wtorek, 1 września 2020

Savoir vivre w mieszkaniu

To jest coś, co powinno oficjalnie istnieć. Serio. 

Spodziewałam się, że mieszkanie z innymi, nieznajomymi ludźmi nie będzie łatwe. Każdy z nas wynosi z domu inne nawyki oraz, jak się okazało, inną definicję czystości. To, czego się nie spodziewałam, to ilość nieprzyjemnych sytuacji, jaka mnie spotkała podczas mieszkania w mojej maleńkiej Dziupli. 

Myślałam, że po miesiącu, dwóch, wypracujemy sobie jakiś sposób na koegzystowanie. Nic bardziej mylnego. Owszem, było lepiej, ale prawdą jest, że część z moich współlokatorów żerowała na tym, że inni nie potrafią żyć w brudzie. Ja nie jestem osobą pedantyczną, podobno bałaganię najbardziej z  całej rodziny, ale to, w jakim stanie zastawałam czasami kuchnię czy łazienkę, odrzucało mnie na wejściu. I choć 19 lat żyłam sobie jak pączek w maśle, bo moim obowiązkiem w domu było jedynie zrobienie ciasta na niedzielę i nauka, to po wyprowadzce oczywistą sprawą było sprzątanie, systematyczne i dokładne, zarówno po sobie, jak i części wspólnych. Uroki dorosłego życia, po prostu. Najwidoczniej nie dla każdego to takie oczywiste.

Najgorzej było w trakcie pandemii, gdy większość z nas wyjechała, zostawiając wszystko pod opieką kilkorga ludzi. W Warszawie pojawiłam się ponownie po 4 miesiącach z koleżanką, która miała u mnie nocować. Nigdy, ale to nigdy, nie wstydziłam się tak bardzo, jak wtedy. Nie rozumiem, jak można aż tak zapuścić miejsce, w którym się mieszka. Żerujący nie wpadli na pomysł posprzątania łazienek i kuchni. Wszystko się kleiło, było brudne, woda w zlewie nie schodziła. Przeraża mnie, że im to nie przeszkadzało ani trochę. Nigdy więcej mieszkania z obcymi ludźmi. 

Nie zrozumcie mnie źle, połowa moich współlokatorów była naprawdę w porządku. Gdybym trafiła tylko na te osoby, ten post pewnie nawet by nie powstał, a ja nie przeprowadzałabym się do kawalerki. Mówię to, chociaż tak na prawdę nie znaliśmy się za bardzo, bo jedynie w kuchni mogliśmy rozmawiać, a tam było tak malutko miejsca, że każdy zaraz po przygotowaniu posiłku znikał w pokoju. Wszystkim życzę trafienia na właśnie takie osoby jak te trzy dziewczyny. 

Moja koleżanka, mimo mieszkania ze znajomymi z liceum, również się nie spodziewała kłótni o miejsce w lodówce czy podkradanie przypraw w ilości "dużo". Obie stwierdziłyśmy, że niezależnie o tego, jaką się ma relację ze współlokatorami, należy ustalić kilka, choćby podstawowych zasad dotyczących np. jedzenia, przestrzeni do przechowywania rzeczy.

Wszyscy wiemy, że to, co się dzieje w  Twoim pokoju, to Twoja sprawa, dopóki nic z niego nie wypełza/wybiega, bądź z niego nie cuchnie, a ty nie zakłócasz spokoju współlokatorów.
Dlatego post dotyczy głównie części wspólnych takich jak łazienka, czy kuchnia.

 

Dlatego postanowiłam stworzyć mały savoir vivre mieszkania z innymi. 

 

1.     Sprzątaj po sobie To jest wyrażenie bardzo ogólne. Ale jednocześnie jest trafne. Czym więc jest to "sprzątanie"? 

  • Powycieraj po sobie blat/stół/palnik
  • Nie zostawiaj resztek w zlewie (od tego jest kosz na śmieci)
  • Nie zostawiaj brudnych kubków/talerzy itp. obok zlewu, w zlewie lub na stole (w ostateczności posprzątaj zaraz po powrocie do domu, jeżeli nie zdążyłeś/aś pozmywać przed wyjściem. To nie dom rodzinny, nikt za ciebie tego nie zrobi)
  • Po użyciu mikrofalówki przetrzyj ją od wewnątrz (A przynajmniej raz na kilka podgrzewań i zdecydowanie od razu, gdy się zachlapie. Zupy i mięso lubią pryskać...)
  • Zepsute jedzenie wyrzuć (Mieliśmy raz w lodówce takie pudełko z obiadem w środku. Obiad po jakimś czasie zaczął rosnąć i zmieniać kolory. Byliśmy świadkami tworzącego się życia. Fujka. Gdy baliśmy się, że wypełznie z pudełka, obiad skończył w koszu razem z pudełkiem. Właściciela nie odnaleziono 😶)
  • Nie zostawiaj zachlapanej szafki w łazience
  • Spłucz resztki pasty do zębów z umywalki
  • Upewnij się, że po goleniu nie zostawiłeś/aś włosków pod prysznicem, w umywalce, czy na szafeczce (Zobaczenie tego było dla mnie szokiem. Fujka)
  • Użyj szczotki do toalet po "dłuższym posiedzeniu" i upewnij się, że resztki usunięte zostały z każdej części toalety (Jeszcze większa fujka)
  • Spłukuj wodę w toalecie 
  • Zmyj resztki żelu pod prysznic/szamponu/odżywki/nie-wnikam-co-to-za-substancja z kabiny, brodzika, drzwi, ścian
  • Wyjmuj włosy z odpływu pod prysznicem 
  • Nie zostawiaj swoich ubrań/bielizny w łazience po kąpieli
  • Wyrzucaj śmieci do kosza, a jeżeli segregujecie, to trzymaj się podziału
  • Wyrzucaj do kosza puste rolki po papierze toaletowym i wyjmij/przynieś nową rolkę
  • Pierz nakładkę na mopa po każdym użyciu (Ktoś nie wyprał (prawdopodobnie poprzednio prałam ja, miesiąc wcześniej...), umyłam podłogę i śmierdziało 3 dni... Kupiłam własną nakładkę)

