowania, co mi będzie potrzebne, gdzie co położę. 

Jeden z niewielu plusów wirusa, to więcej mieszkań pustych i do wynajęcia przez dłuższy czas. Rok temu znikały one jak świeże bułeczki już na początku lipca, a tym razem początkiem sierpnia ciągle było ich dużo. Oczywiście miało to związek z tym, że pierwsze listy pojawiały się dopiero w sierpniu, a część uczelni przeszła na całkowite nauczanie zdalne. Dla mnie, osoby, która miała umowę podpisaną do września, była to duża ulga, bo mogłam wynająć drugie mieszkanie później i płacić podwójnie tylko miesiąc. Małe pocieszenie w czasie pandemii, ale zawsze coś. 

Co do mieszkania samemu, uwielbiam to. Owszem, czasami brakuje mi kontaktu z innymi, nie mam z kim porozmawiać, ale potem myślę sobie, że mam kuchnię tylko dla siebie, mogę zostawić brudne naczynia "na później", a one nie będą nikomu zawadzać i od razu mi lepiej. A lekiem na samotność jest telefon i rozmowa z rodzicami czy znajomymi oraz te nieliczne wyjścia na zajęcia stacjonarne. Introwertykowi wystarcza 😁


Studia w systemie hybrydowym są... dziwne. Mają swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że więcej śpię, bo nie tracę czasu na dojazdy. Innym pozytywnym aspektem jest to, że część wykładów lub seminariów mogę przerabiać wieczorem, czy wręcz w nocy, siedząc z herbatą w dresie, pod kocem, robiąc przerwy kiedy mi to pasuje. Zajęcia na Teamsie, te w czasie rzeczywistym, też nie są aż takie złe, jest ich stosunkowo niewiele. Poniżej widzicie jeden z moich tygodni nauki. Dużo ćwiczeń mam przez krótki czas, zmieniają się na inne (dlatego tak bardzo potrzebny jest mi kalendarz).  Niektóre zajęcia mamy stacjonarnie co jakiś czas, by podsumować praktycznie teorię, którą przyswoiłyśmy w sposób zdalny (np. badania fizykalne).



Gdy tylko spotkałyśmy się stacjonarnie na TPiPP i neonatologii, wszystkie promieniałyśmy szczęściem, że nareszcie się widzimy, możemy zrobić coś na fantomach, a nie tylko uczyć się teorii przed komputerem. Myślę, że doceniłyśmy zajęcia kontaktowe jak jeszcze nigdy, a Centrum Symulacji jest wyczekiwane dużo bardziej niż rok temu (moja grupa nie zdążyła tam dotrzeć).

Nie wiemy, kiedy będziemy odrabiać zaległe godziny praktyk, wiemy jedynie, że będziemy. 

Co do minusów to na pewno warto wymienić brak kontaktu z grupą. Zamiast 20, widzę 6 osób raz, dwa razy na tydzień. Dodatkowo, nie do końca wiem, jak to się stało, ale zostałam starostą swojej grupy seminaryjnej, a brak tego kontaktu sprawił, że nie znam całej swojej grupy (dołączyło do nas kilka nowych osób z tej rozwiązanej). Niby nic wielkiego, ale trochę mi z tym dziwnie. 

Minusy wynikające z problemów technicznych pominę w całości, chyba każdy wie jak potrafią utrudnić życie zarówno nam, jak i prowadzącym.

Aktywność na zajęciach on-line jest również utrudniona. Czasami zanim zdążę włączyć mikrofon, to ktoś inny zdąży odpowiedzieć. Najbardziej niezręczne są jednak momenty, gdy nie znamy odpowiedzi na zadane pytanie. Następuje wtedy taka wyczekująca cisza, podczas której prowadzący daje nam czas na ewentualnie włączenie mikrofonu, czego nikt nie robi. Na stacjonarnych jakoś to lepiej wychodzi...


Warszawa w czerwonej strefie zagraża naszym, tak nielicznym, stacjonarnym zajęciom, dlatego trzymajmy wszyscy kciuki, by ćwiczenia (przynajmniej z Technik!) zostały stacjonarne.

środa, 7 października 2020

Podsumowanie 1. roku położnictwa

6 lipca oficjalnie rozpoczęły się wakacje. Dla tych, co wszystko zdali było to 13 tygodni wolnego (w tym roku zajęcia zaczynaliśmy 5 października). 

