sobota, 21 grudnia 2019

Co czuje student przed dużym zaliczeniem?

Nic przyjemnego, tyle Wam powiem. W żołądku skręca, chce się spać 24/7, humor spada z każdym dniem zbliżającym nas do kolokwium/zaliczenia, a stres to nasze drugie imię.

Jak z tym walczyć?
Nie da się.
Niezależnie od tego, czy uczymy się już od miesiąca/dwóch/na bieżąco, czy usiedliśmy dopiero w zeszłym tygodniu lub później, stres jest równie duży. Jedynie nadzieje są inne.

Pisałam ostatnio kolokwium z anatomii (o 7:45!😫). Nie znam osoby, która nie bała się lub była całkowicie pewna swoich możliwości na tym przedmiocie. Nie oszukujmy się, zakres materiału jest ogromny. A prawdę mówiąc, nikt do końca nie wie, jaka jego część obowiązuje nas, prawie położne. Skąd my mamy wiedzieć, czy powinnyśmy się uczyć o guzkach na obojczyku, czy nie? (Chyba nie)
Podziwiam naszych prowadzących, bo wydają się wiedzieć wszystko. O cokolwiek byśmy nie zapytały, to dostajemy odpowiedź.
Anatomia jest ważna, to podstawowy przedmiot ogólnomedyczny. Lubię ćwiczenia z anatomii. Moim ulubionym elementem zajęć są ciekawostki i obalane mity (np. mówi się, że konkretne smaki odczuwa się na określonych częściach języka. "Bullshit", jak to ujął nasz prowadzący, wszystkie kubki smakowe są rozmieszczone na całej powierzchni języka). Ale nauka anatomii jest ciężka. Podobno bardzo dużo studentek nie zdaje w pierwszym terminie. Za to w drugim już tak. Na naszym roczniku 2/3 roku zdało 😄
Nasze zaliczenie wygląda w taki sposób, że na rzutniku wyświetla się pytanie dla grupy A i B, a my zaznaczamy odpowiedź na kartach. Nie wraca się do pytań. Nie wiesz ➙ strzelasz.
Rodzaje pytań to

  • zaznacz prawidłową
  • zaznacz błędną
  • zaznacz zestaw odpowiedzi
  • obrazki i pytania do nich

50 pytań, 50 minut. Dopóki zna się odpowiedź to dużo czasu. A jeżeli się nie zda? Poprawka jest tydzień później.

Zaliczenie z POPu było całkiem łatwe, ale to nie znaczy, że nie trzeba się na nie uczyć. Bez nauki się tego nie zda. Nie wiem jak innym, ale mnie po prostu przyjemnie się tego uczy. Pisałyśmy test (20 minut) w grupach półdziekańskich (12 osób).

Jeśli chcecie wiedzieć, to zdałam oba kolokwia, więc na szczęście nie muszę się martwić żadnymi poprawkami po świętach. Jedynie ogromną ilością kolejnych zaliczeń i zbliżającą się sesją 😶

sobota, 30 listopada 2019

Podróże małe i duże

Powroty do domu to dla mnie jedna z najbardziej uciążliwych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam być w rodzinnym domu, odpocząć, mieć podany obiad na talerzu bez obowiązku ugotowania go i pozmywania (zmywarko, tęsknię...). Jednak sama podróż jest męcząca. Jej planowanie też.

Zacznijmy od horrendalnej ceny biletu na pendolino. Pełna cena jest ciutkę poza moim budżetem. Dziękujemy wtedy za 51% zniżki studenckiej. Bilety są dodatkowo tańsze, gdy się je kupuje wcześniej. 30% 3 tygodnie  przed, 20% 2 tygodnie przed i 10 % tydzień przed odjazdem. Czasami zdarzają się nawet oferty SUPERPROMO z taką zniżką, że jak się na nią załapię, to chodzę dumna jak paw, bo zamiast 55zł (30%) wychodzi 28zł.
W moim wypadku ceny warunkują planowanie przejazdów miesiąc przed czasem. Oczywiście można przebookować bilet. Ale jeśli się nie mylę, to zniżki z pierwszej rezerwacji już nie obowiązują. I wtedy nowy bilet jest droższy.

Pierwszy raz zamawiałam bilet do domu, nie znając jeszcze mojego planu. I w razie czego zamówiłam bilet na sobotę, bo zajęcia mogłam mieć do nocy. Nie miałam. Więc popołudnie wolne, a w domu spędziłam zaledwie 24 godziny. Później już znałam plan, więc wracałam wcześniej w piątek. Znacząca różnica.
Raz przebookowywałam bilet, bo kilka dni po kupnie okazało się, że mamy godziny rektorskie i zdążę na wcześniejszy pociąg.
Powrót do domu na święta też już mam zaplanowany. Chodzę dumna, bo to ten bilet za 28zł. Tydzień po kupnie okazało się, że mogłabym wracać jednak w czwartek wieczorem, a nie w sobotę rano. Dokładnie 20.12 miałam zacząć zajęcia w Klinice Położnictwa i Perinatologii, a zajęcia miały trwać do 17:45. Ale nie wiedziałam, czy się nie przedłużą, co to są w ogóle za zajęcia, gdzie jest szatnia i czy ewentualnie obrócę do mieszkania, i na dworzec. Dlatego na spokojnie wzięłam bilet na sobotę. A tu BUM, prowadząca przesunęła zajęcia na styczeń!
Tym razem nie zmieniam biletu, bo zanim zdążyłam to zrobić, umówiłam się koleżanką na pakowanie prezentów i inne świąteczne atrakcje skoro mamy wolny piątek 😄

Ale wracając do pociągów.
Jeśli chodzi czas przejazdu, to zależy to od rodzaju pociągu. Pendolino do Bielska-Białej jedzie 3 godziny z hakiem. A taki zwykły pociąg 4-5 godzin. Zależy od trasy. Oczywiście cena jest duuuużo niższa, bo 30% zniżki daje mi 22zł za przejazd (a nie 55).