2.     Nie kradnij To przecież jasne, czyż nie? No, najwidoczniej nie. Nie chodzi tylko o trzymanie się z daleka od osobistych rzeczy współlokatorów. Chodzi o wszystko:

·        jedzenie (chyba, że się umówiliście na dzielenie się jakimś produktem, ale generalnie to skoro ja kupiłam ten jogurt, to znaczy, że ja decyduję o tym, czy zjem go ja, czy komuś pozwolę jednorazowo na zjedzenie go. I tak, zauważę, że mi ubyło makaronu)

·        zastawa i sztućce (nawet jeżeli są "przydziałowe" dla każdego mieszkańca, a dany mieszkaniec postanawia trzymać swój "przydział" w swojej szafce w kuchni. Zniknął mi w ten sposób talerz i łyżeczka. Przywłaszczyłam sobie wtedy takie same z suszarki (ja wycieram, więc ja ich na suszarkę nie wsadziłam). Ale najpierw 3 razy sprawdziłam, czy nie zostawiłam przypadkiem w pokoju. Moja prywatna miseczka też z szafki zniknęła. Wywiesiłam kartkę. Podziałało.)

·        sprzęty i akcesoria (tostery, grille, patelnie, garnki, żelazka, trzepaczki, noże, ręczniki papierowe, szmatki, ścierki itd. Dopóki nie uzyskasz pozwolenia lub to coś nie jest na wyposażeniu mieszkania nie ruszasz tego.)

·        środki chemiczne/higieniczne (Jak zwykle, nie ma tematu, jeżeli się dogadacie. Aczkolwiek jeżeli ja kupiłam mydło/szampon/płyn do naczyń/proszek do prania/płyn do czyszczenia/itp., to tylko ja go używam. To samo tyczy się podpasek, wacików, kremów, płynów micelarnych, itp. Kiedyś zniknęła mi pasta do zębów z łazienki na 2 dni. Dobrze, że miałam drugą, bo byłoby ciężko)

·        wszelakie rzeczy osobiste, (np. grzebień, gąbka, szczoteczka, golarka. Ale to chyba logiczne, nie?)

3.     Zamykaj za sobą drzwi niezależnie od tego, czy wchodzisz, czy wychodzisz. I BARDZO ważna sprawa, tylko na klucz. Jakiekolwiek łańcuszki, czy jakieś zasuwki nie wchodzą w grę. Zaufajcie, nic przyjemnego nie móc wejść do mieszkania, bo ktoś zamknął to coś. Na nic był mi wtedy klucz. Drzwi muszą być otwieralne z obu stron. Dobrze, że nie zdarzyło mi się to w nocy, gdy wszyscy spali.

4.     Sprzątaj części wspólne Przy większej ilości osób najlepiej mieć grafik. Przykładowo, Evie sprząta od 7-13 października kuchnię, Gabrysia łazienkę 1, a Karolina łazienkę 2. W kolejnym tygodniu Mai przypada kuchnia, Evie łazienka 1, a Gabrysi łazienka 2. Albo się wpisujcie na jakiś tydzień na bieżąco. System dowolny, byle sprawiedliwy. My mieliśmy puste okienka i się wpisywaliśmy na dany tydzień i pomieszczenie. Oczywiście każdy jednocześnie powinien przestrzegać punktu 1.

 

  • Trzymaj się grafiku (zamieniaj się tylko w wyjątkowej sytuacji) 
  • Przyłóż się (nie mówię, żeby od razu na kolanach pastować podłogę, myć wszystkie okna czy ścierać kurze na szafkach pod sufitem, ale nie pomijaj skrawka podłogi, bo miotła tam ciężej wchodzi i nie przecieraj/zamiataj byle jak)
  • Umyj lustro (ono też się brudzi)
  • Zlanie wodą brodzika, szyb i kafli (fliz) nie liczy się jako umycie prysznica (płynem i przecieramy uwzględniając każde zagłębienie)
  • Umyj toaletę (tak, tak, musisz, to nic strasznego. Naprawdę. Pomyśl o gromadzących się zarazkach, jeżeli nie będzie się tego robić choć raz w tygodniu. I wrzucenie kostki, czy zawieszenie czegoś to nie to samo. Jak nie wiesz jak to zrobić, zapytaj albo włącz tutorial na youtube 😜)
  • Umyj/zamieć podłogę
  • W razie potrzeby odkamień czajnik (dodaj do wody kwasek cytrynowy i zagotuj, ewentualnie potem przetrzyj gąbką, działa cuda)
  • Wynoś śmieci i zmieniaj worek (dotyczy każdego, nawet jeśli to nie jego tydzień)
  • Zetrzyj kurze