Stwierdziłam, że warto sobie podsumować ten pierwszy, trochę dziwny rok akademicki. Chciałam ten post napisać po zakończonych praktykach, ale no cóż... świat  najwyraźniej jest przeciwko mnie 😕 Co prawda już zaczął się kolejny rok akademicki, ale miałam na głowie coś innego. Potrzebowałam też małej przerwy od uczelnianych spraw, ale o tym kiedy indziej. 


Zacznijmy od podsumowania zajęć, przedmiotów zawodowych/kierunkowych:

  • Podstawowa opieka położnicza, w skrócie POP - wykłady (1. i 2. semestr), ćwiczenia (1. semestr, 3-4 spotkania, 2. semestr, dwa spotkania), seminaria (1. semestr)
    Wykłady zawierały zarówno tematy ściśle powiązane z położnictwem, jak i te “zahaczające” o pielęgniarstwo. Nic dziwnego, że najbardziej podobały mi się te pierwsze, ale nie mogę powiedzieć, że inne były nudne (no, może oprócz historii pielęgniarstwa... ). Wykłady miałyśmy dwa razy w tygodniu, raz 2h 15min, raz 1,5h. Zagadnienia poruszane na zajęciach  obowiązywały nas na egzaminie.
    Ćwiczenia w pierwszym semestrze odbywały się w szpitalu, ale nie były to zajęcia praktyczne. Omawiałyśmy dokumentację, szkołę rodzenia, sterylizację narzędzi. Zajęcia trwały w teorii 2,5h. W drugim semestrze miałyśmy jedno spotkanie odnośnie przyjęcia fizjologicznego porodu (od razu zaliczałyśmy), musiałyśmy w ich trakcie dokładnie mówić co robimy, użyć prawidłowych narzędzi. Podobały mi się. Drugie zajęcia (w moim wypadku już on-line) dotyczyły laktacji i problemów, jakie mogą się pojawić. Trwały one po 2h 15min.
    Seminaria odbywały się częściowo stacjonarnie, częściowo na platformie e-learningowej. Uwielbiałam te zajęcia i nasze prowadzące. Uczyłyśmy się o ciąży, połogu, laktacji, cyklu. Zajęcia stacjonarne trwały 2h 15min. Materiał obowiązywał na grudniowym zaliczeniu oraz na egzaminie w sesji letniej.

  • Techniki położnicze i prowadzenie porodu, w skrócie TPiPP - seminaria (1. semestr) i ćwiczenia (1. i 2. semestr)
    Ćwiczenia to czysta wiedza przydatna na porodówce. Na  pierwszym roku jest wszystko pięknie i cudownie, bez większych komplikacji, czy nieprawidłowości. Uczyłyśmy się m.in. jak zbudowana jest miednica, drogi rodne, jak przyjąć fizjologiczny poród i jak postępować w jego trakcie oraz jak odczytywać zapis KTG. Praktyczna część zajęć odbywała się na fantomach, czasami na nas z fantomowym brzuszkiem ("rodziłam" z tym brzuszkiem w takiej pozycji, że zakwasy miałam przez 3 dni). Gdyby nie koronawirus, odwiedziłybyśmy Centrum Symulacji. Tęskniłam za tymi zajęciami w trakcie nauki zdalnej. Trwały 2h 15min. Na zakończenie semestru pisaliśmy szczegółowe kolokwium/zaliczenie.
    Seminaria wyglądały zupełnie inaczej, a trwały niecały jeden semestr. Tematy się nie pokrywały. Najpierw omawiane były zagadnienia takie jak rola osoby towarzyszącej, wpływ psychiki na poród, trudne sytuacje na sali. Przygotowywałyśmy  również fragmenty tekstu kultury, który dotyczył porodu, rodzicielstwa i omawiałyśmy poruszany problem. Zaliczałyśmy, przygotowując wspomniane fragmenty tekstów. Zajęcia trwały 2h 15min.

  • Neonatologia - seminaria i ćwiczenia (1. semestr)
    Jest to pierwsze zetknięcie się z wiedzą na temat noworodków. Na pierwszym roku uczymy się tylko o prawidłowych, fizjologicznych rzeczach, dlatego zajęcia mamy tylko przez 1,5 miesiąca. Zagadnienia się w miarę pokrywały. Na ćwiczeniach uczyłyśmy się m.in. kąpać dziecko (cała toaleta), przewijać, zawijać w pieluszki, ubierać, ważyć, mierzyć (te czynności wykonywałyśmy na lalkach), uczyłyśmy się np. o badaniach przesiewowych, pierwszych szczepieniach.
    Seminarium wyglądało różnie, zależnie od prowadzących. Albo dziewczyny się przygotowywały na zajęcia albo, jak my, dostawałyśmy materiały wcześniej i odpowiadałyśmy na kilka pytań na początku następnych zajęć. Bardzo lubię neonatologię, ale uczyło mi się jej ciężej niż POP-u. Ćwiczenia trwają 2h15min, kończą się zaliczeniem, a seminarium trwa 1,5h i także kończy się zaliczeniem.