Ja jednak lubię jeździć Pendolino z innych względów niż czasowe. Pendolino ma tzw. "strefę ciszy". Nie można w takim wagonie rozmawiać, należy być cicho. Raz jechałam z Lolkiem (moja przyjaciółka od podstawówki, obecnie studentka finansów w Katowicach) do Warszawy i wracając trafiłyśmy na zgraję rozwrzeszczanych chłopaków w wieku średnio gimnazjalno-licealnym. Najcięższa podróż jaką miałyśmy. Od tego czasu, jak tylko dam radę, to wybieram strefę ciszy. Cudowny wagon. Plus w Pednolino dostaję mikroskopijny kubek herbaty/kawy lub butelkę wody 😂

A jakby wyglądało moje wracanie do domu, gdybym zdecydowała się na ŚUM? Pomęczyłam trochę ŚUMową i Lolka, by mi poopowiadały o kolejach śląskich.
Pierwsza różnica to czas. Każdym pociągiem podróż trwa około godziny. Ledwo jeden odcinek serialu bym oglądnęła 😂 Ja to mogę pół sezonu czasami 😁
Druga, to cena. No cóż, prawie 400km, a ledwo 100 to jednak jest różnica i zdaję sobie z tego sprawę. Ale i tak boli, gdy słyszę, że na bilet one wydają 6zł. SZEŚĆ. A ja, gdy się nie zorientuję zbyt szybko, płacę ponad 10 razy więcej.
Trzecia już jest bardziej pozytywna u mnie. Mianowicie, nie można kupić miejsca siedzącego. W ogóle nie można kupić konkretnego miejsca, nawet na konkretny pociąg. Kupuje się bilet, który jest ważny 6 godzin. To, do którego pociągu, wagonu wsiadasz i czy siedzisz, czy stoisz, już nikogo nie obchodzi. Łokcie w ruch i próbujesz wsiąść. I stoisz jak sardynka, bo tyle ludzi. Dziewczyny do tej pory za każdym razem wsiadły, ale znajoma ŚUMowej raz została na peronie. Wtedy moja możliwość kupna konkretnego miejsca jest luksusem (od niedawna można samemu wybrać na obrazku gdzie chcesz siedzieć. Nareszcie, bo rozstaw numerków jest co najmniej nielogiczny, więc można kupić dwa miejsca i mieć pewność, że są obok siebie). W Pendolino można tylko takie miejsca kupić. W zwykłym można mieć miejsca stojące. Ludzie wtedy stoją nad nami siedzącymi. Nic komfortowego, ale nie jest to jakoś bardzo uciążliwe. Przynajmniej dla siedzących.
Koleje śląskie też rzucają co jakiś czas promocjami. Przykładowo, w październiku jeden z biletów mógł być za złotówkę.
Zarówno w Kolejach Śląskich, jak i w zwykłym pociągu z Warszawy, można kupić bilet u konduktora. Tylko wtedy (z Warszawy) raczej się stoi :D

Przyznam się, że zawsze pociągi kojarzyły mi się z takimi gruchotami sprzed co najmniej 20lat, spóźniającymi się i z wyłącznie wagonami przedziałowymi.




 
https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,72739,24748347,koniec-ery-kibli-w-kolejach-slaskich-staje-sie-faktem.html
Oczekiwania vs rzeczywistość, pozytywnie :D




https://kurierkolejowy.eu/aktualnosci/20481/pkp-intercity-pokaze-w-krakowie-nowe-wagony.html

 Bardzo dużo osób mówiło jak to się koleje zmieniły, że są wygodne, szybkie i jak przyjemnie się jeździ. Teraz mi wstyd, że im nie wierzyłam. Serio. Obecnie pociągi to takie trochę naziemne samoloty. Cichutkie, całkiem wygodne (chyba, że się ma 1,60m i głowa nie do końca sięga do zagłówka...), z gniazdkiem elektrycznym i najczęściej są  to wagony bez przedziałów.

Co jest dla mnie baaardzo ważne, w pociągach choroba lokomocyjna nie istnieje. Bałam się straszliwie, że będę musiała brać tyle leków, że moje się zaraz skończą (Z polskich leków nic poza aviomarinem na mnie nie działa, a ten sprawia, że jestem marudna i śpię, więc go nie lubię. Używam leków z Hiszpanii albo ze Stanów). W pociągu bez leków mogę nawet czytać i nic mi nie jest. To zdecydowanie obecnie mój ulubiony środek transportu na dłuższe podróże. W sumie nie wiem, czy w samolocie też mogłabym podróżować bez leków. Zawsze je brałam na dojazd na lotnisko...