5.     Pomyśl o innych Też bardzo ogólne. I też trafne.

  • Policz ile jest lokatorów i ile półek w kuchni/lodówce/łazience/przedpokoju ci przysługuje. (Jeżeli nie macie jakiejś umowy (albo nie jesteś pewny/a, czy istnieje) typu "tu talerze, tu kubki, a tam mąki i makarony" trzymaj się przysługującej ci przestrzeni. I zdecydowanie nie przenoś rzeczy swoich współlokatorów! )
  • Nie siedź w łazience wieki (Inni też chcą umyć zęby, a Wy nie musicie brać długich pryszniców, balsamować się w łazience, układać tam włosów, depilować się woskiem (sprawdzone). Wiadomo, że są takie substancje i czynności, które poza łazienką są ciężkie do wykonania, czy użycia. Nóg nie ogolicie kremem w pokoju... Rozumiem też słabe światło poza łazienką, jeśli chodzi o makijaż. Sprężajcie się jednak wtedy. Jeśli chodzi o włosy, to lustro w pokoju dużo daje.)
  • Nie zachowuj się głośno (To już nie ten czas, gdy sprzątasz, śpiewając na cały głos /niestety.../ Głośna muzyka też nie wchodzi w grę. Spróbuj się uczyć, gdy słyszysz dokładnie słowa piosenki z sąsiedniego pokoju/kuchni.)
  • Nie wieszaj rzeczy typu ścierka na uchwycie górnej szafki (dostęp do blatu ograniczony, a ja lubiłam ten fragment blatu...dodatkowo był to największy fragment blatu)
  • Nie palcie w mieszkaniu (niektórzy mogą się dusić dymem papierosowym paląc biernie lub przebywając w pokoju, gdzie ktoś palił, np. ja )
  • Weź pod uwagę wzrost współlokatorów ( Ten punkt znalazł się tutaj, przez jedną, dosyć zabawną sytuację. Zostawiłam patelnię, by ostygła, zanim ją umyję. W samym rogu blatu, na specjalnej podstawce, nie zawadzała jakoś bardzo. Wracam po obiedzie do kuchni, a mojej patelni brak. Mojemu współlokatorowi (2 metry wzrostu) jednak przeszkadzała. Co z nią zrobił? Wstawił na szafkę pod sufitem. Ja mam niecałe 1,6 m. Zdecydowanie sięgam do drugiej górnej półki, a co dopiero nad całą szafkę (tak jakby 4 półki). Zanim zdążyłam przemyśleć czy moje chwiejne krzesło jest odpowiednio bezpieczne, by na nie wejść, pomogła mi wyższa koleżanka. A patelni więcej nie zostawiłam samej w kuchni)
  • Przypomnę o zamykaniu drzwi tylko na klucz
  • cały punkt 1

6.     Niektóre rzeczy muszą być wspólne, no niestety. Nie przeskoczymy na przykład worków na śmieci we wspólnych koszach, czy papieru toaletowego w łazience (no, tu ewentualnie). Część osób dzieli się również środkami czystości, sprzętami. Co robić z takimi wydatkami? W końcu miotła, mop, deska do prasowania się przyda, a nie potrzeba mieć kilku w jednym mieszkaniu. To jest już dowolna decyzja mieszkających. Często samo wychodzi w praniu. Kilka moich propozycji:

  • Rzeczy, które się zużywają (papier toaletowy, worki na śmieci, ewentualne środki czystości)
    • Składajcie się (na początku np. po 5zł, a potem się zobaczy, na ile starcza taka suma, na jak długo)
    • Kupujcie po kolei (dobra opcja, gdy jest was mniej. Nie wiem, czy wszyscy u nas na początku wykładali papier, i czy przez dwa tygodnie naprawdę kolejka przeleciała 3 razy, czy część to pasożyty żerujące na innych, za dużo nas)
    • Każdy ma własne (proste przy papierze toaletowym, ale kilku worków na śmieci w kuchni sobie nie wyobrażam, ale co kto lubi, czyż nie?)
    • Konkretne osoby kupują konkretne rzeczy (Trochę nie fair, chyba, że jest was mało. U nas z jakiegoś powodu ja odkamieniam czajnik, a nasz trzeba aż raz w miesiącu, kolega kupuje worki na śmieci, a jeszcze inny drucianki. Nie wiem,  dlaczego tak wyszło, ani co robi, bądź nie, reszta)
  • Rzeczy, które się nie zużywają (miotła, mop, deska do prasowania, mikrofalówka)
    • Macie coś i udostępniacie to do użytku innym (np. kupiłam zmiotkę i szufelkę i powiedziałam, że każdy może jej używać. Ale jak się będę wyprowadzać, to ją ze sobą zabiorę. Tak samo mamy z miotłą i mopem, są czyjeś, ale mogę sobie podłogę nimi umyć. Mikrofalówkę mamy na wyposażeniu mieszkania, ale zasada byłaby ta sama, gdyby była np. moja)
    • Składacie się na daną rzecz (Dobre, dopóki wasze drogi się nie rozchodzą. Ktoś jest stratny, a wojny mogą się toczyć niczym przy rozwodzie) 
    • Każdy ma własne (Ale ile może stać mioteł i szufelek obok siebie? Albo mikrofalówek czy czajników?)
    • Wspólne są też ściany i podłogi, dlatego uważajcie na ewentualnego grzyba na ścianach/suficie. W łazience przede wszystkim. Ciężko coś z tym w sumie zrobić. Nasza ma bardzo słabą wentylację, więc po kąpieli musieliśmy otwierać drzwi, by wilgoć "uciekła". Nie działało za bardzo... Właściciele w końcu postanowili zrobić mały remont i założyć lepszą wentylację. Od tego czasu jesteśmy wolni od grzyba!