  • Podstawy pielęgniarstwa, w skrócie PP - Seminaria (1. semestr) i ćwiczenia (1. i 2. semestr)
    Kochałam ćwiczenia z tego przedmiotu. To właśnie na nich uczymy się podstawowych czynności pielęgniarskich, między innymi takich jak prawidłowe mycie rąk, iniekcje, pobieranie krwi, cewnikowanie, mierzenie ciśnienia. Wykonujemy wszystko na fantomach, czasami na sobie nawzajem. Pamiętam, że na pierwszych zajęciach uczyłyśmy się poprawnie ścielić łóżko i zmieniać pościel. Kiedy z koleżanką miałam pościelić intuicyjnie, bez wcześniejszego tłumaczenia, poległyśmy z kretesem "topiąc się w zarazkach"😂. Uwierzcie lub nie, ale od tych zajęć ścielę (o ile to robię...) własne łóżko w bardzo zbliżony sposób do tego prawidłowego.  Zajęcia trwały planowo 2h15min, ale często przerabiałyśmy temat w krótszym czasie. Czynności zaliczałyśmy na bieżąco.
    Seminaria... spędzały mi sen z powiek, ponieważ musiałyśmy materiał wykuć na blachę, byłyśmy wszystkie pytane oraz miałyśmy bardzo mało czasu na przejazd między zajęciami, a nie mogłyśmy się spóźnić. Przerabiałyśmy inne zagadnienia niż na ćwiczeniach, dotyczyły głównych zaburzeń, norm dotyczących poszczególnych układów (zagadnienia do opracowania były podawane zajęcia wcześniej). Polecam uczyć się z książek o pielęgniarstwie. Zajęcia trwały 2h15min i kończyły się zaliczeniem. 

Niestety inne przedmioty też istnieją i też trzeba je zaliczyć: 


  • Anatomia - wykłady i ćwiczenia (1. i 2. semestr)
    Tego przedmiotu nie trzeba przedstawiać. Jest dokładnie tym, o czym myślimy przed studiami - szczegółową wiedzą na temat ludzkiego ciała. Do dzisiaj nie do końca wiem, jak bardzo szczegółowa wiedza nas obowiązuje. Tematy z wykładów i ćwiczeń się pokrywają, wykłady są bardziej rozbudowane, szczegółowe.
    Wykłady jak wykłady, warto chodzić, bo pojawiają się pytania dotyczące materiału przerabianego na nich. Prawdą jest, że mało osób na  nie chodziło, 7:30 nie zachęcała. Trwały 1,5h.
    Ćwiczenia, które ja nazwałabym seminarium, odbywały się w salach, nie w prosektorium. Robiłyśmy albo oglądałyśmy prezentacje, taki mini-wykład. Zajęcia planowo trwały 2h 15min. Cały przedmiot kończył się zaliczeniem pierwszego i drugiego zakresu, a na koniec egzaminem w sesji letniej.

  • Embriologia - wykłady i ćwiczenia (2. semestr)
    Nauka o rozwoju tkanek i płodu. Mam wrażenie, że wykłady i ćwiczenia  w zakresie materiału nie pokrywały się.
    Wykłady prowadził profesor, którego bardzo lubiłam. Zawsze wtrącał jakieś ciekawostki, bardziej lub mniej szokujące. Lubiłam go słuchać. A on lubił być słuchany przez dużą liczbę studentów, więc radzę chodzić 😁 To właśnie wiedza głównie z wykładów obowiązuje na zaliczeniu.
    Ćwiczenia można by nazwać zajęciami z histologii. Najpierw spotykaliśmy się wszyscy w większej sali na mini-wykładzik, a potem przechodziliśmy do mniejszych sal, by oglądać tkanki pod mikroskopem. Miałyśmy również możliwość przyjścia i oglądania tych preparatów poza zajęciami. Cały przedmiot kończy się zaliczeniem.

  • Pedagogika - wykłady i seminaria (1. semestr)
    Zajęcia o rozwoju dziecka, wpływach środowiska na dziecko. Tematy z seminariów i wykładów się nie pokrywały, ale wszystko obowiązuje na egzamin.
    Mnie wykłady się całkiem podobały. Listy się pojawiają na niektórych zajęciach. Trwały 1,5h.
    Na seminariach omawialiśmy teksty podane wcześniej. Jeżeli się przeczytało tekst, to się nie miało większego problemu na zajęciach. Trwały 2h 15min. Na koniec, w sesji zimowej, pisaliśmy egzamin.