Podróży nie unikniemy, studiując w innym mieście. Ale po zdobyciu odrobiny doświadczenia, znamy już kilka trików na kupowanie biletów, wsiadanie i samą jazdę. Porównując minusy i plusy moich powrotów do domu, dalej twierdzę, że pociągi są świetne i zdecydowanie wolę je od autokarów.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Półtora miesiąca za mną!

Czas leci bardzo szybko. Mam wrażenie, że dopiero wczoraj szłam zestresowana na Adapciaka, a już mam skończone dwa seminaria i ćwiczenia;. pedagogikę, podstawy pielęgniarstwa i biofizykę. Aż dziwnie będzie kończyć w środę i czwartek o 13. A seminaria z technik kończą się już w tym tygodniu (piątek będzie do 10:15!)

Ten weekend jest moim drugim luźnym weekendem. Bez wyrzutów sumienia mogłam pooglądać serial :D I spać do południa. Nawet wyszłam z koleżanką na miasto 😁
Jedynie musiałam zrobić e-learning z POPu o laktacji, ale to całkiem przyjemne, bo to POP :D

Lubię e-learningi z POPu. Dostajemy konspekt, który uzupełniamy w trakcie słuchania, więc notatki od razu są gotowe. Szukając informacji na zadanie zaliczeniowe do laktacji (o BLW, metodzie urozmaicania diety noworodka) czułam się jak przyszła mama, takie studia :D
Dodatkowym plusem e-learningów jest to, że można je robić gdzie się chce, kiedy się chce i w jakiej pozycji się chce. Ostatnio się rozciągałam i przez to, że dużo pisania złapało mnie w pozycji sznura to baaardzo czułam pachwiny następnego dnia. Brakowało mi tego, muszę częściej wyciągać tę matę 😐

Wracając...
Jednak moim ulubionym przedmiotem są techniki położnicze i prowadzenie porodu. Ćwiczenia przede wszystkim. Tam się uczymy dokładnie tego, co będzie nam w przyszłości potrzebne. Na jednych z pierwszych zajęć mierzyłyśmy miednicę, byłam pierwszą z grupy, która mierzyła (Warto się zgłaszać, bo tylko ja zdążyłam, reszta robiła to na którchyś z kolei ćwiczeniach). Dla większości jest to przedmiot, na który uczymy się bardzo łatwo i szybko, jakbyśmy tylko powtarzały materiał.

Najtrudniejszy przedmiot? Biofizyka. Bardzo trudno ją zrozumieć. Ale zdałam 😂

Najcięższy przedmiot? PP, bez dwóch zdań. Byłyśmy pytane prawie całe 2h15min., same musiałyśmy opracować zagadnienia i naprawdę trzeba było umieć i rozumieć temat. Zajęcia kończyły się egzaminem na zaliczenie. My miałyśmy pół na pół, otwarte i zamknięte, ale był do napisania. Tym bardziej, że jak się kuło co tydzień, to wiele zostaje w głowie. Więc w sumie wyszło nam to kucie na dobre :D

Co do wykładów, to wiele zależy od prowadzącego. Mogą być takie cudowne jak POP z naszą ginekolog, lub wręcz odwrotnie. Ja na wykłady chodzę. Dwa razy zasnęłam, przyznaję się. Dwa razy robiłam krzyżówki (Znak rozpoznawczy mojej grupy seminaryjnej😂) i  raz sudoku. Próbowałam słuchać, naprawdę, ale mój organizm odmawiał posłuszeństwa. Nie jestem do końca pewna, czy wykłady są obowiązkowe, ponieważ na anatomii usłyszeliśmy, że nie, ale kiedy indziej, że tak. W każdym razie, na niektórych wykładach leci lista, szczególnie, gdy jest nas mało.

Powoli zbliżają nam się kolejne zaliczenia; angielski (ustnie i pisemnie), anatomia i POP. No i kolokwia z technik i  mikrobiologii. Dlatego wszystkie jesteśmy bardzo wdzięczne za chwilę luźniejszą :D

poniedziałek, 28 października 2019

Potrzebuję dłuższej doby

Tia. Zaczął się pierwszy semestr. Podobno najcięższy. Nie tylko dlatego, że studia to zupełnie inny system nauki, inne traktowanie studentów niż uczniów, ale dlatego, że po prostu jest najbardziej uciążliwy pod względem rozkładu zajęć.

Wyczytałam gdzieś, że na studiach położniczych siedzi się na uczelni od rana do nocy. Stwierdziłam, że to niemożliwe. No bo niby jak?! Już wam mówię jak. Zaczynasz zajęcia o 7:30, potem masz dwie godziny wolnego (bo te zajęcia już się skończyły), potem kolejne zajęcia i kolejne 2 godziny wolnego (od grudnia zajęcia), na koniec zajęcia do 18:30. BUM! Jestem w domu po 19, a wyszłam o 7:00! Także ten... to możliwe. Oczywiście nie każdy dzień tak wygląda, to był przykładowo mój wtorek. A w poniedziałki mam na 10:30, potem masę wolnego i dwa wykłady 16-21. Tak, do 21:00.