7.     Niech osoby odwiedzające nie zmieniają się w kolejnych, nieoficjalnych współlokatorów. Oczywiste jest, że czasami ktoś u nas nocuje, spędza czasem kilka dni. Tylko właśnie, kilka. Gdy u jednego ze współlokatorów zaczyna nocować przez większość miesiąca jego druga połówka (albo ciągle różni znajomi), koszty za media rosną (chociażby woda - prysznic). Delikatnie rzecz ujmując, jest nie fair, płacić ciągle po połowie, gdy jedna strona z jednej osoby stała się dwoma.

 Ja trzymałam się tych punktów przez cały czas. Jednocześnie przeszkadzało mi, gdy znikały moje rzeczy albo znajdowałam je gdzie indziej, o czym informowałam na bieżąco. Nie jestem do końca pewna, czy to czyni mnie upierdliwym współlokatorem, czy nie.  Chyba wolę nie wiedzieć.
   

Dodalibyście coś do listy?

 

środa, 8 lipca 2020

Student on-line

Przez ostatnie 4 miesiące brakowało mi normalnych zajęć na uczelni. Niby siedziałam w domu całe dni, a tak naprawdę nie odchodziłam od laptopa. Moje stawy krzyczały o wymianę, mata patrzyła na mnie z wyrzutem, a oponka rosła 😂 Na szczęście dla mnie wakacje zaczęły się już 18 czerwca o 11:40, więc przyszedł czas, by zacząć na nowo, regularnie się ruszać 💪.


Jak wyglądała moja nauka w czasie zawieszenia zajęć?
Dziwnie. Na pierwszym roku na WUM-ie zajęcia są głównie teoretyczne. Dlatego przerzucenie seminariów i wykładów na platformę e-learningową nie zrobiło nam jakiejś wielkiej różnicy. Oczywiście nie obyło się bez problemów i niedomówień, ale generalnie było okay. Dostaliśmy prezentacje, karty pracy do uzupełnienia i wysłania. Gorzej z praktycznymi ćwiczeniami. Mojej grupie z podstaw pielęgniarstwa został jeden temat do zrealizowania, wenflonowanie i ewentualnie ćwiczenia procedur "na sobie", a nie na manekinach. Dostaliśmy materiały z teorii, ale to jednak ciągle nie to samo. Zajęć z technik nam bardzo szkoda, a przepadło nam ich sporo. Moją grupę ominęły też pierwsze zajęcia z szycia. Trzeba przyznać, że nasze kochane położne starały się jak mogły, by zajęcia on-line były ciekawe.

Większość materiałów i zajęć odbywała się na naszej platformie do e-learningu. Część prowadzących "spotkała się" z nami na Microsoft Teams lub Zoom. Wstawałam 20 minut przed rozpoczęciem, robiłam śniadanie i słuchałam jedząc. Na szczęście nie musieliśmy włączać kamerek... 😂


Potem przyszedł czas na zaliczenia on-line. Z tego co wiem, to uczelnie rozwiązywały ten problem w najróżniejszy sposób. Jedni zdawali przedmioty w formie ustnej, inni musieli mieć włączone kamerki podczas pisania, a jeszcze inni mieli ograniczenia czasowe i brak możliwości powrotu do pytań. WUM należy do tej ostatniej grupy. Nie znoszę zdawać ustnie, więc bardzo mi ta forma odpowiada. Pytania były w formie testowej, jednokrotnego, wielokrotnego wyboru.
Nie da się podejść do takiego zaliczenia nic nie umiejąc, licząc, że coś się pokojarzy. Trzeba się przygotować jak do normalnego zaliczenia stacjonarnego, czasu jest niewiele, średnio minuta na pytanie, z TPiPP prawie mi brakło czasu.
Udało mi się wszystko zdać, nawet dostałam całkiem ładne oceny.


Zdawanie zaliczeń, egzaminów w dresie, piżamie (zależnie od godziny) jest co najmniej zabawne.
Jakie są minusy zaliczeń on-line? "Wyrzucający" system, zrywający Internet. Na szczęście tylko raz, na 6 zaliczeń, system nie chciał mnie "wpuścić" do zakładki z testem. Wiem, że dziewczyny z innych grup miały więcej problemów, a najgorzej było, gdy system nie współpracował w momencie zakończenia i wysyłania testu. Mnie za to zrywał się Internet podczas spotkań on-line. Dlatego na zaliczenia podpinałam się pod kabelek z rutera. Działało.
A z jakich przedmiotów zaliczenia zdajemy w formie testów w semestrze letnim? Z:
  • Angielskiego
  • Dietetyki
  • Fizjologii (dopuszczenie do egzaminu)
  • Anatomii II zakres
  • Epidemiologii
  • TPiPP
  • Filozofii (bez ograniczenia czasowego 💖)
Następny etap mojej edukacji to praktyki on-line. Nie da się tego napisać, zachowując poważny wyraz twarzy. W takich czasach przyszło nam żyć i się kształcić. Mam nadzieję, że prawdziwe, stacjonarne praktyki w następnych latach będą w większej ilości, by nadrobić braki z tego roku.