  • Biofizyka - wykłady i ćwiczenia (październik)
    Zajęcia w miarę ciekawe, ale trudne. Trwały tylko 4 tygodnie.
    Po każdych ćwiczeniach pisałyśmy kartkówkę. Ocena z zajęć była średnią z tych właśnie kartkówek.
    Wykłady mniej-więcej pokrywały się z ćwiczeniami.

  • Fizjologia - wykłady (1. semestr) i ćwiczenia (2. semestr)
    Przedmiot dla mnie bardzo trudny i skomplikowany. Trzeba na niego poświęcić dużo czasu, tak jak na anatomię. Gdyby nie wejściówki/wyjściówki, to uwielbiałabym ćwiczenia, bo były naprawdę ciekawie prowadzone i przez czas ich trwania zagadnienia wydawały mi się nawet zrozumiałe. Przedmiot ważny, ponieważ na nim opiera się patologia i patofizjologia (na drugim roku).
    Wykłady były częściowo zamieszczone na platformie e-learningowej, część odbywała się stacjonarnie (2h 15min). Ćwiczenia planowo miały być wszystkie stacjonarnie, ale końcówka, z wiadomych przyczyn, odbywała się już na Teamsie. Pierwotnie trwały 3h.
    Przedmiot kończył się egzaminem w sesji letniej, ale był poprzedzony prostszym zaliczeniem. 

  • Socjologia - wykłady (2. semestr)
    Bardzo przyjemne zajęcia, naprawdę. Spodziewałam się suchych faktów, jakichś dziwnych analiz społeczeństwa, a dostałam edukującą dyskusję na temat przewidzianych zagadnień. Są to zajęcia humanistyczne, trochę zahaczające o filozofię, z których ja zawsze wychodziłam z poczuciem, że coś (choć nie potrafię określić co) w moich poglądach się zmieniło , zyskałam szerszą perspektywę na poruszane tematy. Zdecydowanie nie uważam tych 2h15min w tygodniu za zmarnowane Jako zaliczenie musiałyśmy napisać  krótki esej o tym, co nas zaciekawiło w socjologii. Ja napisałam o tym, dlaczego decydując się na pierwsze dziecko, pary są starsze niż kiedyś.

  • Filozofia i etyka zawodu położnej - wykłady i seminaria (2. semestr)
    Zajęcia były prowadzone przez tego samego doktora, więc wyglądały podobnie do socjologii. Dyskutowaliśmy zarówno na wykładach jaki i na seminariach na tematy bardziej i mniej kontrowersyjne. Jedno i drugie trwało 2h 15min. Na zakończenie pisaliśmy prościutki test zaliczeniowy.

  • j. angielski - lektorat (1. i 2. semestr)
    Bardzo dużo zależy od prowadzącego. Ja muszę przyznać, że trochę się na zajęciach nudziłam. Mówię płynnie po angielsku, zdawałam rozszerzenie na maturze, więc byłam przyzwyczajona do zupełnie innego systemu i tempa nauki, które były tutaj wyśrodkowane. Zajęcia są przede wszystkim skupione na nowym (często również dla mnie), bardziej specjalistycznym słownictwie. Wydaje mi się, że część grup przygotowywała prezentacje, my głównie przerabialiśmy ćwiczenia z podręcznika. Moja grupa na  zakończenie pierwszego semestru musiała zdać ustnie procedurę medyczną i napisać sprawdzian, na zakończenie drugiego prezentowałyśmy wybrany przez siebie położniczy temat (np. pływanie i streching w ciąży, rodzaje antykoncepcji) i również pisałyśmy sprawdzian.

  • Mikrobiologia z Parazytologią - wykłady i ćwiczenia (1. semestr)
    Tak naprawdę to są to dwa przedmioty, ale egzamin w sesji zimowej jest wspólny.
    Ilość materiału do zapamiętania jest ogromna, sam skrypt do parazytologii jest gruby na 1 cm i pisany małym drukiem.
    Wykłady nie wyróżniały się niczym szczególnym, trwały 2h 15minut (mikrobiologia) lub 4h 15minut (parazytologia, skumulowana)
    Ćwiczenia mieliśmy przy mikroskopach, oglądaliśmy preparaty i uzupełnialiśmy ćwiczenia. Na mikrobiologii pisaliśmy dwa kolokwia, a na zakończenie parazytologii musieliśmy znaleźć preparat na szkiełku. 