Ilość zajęć wcale nie jest najgorsza. Te przerwy są.  Co innego mieć zajęcia ciurkiem od 8 do 15,a co innego mieć takie dzikie dziury. Na początku sądziłam, że będę się w trakcie tych przerw uczyć. Ale powrót do mieszkania jest czasowo nieopłacalny (kooorki), a przerwy mam w godzinach, by coś zjeść, albo w takich miejscach, że nie ma gdzie się uczyć. A jak już was jest więcej, to zapomnijcie o uczeniu się. Będziecie rozmawiać. Chyba, że razem coś powtarzacie (co nam się do tej pory nie zdarzyło). Aczkolwiek ciężko rozmawiać np. o odleżynach w kawiarni.

Tak więc wracam do domu zmęczona po całym dniu i porannym wstawaniu, a tu jeszcze muszę coś zjeść, pouczyć na kolejne dni i ogarniać na bieżąco materiały z wykładów. I ciągle wisi nade mną widmo e-learningów z biochemii.

Ale poza tym, to jestem bardzo zadowolona z tego, jakie studia wybrałam. Zajęcia (kierunkowe przede wszystkim) są niesamowicie ciekawe i powiedziałabym, że się ich uczy nawet przyjemnie. Wiadomo, istnieje biofizyka (ZALICZYŁAM!), anatomia, mikrobiologia, czy biochemia, które... są. I jak dobrze się o nich słucha, tak uczenie się ich spędza mi sen z powiek. Bo jeżeli nie zdawałaś biologii na maturze przez bakterie i pasożyty, a masz mieć z nich egzamin na sesji  i kolokwia na zajęciach, to pozostaje jedynie ciężka harówa i silne samozaparcie (które, de facto, bardzo by mi się teraz przydało).

Ale wiecie; co nas nie zabije to nas wzmocni. Zakasamy rękawy i do pracy!

czwartek, 3 października 2019

Nareszcie informacje!

Nareszcie, to ja piszę post.
Tyle było zamieszania z przeprowadzką, że nie miałam kiedy siąść na spokojnie do laptopa.

Jak dobrze wiecie, dziekanat trzymał nas w niepewności baaardzo długo. Któregoś pięknego dnia, w okolicach 20 września, dostaliśmy plan zajęć i wykładów! Jej! Krok pierwszy. Jednak co mi po planie, skoro nie wiem do jakiej grupy należę 😬. No nic, posprawdzałam jakie mam zajęcia, kiedy się zaczynają i kończą oraz gdzie się odbywają (nie było warto się przywiązywać, wkradł się błąd i okazało się, że wcale nie mamy tyle zajęć na kampusie Banacha, ponieważ w drugim semestrze zeszłego roku Zakład Dydaktyki Ginekologiczno-Położniczej przeniósł się na Litewską, ok. 20 minut autobusem od WUM). A potem znowu czekałam, nałogowo odświeżając pocztę.

23 września, 12:41
Chwila nadeszła, dostaliśmy informację od pani z dziekanatu (dygresja: nasza jest całkiem miła, przynajmniej na razie). Przesłała nam podział na grupy, informację odnośnie legitymacji i zaświadczeń lekarskich (WZW i nosicielstwo dostarczyć dopiero, gdy ona powie). Otwieram plik z grupami iiiii...
Nic.
Widzę numery albumów, ale żadnych nazwisk. Grupy są alfabetyczne, i nawet dobrze wytypowałam, że będę w 3. Jednak nie byłam tego pewna, a dodatkowo podział jest bardziej skomplikowany. Wróciłam do maila. Aby dowiedzieć się jaki mamy numer albumu trzeba było zadzwonić lub wysłać maila. Ja dzwonić nie lubię, a do obcych to już szczególnie. Napisałam więc maila. I jak dobrze, że to zrobiłam. Koleżanka z grupy dodzwoniła się dopiero dwa dni później, a ja informację miałam do 30 minut od wysłania maila.

Jak wygląda podział na grupy? Możliwe, że pomylę nazwy, ale:

  • Grupy o pełnych numerach, np. 3 to grupy dziekańskie/seminaryjne. Są to 24-osobowe grupy. Jak nazwa wskazuje, mamy wspólnie seminaria np. z Podstaw Opieki Położniczej, czy neonatologii oraz angielski

  • Grupy z literką a lub b, np. 3b to grupy półdziekańskie/półseminaryjne. 12-osobowe. W takiej grupie mamy ćwiczenia z biofizyki i anatomii

  • Grupy z literką c lub d lub e, np. 3e to grupy /nie pamiętam nazwy, ale chyba ⇒/ ćwiczeniowe. Grupy 8-osobowe. W takim składzie mamy pozostałe ćwiczenia, np. z POP, PP, neonatologii

Na wykłady chodzimy wszyscy jednocześnie, cały rok. Są jednak takie zajęcia jak genetyka, mikrobiologia i parazytologia, które zaczynają się jako wykład, a po jakimś czasie zmieniają się w ćwiczenia. I one są dla całego roku jednocześnie. Na planie to wygląda co najmniej dziko i dezorientująco, ale jak się pomyśli troszkę i porówna z plikiem wykładów, to jest to do ogarnięcia.
O planie zajęć chyba wypadałoby napisać osobny post.