Dostaliśmy na platformie e-learningowej dużo materiałów do przyswojenia, część z nich to powtórki z materiału, który został przerobiony wcześniej. Do części zajęć dostaliśmy również opis przypadku. Mimo tej przedziwnej formy, podobały mi się zajęcia. Część prowadzących nas odpytywała "na luzie", część po prostu z nami rozmawiała na dany temat. Oczywiście wolałabym mieć praktyki stacjonarnie, naprawdę coś robić, być w szpitalu, a nie tylko siedzieć zafascynowana z rozdziawioną buzią oglądając filmiki z porodu i słuchać opowieści szpitalnych.

Podzielone byłyśmy na grupki ćwiczeniowe, maksymalnie po 7-8 osób. Tym razem kamerki musiały być włączone (przynajmniej jedna/dwie na grupę, ale my solidarnie włączyłyśmy wszystkie razem). Mój kot oczywiście nie przepuścił okazji zaprezentowania się innym w trakcie zajęć.


Przyszedł czerwiec, a razem z nim bardzo stresujący czas. Rozpoczęła się sesja letnia.
Przypominała mi ona zaliczenia. Odgórnie postanowiono, że nie mogliśmy wracać do poprzednich pytań (nad czym bardzo ubolewałam), na jednej stronie wyświetlały się 3 pytania, a czas ograniczony był do średnio 1min/1pytanie. Uważam, że to mało czasu, ale mogło być gorzej.
Uświadomiła nam to sama uczelnia, gdy pewnej niedzieli przekazano nam informację o skróceniu czasu do 40s/1pytanie i wyświetlaniu 1 pytania na stronę. Powodem była nieuczciwość studentów i nieanonimowy donos. Takim oto sposobem egzamin składający się ze 100 pytań zamiast trwać 1h 40min, trwał 67minut. Naszej starościnie udało się przesunąć naszą sesję na początek czerwca, dzięki czemu ta zmiana nas nie dotyczyła (dotyczy niestety wrześniowych poprawkowiczów 😓).
W sesji letniej, na pierwszym roku zdaje się 4 egzaminy:
  • Fizjologię
  • Psychologię
  • Anatomię
  • POP
POP to najprzyjemniejszy egzamin z całej sesji (mimo, że skończyłam go zaledwie 1,5 minuty przed czasem). Pytania nie były łatwe, ale zakres materiału prawie w całości został powtórzony na "praktykach", przez co nie były również trudne. Zaskoczyły mnie pytania ze sterylizacji. Okazało się, że zwiedzanie w trakcie zajęć w pierwszym semestrze miejsca do sterylizacji, to nie była wycieczka krajoznawcza 😂.
Psychologia była całkiem w porządku. Prawie wszystkie na roku dostałyśmy 4 lub 4,5.
Pytania z fizjologii i anatomii były trudne. To, w połączeniu z krótkim czasem wyznaczonym na odpowiedź, było zdecydowanie niesprzyjające i "załatwiło" prawie 40 z nas możliwość napisania egzaminu w formie on-line jeszcze raz, we wrześniu 😶.


Rozpoczęły się wakacje, bardzo podobne do tych poprzednich. Niestety. Brak praktyk, siedzenie w domu/na ogrodzie, szukanie nowego mieszkania, czytanie zaległych książek, oglądanie seriali i filmów. W sumie, to nie powinnam narzekać, ponieważ nawet jeśli nie mogę uczyć się praktycznie mojego zawodu, to przynajmniej porządnie odpocznę. A do tego mam więcej czasu na pisanie! 😀

niedziela, 31 maja 2020

Nowa rzeczywistość

Trochę mnie tu nie było. Przez to całe e-nauczanie musiałam sobie na nowo zorganizować... no w zasadzie wszystko, od własnej głowy zaczynając.

Mówiąc szczerze, patrzę teraz na ekran komputera i nie za bardzo wiem, co napisać.



Wracałam do Bielska pełna rozgoryczenia i poczucia bezsilności. Przede wszystkim dlatego, że powrót tutaj miał łączyć się z praktykami w szpitalu, których jednak nie będzie.
Studia zmusiły mnie do usamodzielnienia się, a co za tym idzie, w jakiś sposób zorganizowania sobie życia, czasu. Dla mnie był to naturalny proces, mentalnie przygotowywałam się do niego od dziecka. Czas na zajęcie się mieszkaniem, gotowaniem, czas na uczenie się, wszystko miałam mniej więcej poukładane. Nie sądziłam, że powrót do domu i pozostanie odpowiedzialną osobą nie jest już takie proste. Czuję się tak, jakbym wróciła do liceum, mentalnie i organizacyjnie.


Gdy wracałam w marcu do domu, miałam do spakowania naprawdę dużo, a walizkę miałam niewielką. Nie wiedziałam na jak długo jadę (zakładałam pierwotnie 3 tygodnie...), ale zbliżały mi się zaliczenia, dlatego wiedziałam, że muszę wziąć moje notatki i książki. Wyszło mi pół mojej małej walizki... Poza tym musiałam wziąć część kosmetyków, których nie mam w domu oraz jedzenie, które może się przeterminować (zgadnijcie, kto zrobił kilka dni wcześniej zakupy...). Koniec końców, z ubrań, które się zmieściły, były dwa T-shirty, jedne getry i to, co miałam na sobie. Na szczęście miałam w domu kilka starszych rzeczy, które zostawiłam "na wszelki wypadek". Wstyd się w nich ludziom pokazać, ale są. Dwa miesiące chodziłam w getrach i tym jednym, znalezionym w szafie dresie. Wielkanoc spędziłam w zwykłych jeansach, choć zazwyczaj przynajmniej pierwszy dzień świąt spędzamy ubrani troszkę ładniej niż zwykle.