  • Genetyka - wykłady i ćwiczenia (1. semestr)
    Spodziewałam się czegoś trudniejszego (nie mówię, że było łatwo), a może po prostu od zawsze lubiłam genetykę? Dużo materiału dotyczyło wad genetycznych. Ćwiczenia przypominały mi wykłady, tylko raz robiliśmy coś praktycznie. Zajęcia trwały 2h 15min.
    Zaliczenie odbywało się w sali komputerowej. Obowiązkowo do wykucia jest książeczka z bazą pytań (dostępna w skrypciarni).

  • Biochemia - wykłady (1. semestr)
    Straszne, przerażające, ale do zaliczenia. Uważam, że jeżeli jesteście po biol-chemie to po uważnym wysłuchaniu wykładów nie powinno być większych problemów ze zdaniem na 3, jeżeli zależy wam na  wyższych ocenach, musicie  włożyć w naukę  trochę więcej wysiłku.
    Wykłady odbywały się w formie kursu na e-learningu, mieliśmy do nich dostęp cały semestr, pamiętam, że mi się strasznie dłużyły. Cieszę się, że nie zostawiłam ich sobie na ostatnią chwilę, bo wszystko by mi się pomieszało. Zaliczenie odbywało się w sali komputerowej.

  • Podstawy komunikacji medycznej - wykłady (2. semestr)
    Nie jestem do końca pewna, czy mogę to nazwać wykładami. Na platformie mieliśmy udostępniony kurs, w którego skład wchodziły krótkie omówienia i scenki. Materiał był dla mnie oczywisty, ale czasem warto wrócić do podstaw komunikowania się, przypomnieć sobie zasady i różne triki.

  • Epidemiologia - wykłady (2. semestr)
    Zanim uczelnie przeszły na zdalny tryb nauczania mieliśmy spotkać się dwa razy. Wykłady zostały jednak umieszczone na platformie. Temat był trochę "na czasie". Musieliśmy zaliczyć materiał pisząc na platformie test.

  • Dietetyka - wykłady i seminaria (2. semestr)
    Poznaliśmy podstawowe wiadomości na temat odżywiania zdrowego pacjenta, dzieci, chorych i kobiet w ciąży. Zakres materiału był dosyć obszerny, na zajęciach stacjonarnych brakowało nam czasu na notowanie, gdy prowadzące starały zmieścić się w wyznaczonym czasie (wykład 2h, seminarium 2,5h).
    Zabawna sprawa odnośnie wykładu, to to, że wpis na listę obecności dostawało się dopiero po okazaniu dokumentu ze zdjęciem. 

  • Psychologia - wykłady i ćwiczenia (2. semestr)
    Niestety większość zajęć odbyła się już zdalnie, a szkoda, bo na ćwiczeniach stacjonarnych na pewno byłoby lepiej. Zajęcia z relaksacji, na które miałyśmy przynieść sobie czekoladę, ewentualnie maty do ćwiczeń nie zdążyły się odbyć, a czekałam na nie. Seminaria trwały 2h15minut. Zaliczałyśmy wysyłając uzupełnione karty pracy.
    Wykłady miały trwać 3h. Poruszały psychologiczne aspekty, które mogą dotknąć w pracy lub w życiu nas, położne. Materiał obowiązywał na egzaminie w sesji letniej.

  • Organizacja pracy położnej - seminaria (2. semestr)
    Oczywiście nie były to stacjonarne zajęcia, nie zdążyły być. Dowiedzieliśmy się tutaj między innymi o tym, jak powinien wyglądać grafik dyżurów, ile godzin pracy mieści się w etacie i ile przerwy potrzeba po jakim dyżurze. Na zaliczenie robiłyśmy właśnie taki grafik oraz pisałyśmy CV i list motywacyjny.

Jak oceniam pierwszy rok? Zdecydowanie jako męczący, ale jednocześnie fajny rok. Tyle nowych i ciekawych informacji, wspaniałych zajęć, które wciąż mnie utwierdzają w tym, że położnictwo to właściwa droga dla mnie, tyle nowych, wspaniałych znajomych, którzy nadają na tych samych falach, co ja. Nie mogę jednak pominąć określenia "rozczarowujący", gdy opisuję ten rok. Nastawiłam się na praktyki grupowe i indywidualne, które się przez pandemię nie odbyły. Zostało mi jedynie w dalszym ciągu na nie czekać i cieszyć się drugim rokiem.