Razem z numerem albumu dostaliśmy dostęp do wirtualnego dziekanatu. Przy pierwszym logowaniu numer albumu to login, a pesel to hasło. Następnie trzeba kliknąć "przypomnij/aktywuj hasło". Wtedy na waszego maila przychodzi link aktywacyjny.
Znajdziecie też tam numer rachunku  (dane studenta➝finanse⇝rachunek "dokumenty"), na który wpłacić należy opłatę legitymacyjną (w 2019 22zł). Z dowodem wpłaty zgłaszacie się na początku października w dziekanacie po legitymację i podpisanie ślubowania. Legitymacja oprócz zniżek na bilety daje również dostęp do szatni. Inaczej czekacie, jak my, aż ktoś się nad wami zlituje i ją otworzy 😁

Jak już wiedzieliśmy do której grupy seminaryjnej należymy, powstały grupy facebookowe, dzięki którym m.in. odnalazłyśmy się na adapciaku (w ogóle, dostaliśmy tam opaski, dzięki którym rozpoznawanie osób z położnictwa szło lepiej i cudowne kalendarze)





 Kolejną porcję (ogromną!) informacji dostałam na dniu adaptacyjnym, a konkretnie na spotkaniu kierunkowym.
Co ważniejszego zapamiętałam:
Mundurki (przez siostrę i serial ciągle ciśnie mi się na usta słowo scrubsy) musimy mieć takie same (biała góra, jednokolorowy dół, np. bordowy, oraz białe buty, takie croxy/buty medyczne, coś w tym guście) i najlepiej zamawiać ubrania razem całym rokiem.
Paznokcie mają być maksymalnie krótkie (niewystające za opuszek) i zupełnie czyste. To jest wymóg sanepidu, a nie wymysł uczelni.
Książki i skrypty polecać nam będą na zajęciach.
Istnieje takie coś jak ibuk libra, gdzie mamy dostęp do książek online, w bibliotece również są.
Każdy student WUM ma darmowy dostęp do Office'a. Word, Exel, te sprawy.
Wytłumaczyli nam jak czytać nasz plan.
Odpowiednie materiały wyślą nam na dysk (zakłada się maila rocznika).
Mamy nie kupować notatek, bo to rozbój w biały dzień, wszystko dostaniemy na dysk.
Wf jest dopiero w  trakcie drugiego roku.
Do szpitala wchodzimy po majówce, jeżeli ładnie pozaliczamy w kwietniu odpowiednie rzeczy.
I generalnie opowiedzieli troszkę o studiach.

I na razie to chyba tyle informacji 😊

PS Inauguracja jest nudna i nie trzeba na nią iść. Ale chór śpiewa bardzo ładnie 💖 Wiedzieliście, że nasza uczelnia ma hymn?

niedziela, 29 września 2019

Pakowanie czas zacząć!

Łatwo napisać, trudniej zrobić.

Moja 6,5-metrowa dziupla (nie, nie pokój, jest za mały na to określenie) jest tak maleńka, że aż się boję, że moje wszystkie rzeczy się nie zmieszczą. Bo w końcu  ile zmieści się na regale, w średniej szafie i w łóżku?

Na razie tylko widzę piętrzące się w moim pokoju sprzęty i akcesoria. Jeszcze pół roku temu nie byłam świadoma ile drobnych, niepozornych rzeczy używamy na co dzień. Sitka, noże, trzepaczki, obieraczki, deski do krojenia, miski, szmatki... To tylko kilka z rzeczy z mojej listy. Tworzyliśmy ją dobre dwa miesiące. Robiłam omlet? O, trzepaczka mi się przyda w Warszawie. Nalewałam herbatę (piję taką w liściach, nie z torebek)? Przyda mi się siteczko albo czajnik do parzenia (i nie przepuszczania listków). W ten sposób nazbierało się tego trochę. A wizyta w kochanej Ikei ciągle mnie jeszcze czeka.

Jestem jedną z tych dziewczyn, co ma mnóstwo ubrań (względnie...), ale ciągle nie ma się w co ubrać 😐 Moje pakowanie to będzie jedna wielka selekcja. Ciuchy "wyjściowe", "po domu", "zwykłe". Co wziąć, co zostawić :O Jako iż mam małą szafę, to zamierzam sobie kupić takie "pokrowce", w które pochowam np. zimą ubrania letnie. A pokrowiec siup! do łóżka. To ile rzeczy postanowiłam schować w łóżku zaczyna powoli przerastać możliwości tego biednego mebla...

*kilka dni później-czwartek rano*

Spakowałam się. O Boże, ile ja mam rzeczy. 3 walizki, kilka reklamówek i milion pudeł. Pudła to naprawdę cudowna sprawa. A na walizkach trzeba było usiąść, by je zapiąć...
Ja jadę wcześniej niż mój dobytek, bo już w czwartek (W piątek jest Dzień Adaptacyjny!), a rodzice dowożą pozostałe rzeczy w sobotę. Powodzenia w pakowaniu samochodu.