Gdy dowiedziałam się, że zajęcia stacjonarne na WUM-ie zawieszone zostają do 30 września, a praktyk w szpitalu nie będzie, nie było wesoło. Miałam fatalny humor, byłam zdenerwowana, miałam ochotę się popłakać, bo to właśnie na praktyki czekałam cały rok, były one moją motywacją do nauki. Zdecydowanie można określić moje ówczesne zachowanie i stan psychiczny jako "bez kija nie podchodź".


Parę dni później pojechałam do Warszawy, aby przewieźć 3/4 moich rzeczy z powrotem do Bielska. Jedyne pociągi, jadące wtedy do Warszawy, jechały 4-5 godzin. Obowiązkowo maseczki (to, w jaki sposób je niektórzy nosili to zupełnie inna historia), przez co pierwszy raz w pociągu odezwała się moja choroba lokomocyjna. Sensacji nie było, ale chwilkę musiałam sobie pooddychać bez niej. Nikt mi uwagi nie zwrócił, ale ja czułam się dziwnie, jakbym popełniała największe przestępstwo. Coś, co mi się podobało, to jedna osoba na dwa miejsca w pociągu :D Nie lubię siedzieć obok obcych, kto lubi?


Na pakowanie zszedł mi cały dzień, od 10 do 20:30. Mały metraż mojej dziupli nie pomagał. Potykałam się przynajmniej 3 razy na godzinę. Następnego dnia zrobiłam 6 rundek po schodach z 4 piętra znosząc moje torby i pudełka, aby potem radośnie, mimo trzęsących się ze zmęczenia nóg, zapakować się do samochodu cioci, która mnie odwiozła do domu. Równie radośnie wyjęłam po przyjeździe INNY dresik. Jak mało czasami do szczęścia potrzeba.


Wyobraźcie sobie moje zdezorientowanie, gdy jeszcze tego samego dnia usłyszałam, że jest opcja powrotu na dwa tygodnie do Centrum Symulacji. Na razie nic o tym nie wiadomo, sprawa ucichła, a praktyki są prowadzone on-line, ale w tamtym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przeprowadziłam się z powrotem na południe, po to by usłyszeć, że jednak mam wracać do stolicy?! Pozłościłam się trochę i mi przeszło, ale dalej mam fazę buntu "teraz to już nie chcę". Jestem po prostu zmęczona tymi ciągłymi zmianami.

Trochę się boję, o to, co będzie dalej. Rok akademicki skończy mi się za miesiąc (udało nam się przyspieszyć sesję), mam 3 miesiące wolnego. Chyba powinnam się cieszyć. Ostatnie, zupełnie luźne wakacje. A potem, miejmy nadzieję, powrót na uczelnię. Wierzę, że uczelnia nie wypuści mnie w świat, jeżeli będę niedouczona i brakować mi będzie umiejętności. Jednak gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że gdyby nie pandemia, to czułabym się zupełnie inaczej, pewniej jako prawie położna. Liczę na to, że ta myśl szybko zniknie. :)


PS Blogger został zaktualizowany i nie dość, że nie mogę znaleźć emotikonek, to jeszcze gubię się w zwykłej organizacji postu :|

czwartek, 12 marca 2020

Koronalia czas zacząć :\

Zaczęło się niewinnie od wykupienia wszystkich żeli antybakteryjnych, maseczek, mydeł. Później pojawiły się odkażacze w niebotycznych cenach, maseczki "z eliksirem przeciw wirusowi". Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy rozpaczać nad tym, że takie rzeczy się sprzedają. Potem zaczęło się robić groźnie. Ze sklepów zaczęły znikać ryże, makarony, puszkowane jedzenie. Potem przyszedł czas na papier toaletowy. Część z tych "braków" widziałam osobiście, o części opowiadały mi koleżanki i współlokatorka. Jeśli ktoś by się zastanawiał w jakim tempie znikają produkty, to Wam powiem, że w pół dnia. Gdy byłam na zakupach po południu, półki z suchymi produktami były pełne. Pomyślałam, że ludzie na moim osiedlu nie oszaleli i nie robią zapasów jak na zimę stulecia. Moja ulubiona współlokatorka na zakupy poszła wieczorem. Po powrocie wspomniała o tym, że półki z makaronami w naszym  sklepie są prawie puste. Oczy mi wyszły na wierzch, byłam w tym samym sklepie zaledwie kilka godzin wcześniej! Prawdą jest, że tłum w sklepie był zdecydowanie większy niż zazwyczaj. Nigdy nie widziałam aż tak długiej kolejki do kas samoobsługowych, uznałam jednak, że to tylko efekt poniedziałku po niedzieli niehandlowej. Jednak nie. Ludzie mnie naprawdę czasami zadziwiają.