I to nie wszystko. O jedzeniu nie wspominając...
Zajęło połowę pokoju, który ma 12m^2...
*niedziela*

Ostatnie dwa dni były jednocześnie ekscytujące i przerażające. Ale chyba przeważa część "ekscytujące" 😁
Wniesienie tego wszystkiego na 4 piętro to jedno. Pochowałam ubrania (TA SZAFA TO ZMIEŚCIŁA) i trochę sprzętów do łóżka oraz załadowałam swoją półkę w lodówce, zamrażarce oraz tę na buty. Nie, żeby po tym dało się zrobić w dziupli większy krok niż wcześniej. Decyzja podjęta: Jedziemy do IKEI. (Dla tak samo ogarniętych jak my: Nie trzeba jechać do Ikei aż do Janek, jest również mniejsza w Blue City.) Nakupiliśmy mnóstwo pudełek, wieszaki na drzwi (cudo! Tym bardziej jak nie ma wieszaka na kurtki w korytarzu) i pozostałe akcesoria. Wieczór spędziliśmy w teatrze i u mojej cioci, więc pokój, do którego wróciłam na noc był tak zagracony, że to cud, iż ja się o nic nie potknęłam. Dzisiaj pojechaliśmy na zakupy spożywcze, bo przecież moje półki na jedzenie wcale nie są pełne. (Przy okazji kupiłam sobie cienki szlafrok, w którym będę przemykać do łazienki. Jak ktoś ma taką maleńką łazienkę, że ściągając jeansy nabija sobie siniaka na piszczeli, to jest to dosyć praktyczne rozwiązanie...). Nadszedł czas na chowanie mojego dobytku do pudełek, łóżka, biurka, na szafę, do regału... No w sumie to tyle. Aczkolwiek zeszło na to ze dwie godziny. I powiem wam, że moja dziupla nagle:
a) wygląda ładnie (personalizacja! Weźcie ze sobą coś swojego. Choćby kwiatek i figurkę jak ja)
b) optycznie się powiększyła (znacie to powiedzenie o wstawianiu i wystawianiu kozy z pomieszczenia? Także ten.. działa)

Kolejna wizyta u cioci przed wyjazdem rodziców z Warszawy zakończyła się dodatkową wałówką. Student zawsze przyjmie. Zawsze. Pytanie brzmiało, czy lodówka studenta przyjmie. Przyjęła. Ledwo, ale przyjęła. Uf, uf...

A teraz...no cóż, witaj studenckie życie! I słyszalne w nocy startujące/lądujące samoloty 😲

środa, 11 września 2019

Co dalej, czyli błędy pierwszaczka :D

Przy ostatnim wpisie o mnie pomyślałam sobie, że następny dodam jak będę już wiedziała co i jak, co mam mieć, jak się tego dowiedzieć etc. No cóż, trochę mi to zajęło i, jak to ze mną bywa, musiało być pod górkę.

Od momentu zawiezienia dokumentów w lipcu wiedziałam, że muszę wykonać badania u lekarza medycyny pracy, dowieźć je dokładnie 29 sierpnia i podpisać kolejne dokumenty (każdy kierunek WNoZ miał wyznaczony konkretny dzień).

Co mnie miło zaskoczyło, to podejście pani doktor na wizycie. Wiecie jak mówi się, że lekarski światek traktuje siebie nawzajem inaczej? To jest bardzo często prawda, moja siostra już tego doświadcza, a ciągle jest studentką. Nie sądziłam, że nas, położne i przyszłe położne (i cały nielekarski personel)  też to dotyczy. Na pewno w mniejszym stopniu, ale jednak. Do lekarza medycyny pracy udałam się w moim mieście do nowego centrum medycznego, choć wiedziałam, że są miejsca, gdzie uczelnia ma umowę podpisaną (wykaz na stronie). Podałam karteczkę ze skierowaniem z uniwersytetu, lekarka pogratulowała mi, zapytała, dlaczego nie ŚUM, czy położnictwo to był mój pierwszy wybór (TAK!), czy strzelałam w medycynę, ale nie wyszło, zadała te wszystkie pytania do badania i uraczyła mnie bardzo miłą rozmową o dojazdach na studia, opowiedziała jakie triki stosowały jej dzieci, gdzie studiowały i powspominała swoje czasy studenckie. Po wszystkim odprowadziła mnie do drzwi gabinetu i życzyła powodzenia. Innych pacjentów nie odprowadzała. Półtora roku wcześniej poszłam (gdzie indziej) na podobne badanie potrzebne na prawo jazdy. Wtedy było to takie urzędowe, szybko, okay, w porządku, następny. Dlatego tak pozytywnie mnie zaskoczyło tym razem. Pewnie na moje odczucia złożyło się kilka czynników, ale jakoś tak mi fajnie się to wspomina.

29 sierpnia grzecznie wsiadłam w pociąg przed 8, a po trzech godzinach w Pendolino wysiadłam w Warszawie. Godziny przyjęć studentów zaczynały się o 10:00. Po incydencie z lipca spodziewałam się czegoś podobnego, a przecież półtora godziny już minęło. Widziałam kilka godzin czekania. Wchodzę do budynku, kilka osób wsiada ze mną do windy, ale na 5 piętrze wysiadam tylko ja. Wychodzę, a tam pod pokojem dosłownie kilka osób, może 4-5. Dokumenty do popisania to coś w stylu "Zgadzam się i zobowiązuję się przestrzegać regulaminu i dokumentów z poniższego wykazu".
Chyba chodziło bardziej o to, byśmy wszyscy oddali zaświadczenie od lekarza medycyny pracy tego samego dnia. Spędziłam w dziekanacie maksymalnie 3 minuty. Łał.

Liczyłam do tej pory na jakiekolwiek informacje z WUMu. Ciiiiisza
Zaczęłam się martwić, że z tych nerwów coś źle podałam.

Zaraz po wynikach dołączyłam na Facebooku do grupy rocznika i kierunku (Utworzone w marcu). Liczyłam też na informacje od starszych roczników. Liczyłam...
Ktoś na grupie rocznika zapytał o zapisywanie się do grup, jak to wygląda. Ktoś odpisał, że "pewnie powiedzą na spotkaniu 28.09". Ja zawał na miejscu. Jakie spotkanie, gdzie, kiedy, skąd to wiedzą?
Rozpaczliwie zasypałam siostrę pytaniami. Zaproponowała poszukanie czegoś o IFMSA w Warszawie. Grzebałam tam trochę, wygrzebałam facebookową stronę WNoZ, a przez nią... UWAGA, UWAGA... grupy kierunków! Chyba bardziej oficjalne, stworzone przez samorząd WNoZ 12 lipca (wyniki). Aczkolwiek, żeby nie było zbyt prosto, tam też niczego nie znalazłam.

W międzyczasie odkryłam jeszcze, że istnieje takie coś jak Dzień Adaptacyjny (to to spotkanie z początku akapitu), dla nas 27.09 (Miałam przyjechać dopiero 28, ale no cóż, Adapciak wzywa, mój dobytek dojedzie później niż ja). Tam prawdopodobnie dostaniemy jakieś podstawowe informacje.

Ale dla mnie to nie było wystarczające. ŚUMowa już tyle wiedziała, a ja nic. Stwierdziłam, że będę tą odważną i napisałam posta pytając o jakiekolwiek informacje. Odzew jaki dostałam był naprawdę niezły. W pierwszej minucie 12 polubień i kilkanaście komentarzy, również takie, że taki post był potrzebny i że inni też nic nie wiedzą i się martwią (uf, uf). Na takich grupach są też starsze roczniki, które w dużym skrócie powiedziały nam, że mamy się nie denerwować, wszystko się w pierwszym tygodniu/miesiącu wyjaśni, nic wcześniej nie musimy mieć, i że cisza ze strony WUMu to normalne. I pod koniec września to się zmieni. Uspokoili mnie tym niesamowicie. A ja przez posta poczułam się jak mały bohater :D

Stąd apel: Kto pyta, nie błądzi, a grup szukajcie przez facebookowe strony wydziałów :D

sobota, 7 września 2019

ŚUMowe początki

Nie, nie pomyliłam się. ŚUMowe. Jedna z moich najlepszych przyjaciółek, tak jak ja, wybrała położnictwo. Wybrała jednak Śląski Uniwersytet Medyczny.

Podczas rekrutacji 2019 brano pod uwagę dwa przedmioty:
  • j.polski, pisemny, p. podstawowy LUB j. obcy nowożytni, ustny
  • dowolny przedmiot, dowolny poziom 
Nie można jednak wybrać jednocześnie tego samego języka w obu grupach (np. angielskiego)
Poziom rozszerzony jest liczony z przelicznikiem 1.5 (dlatego wpisuje się np. 150 punktów z podstawowego egzaminu)
Generalnie strona jest bardzo przejrzysta i wszystko jest do doczytania :D Daty, wszystko.
Moja historia z ŚUMem kończy się 12 lipca (wyniki ŚUMu i WUMu), ale podpytałam moją ŚUMową przyjaciółkę o jej początki. Jedynie przyszedł do mnie jeszcze list informujący mnie o tym, że skoro nie dostarczyłam dokumentów, to zostaję skreślona z listy kandydatów.

Dokumenty (oraz opis teczki), które należy zawieźć, są wypisane na stronie rekrutacji (po zalogowaniu). ŚUMowa spędziła na uczelni około 30 minut. Podbijają tam również skierowanie do lekarza medycyny pracy.

Na facebooku znalazła grupę dla położnictwa 2019 (stworzoną przez rocznik wyżej), przez tę grupę utworzono również czat grupowy.
Starszy rocznik dał im tam znać co muszą posiadać (bluza medyczna i spodnie/spódnica medyczne, buty medyczne, czepek, fartuch lekarski i prosektoryjny  (wszystko BIAŁE), zegarek pielęgniarski i identyfikatory) Ubrania będą zamawiać grupowo później, ale na razie muszą posiadać własny zestaw.

Któraś ze studentek jest w kontakcie z dziekanatem i przesłała reszcie grupy wiadomość, że mogą wybrać z kim chcą być w grupie i w miarę możliwości będzie to brane pod uwagę

Początkiem września musieli zawieść potwierdzenie wpłaty za legitymację. ŚUMowa wykazała się nadgorliwością (bądź niewiedzą odnośnie godzin pracy dziekanatu :D, wybierzcie sami) i była na miejscu prawie godzinę przed czasem. Czy ta nieświadoma decyzja była zła? Nie powiedziałabym. Kolejka urosła na dwa piętra po schodach. Serio.

Teraz ŚUMowe pierwszaczki czeka szkolenie biblioteczne dla chętnych i najprawdopodobniej witajcie studia!