Przez długi czas cała ta panika w związku z wirusem zwyczajnie mnie bawiła. Jako osoba młoda, z prawidłowo funkcjonującym układem odpornościowym  i przestrzegająca zasady higieny, czułam się całkiem bezpieczna. Nadal się czuję. Nigdy nie spodziewałabym się, że mój uniwersytet odwoła wszystkie moje zajęcia przy niewielkiej ilości chorych osób w mieście (na tamtę chwilę 3). My, na pierwszym roku, nawet nie mamy porządnego kontaktu z pacjentami do maja. Jednak tak się stało. W poniedziałek dostaliśmy informację, iż wykłady w formie stacjonarnej zostają odwołane do 15 maja, nadrobimy je w formie elektronicznej. Mieliśmy mieszane uczucia co do takiego obrotu sprawy, ale przyjęliśmy do wiadomości, że tak trzeba było zrobić. Szkoda niektórych wykładów, ponieważ prowadzący są naprawdę fajni i przyjemnie się ich słucha. Ale mus to mus, zbiera się nas w jednej sali prawie 120 osób, nie oszukujmy się, to dużo. A e-learningi nie są wcale takie złe. Te z POPu uwielbiam 😊.
W środę po południu dostaliśmy kolejną informację. Wszystkie zajęcia zostają zawieszone do 29 marca. Ta informacja zdecydowanie zrobiła na nas wrażenie. Niekoniecznie pozytywne. Muszę się przyznać, że przeszłam przez wszystkie 5 faz żałoby  w związku z odwołanymi zajęciami. W ciągu jednego popołudnia. Wszystkie plany na ten semestr mi się posypały. Wizyta siostry? Na 99% będę jednak poza Warszawą. Kolokwia poukładane w naprawdę racjonalnych odstępach czasu? Co z nimi? Kiedy my nadrobimy zaległości? Czy rok akademicki skończy się planowo? Co z naszymi praktykami?

Nadeszła w końcu faza akceptacji. W chwili obecnej jestem jak najbardziej za kwarantanną. Byle całkowitą. I co najważniejsze, przestrzeganą. Co z tego, że Kościół zezwolił na nieuczestniczenie we mszy, skoro wiele osób i tak pójdzie, i będzie sobie podawać rękę, "korzystać" z wody święconej? Osobiście uważam, że msze powinny zostać odwołane tak samo jak np. koncerty. Są msze on-line, w radiu, w telewizji. Bardzo podobają mi się apele do młodych, że to "wolne" nie jest czasem na wychodzenie z domów, imprezowanie, włóczenie się po mieście. Przydałyby się również więcej takich  apeli do dorosłych i starszych. W galeriach niestety ciągle pojawiają się rodziny z dziećmi, młodzi ludzie, starsi ludzie.
Mam bardzo złe przeczucie, że nie wszyscy (niezależnie od wieku) zdają sobie sprawę, że zagrożenie jest realne. Tym bardziej, że wirus się mutuje i zaczyna atakować coraz młodszych.

Przez ostatnie dni dostajemy coraz nowsze rozporządzenia rektora, z coraz bardziej szczegółowymi informacjami. Wszyscy mamy nadzieję na to, że rok akademicki skończy się zgodnie z planem, liczymy się jednak z tym, że przerwa świąteczna i majówka mogą niestety nie być wolne, aby nadrobić zaległości.
Z ostatniego zarządzenia dowiedzieliśmy się, że wszystkie wykłady oraz seminaria do końca semestru zostają przeniesione na platformę e-learningową. Uważam to za bardzo dobry pomysł w takich okolicznościach.

Co teraz z nami? Nic. Czekamy na rozwój sytuacji, przestrzegamy wytycznych i kwarantanny, namawiamy do tego wszystkich bliskich i liczymy na to, że wszystko skończy się dobrze i szybko 😊

sobota, 29 lutego 2020

Jak przeżyć sesję i nie zwariować?

Nie jest to tak trudne, jakby się wydawało. Zdecydowanie twierdzę, że matura była gorsza. Pewnie twierdziłabym inaczej, gdybym nie zdała egzaminów.

Prawdą jest, że harówka przed i w trakcie sesji jest. I jest męcząca. Aż się boję pomyśleć, co będzie latem, gdy będziemy zdawać 4 egzaminy w sesji...

Wracając do sesji zimowej, stresowałyśmy się wszystkie, co do jednej. Część z dziewczyn miała plany na tydzień sesji poprawkowej, więc presja zaliczenia egzaminów była jeszcze większa. W ten, czy inny sposób, cała moja grupa zaliczyła tę sesję. Mnie udało się pozdawać wszystko w pierwszym terminie. W ten sposób miałam 2 tygodnie wolnego (tydzień ferii i tydzień poprawek). I skoro piszę, to nikt mi głowy nie urwał po powrocie do domu za niedzwonienie 😁.

Egzaminy jak egzaminy. Mikrobiologia i Parazytologia trudne (podobno poprawka jeszcze trudniejsza, ale komis do zdania), a pedagogika całkiem w porządku. Uważam, że obecność i słuchanie na wykładach dużo mi dało.
Ja zdawałam pedagogikę pisemnie, w trakcie sesji. Jednak ci, którzy woleli zdawać ją ustnie, mieli taką możliwość w tygodniu poprzedzającym sesję. Nie była to "zerówka", ale pierwszy termin w innej formie.

Nie przywiązujcie się za bardzo do pierwszych terminów egzaminów 😤. Oba nasze egzaminy zostały przesunięte o jeden dzień do przodu. Zgadnijcie, kto musiał przebookować bilet? Teraz już jestem pewna, że zniżki z pierwszego biletu niestety nie obowiązują na ten przebookowany.

Miałam jednak pisać o tym, jak nie zwariować w tym stresującym okresie.
 Najważniejsze jest to, by pozwolić sobie czasem odetchnąć, dać głowie odpocząć. I nie, przerwa na posiłek się nie liczy. Wyjdźcie na spacer, na siłownię, poćwiczcie w mieszkaniu. Ja codziennie (a gdy miałam jeszcze zajęcia to co kilka dni) poświęcałam około 30 minut na jogę lub moje ulubione rozciąganie i od razu czułam się lepiej, więc mogłam wracać do nauki.  Zmiana pozycji i rozruszanie ciała daje niesamowitą ulgę. Ile można siedzieć przy biurku, czy na łóżku? Wszystko sztywnieje. Wszystko.
 Wyjdźcie gdzieś ze znajomymi i pod żadnym pozorem nie rozmawiajcie o egzaminach. Niekoniecznie zarywajcie noc 😁, efekt może okazać się daleki od zamierzonego. Dla mnie, wyjście to nie było nawet planowane . Spontanicznie po zajęciach zdecydowałyśmy z koleżanką, żeby zjeść kolację na mieście. Wyrwałyśmy się z rutyny, co nam bardzo dobrze zrobiło.
  Mnie pomogło bardzo dużo wysypianie się. Miałam to szczęście, że miałam ostatnie 4 dni przed pierwszym egzaminem kompletnie wolne. Jestem bardziej aktywna i produktywna w nocy, więc siedziałam sobie do 12, czasami nawet dłużej, a następnego dnia pozwalałam sobie wstać bez budzika, nawet jeśli oznaczało to 11-12. Byłam wyspana, więc mój mózg przyjmował więcej informacji niż gdybym wstała o 8 i siedziała do 22 nad książkami. Dlatego ostatni, najbardziej intensywny etap nauki, był dużo bardziej efektywny niż dni, gdy miałam ciągle zajęcia na uczelni. Trzeba znaleźć swój sposób. Moja siostra woli się uczyć rano i pójść wcześnie spać. Ale ciągle śpi tyle godzin, by być wyspaną.
  Coś, z czego jestem bardzo dumna, to odstawienie seriali i filmów (niestety książek, które nie są podręcznikami też) na czas przygotowań do sesji. Wiem, że pisałam, by dać głowie odpocząć, ale wiadomo jak to jest. Zawsze jest jeszcze jeden odcinek, jeszcze jeden film, jeszcze jeden rozdział. Zawsze znajdziemy usprawiedliwienie, by pozostać przy tej przyjemności, a nie przy nauce. Dodatkowo, nie jestem pewna, czy wtedy faktycznie głowa odpoczywa. Skupiamy wzrok na literkach, obrazie, mózg ciągle pracuje podobnie tak, jak przy nauce.

Zawsze się śmiałam, gdy mówiło się, że student znajdzie każdą wymówkę, by się nie uczyć na sesję. Większość studentów wtedy intensywnie sprząta i pucuje swoje mieszkania.
Dalej się z tego powiedzenia śmieję. Tylko teraz wiem, że to prawda.
 Któregoś dnia otwarłam szafę i uznałam, że mam tam straszny bałagan i muszę go posprzątać. W połowie zorientowałam się, co robię. Decyzja o sprzątaniu była podjęta całkowicie podświadomie. Okna nie umyłam, choć było blisko. Mam je tak zastawione pudłami, że zrezygnowałam z tego pomysłu dosyć szybko. Ale fakt, że sam pomysł się pojawił, to prawda.
 Kiedyś w liceum, gdy czekał mnie jakiś sprawdzian, mama "złapała mnie" na czyszczeniu wszystkich moich pędzli do makijażu, a trochę ich mam. Użyłam wtedy dokładnie słów "Już dawno miałam to zrobić" i szorowałam dalej. Jedyne, co usłyszałam to to, że jestem gotowa, by być studentem, bo sprzątam i wmawiam sobie, że nie może to już dłużej czekać. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że ja taka nie będę, przecież to marnowanie czasu, a sesja jest superważna. Dlatego umyślnie nie wpisałam się na sprzątanie części wspólnych w tym czasie. I bardzo dobrze, bo sądząc po epizodzie z szafą, przyłożyłabym się do tego, jak jeszcze nigdy.


Podczas ferii stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał aż do rozpoczęcia drugiego roku. Ze względu na ilość studentek, które zrezygnowały w trakcie semestru, uczelnia postanowiła wyrównać ilość osób w grupach. Brzmi dosyć logicznie. Jednak było dla nas szokiem, gdy dowiedziałyśmy się, że ostatnie osoby z grup z większą ilością studentów zostaną przeniesione do tej z mniejszą ilością. W ten sposób "ukradli" mi koleżankę z grupy. I to akurat tę, z którą robiłyśmy sobie na wzajem iniekcje, mierzyłyśmy ciśnienie. I chociaż rozumiem wszystkie powody tej sytuacji, to i tak współczuję przeniesionym studentkom, ponieważ czują się, jakby zaczynały wszystko od nowa: nowi znajomi, nowi prowadzący (bo inna grupa, albo w ogóle nowy przedmiot).

I tak oto, w trochę zmienionym składzie, wypoczęte lub nie, 17 lutego zaczęłyśmy drugi semestr. Podobno ma być już tylko lepiej. Czy to prawda? To się okaże 😊