Jeśli chodzi o mieszkanie, to najlepiej szukać na Ligocie, blisko ŚUMu, bo zajęcia odbywają się przede wszystkim właśnie tam. Jest jednak opcja, że zajęcia będą na Ochojcu albo w Zabrzu. (Nie to, co nasz szalony WUM, od początku dwa kampusy, tysiąc lokalizacji :D)

czwartek, 15 sierpnia 2019

Nie będę mieszkać w kartonie!

Nie, żebym kiedykolwiek zakładała, że będę 😁

Aczkolwiek szukanie mieszkania to była prawdziwa droga przez męki.
Słowem wstępu, do Warszawy pociągiem mam prawie 5 godzin (Pendolino jedzie 3, ale kosztuje ponad dwa razy więcej - syndrom biednego studenta → jadę dłużej). Autem też około 4,5h.
Wiedziałam, że mieszkania będą uciekać w zawrotnym tempie, dlatego szukać zaczęłam prawie od razu po dowiezieniu dokumentów.
Od razu pojawiły się pytania: gdzie? z kim? akademik, czy mieszkanie? ilu współlokatorów?
Jedyne co wiedziałam, to to, że chcę być sama w pokoju i chcę mieć łóżko, a nie kanapę.
Sprawdziłam akademiki i gdzieś przeczytałam, że dostanie jedynki (szczególnie dla pierwszaka) graniczy z cudem. Znalazłam też prywatny akademik (Student Depot) i w jego wyglądzie się zakochałam. W cenie i lokalizacji już zdecydowanie nie.
Zapadła więc decyzja → szukamy mieszkania.
Gdzie? Okolice WUMu lub centrum (plany zajęć roczników wyżej są pomocne). Dalej mi się wydaje, że centrum jest chyba lepsze (przyszłe lata + komunikacja miejska wszędzie). Choć podstawa to połączenie komunikacją między kampusami i innymi miejscami zajęć.
Z kim? Tu się zaczyna cała historia. Żadna moja koleżanka, z którą mogłabym zamieszkać nie poszła do Warszawy (Katowice i Kraków są zdecydowanie bliżej i głównie tam się rozeszli moi znajomi). Kawalerka by mi odpowiadała, ale moi rodzice chcieli, bym jednak sama nie mieszkała ("Nie znasz nikogo na początku, to chociaż w mieszkaniu się do kogoś odezwiesz"). W takim razie strzelamy w ciemno, napisałam na stronie odnośnie wynajmu mieszkań na facebooku post o tym, że szukam współlokatorki . Odzew był szybki i dosłownie mnie zasypało odpowiedziami. Dygresja: Napisała do mnie dziewczyna zaczynająca lek. Jak się dowiedziała, że moje "zaczynam studia na WUM", oznacza położnictwo, a nie lek, czy lek-dent to mi podziękowała. Serio, tylko dlatego, że studiuję coś innego O.o
W każdym razie wybrałam sobie jedną dziewczynę, w moim wieku, z innego kierunku. Umówiłyśmy się, że szukamy razem. I szukałyśmy. Raz jednej coś nie pasowało, raz drugiej, innym razem było już nieaktualne. Jednocześnie w mojej rodzinie zbliżało się większe wydarzenie i fizycznie nie mogliśmy poświęcić tylu godzin, by podjechać do stolicy, by mieszkanie oglądnąć. Faktem jest, że zrzuciłam to trochę na nią (miała dużo, dużo bliżej). Wydarzenie (początek sierpnia) się skończyło i w pełni sił i zaangażowania wróciłam do przeglądania ofert, które zaczęły znikać w zastraszającym tempie. W międzyczasie moja prawie-współlokatorka zdecydowała się zostać w jednym mieszkaniu (W sypialni była wielka szafa i łóżko, nic więcej. Ja się w salonie nie potrafię uczyć). Zostałam sama, mieszkań coraz mniej, ceny coraz wyższe (kawalerki były już zdecydowanie poza moim zasięgiem), załamanie coraz bliżej, a tu się jeszcze wczasy zbliżają. Na pocieszenie, istnieje ogrom mieszkań w których jest multum ludzi, każdy w swoim maleńkim pokoju (w którym jest wszystko, co potrzebne), w całkiem przystępnej cenie.  Ja własnie w takim będę mieszkać :D "akademik klasy średniej" jak się śmieją moi rodzice.  Ale przynajmniej jest bardzo nowocześnie i ładnie urządzone to mieszkanie :D
Czy lokalizacja w okolicy WUMu to była właściwa decyzja, to się okaże. W przyszłym roku będę się pewnie próbować przenieść do centrum :D Ale zobaczymy.

A teraz oddam się leniuchowaniu nad naszym morzem i objadaniem się goframi, a po powrocie będę szukać kolejnych potrzebnych informacji :D

środa, 7 sierpnia 2019

Jestem studentką!

Ta myśl ciągle jeszcze do mnie na dobre nie dotarła.
I raczej nie dotrze aż do momentu przeprowadzki do Warszawy i pierwszych zajęć na uczelni.

Kilka słów o mnie, tak na początek.
Pochodzę z południa Polski i do szkoły chodziłam w moim rodzinnym mieście. Tam też wpadłam na szalony pomysł wybrania profilu biol-chem-mat w liceum. Te 3 lata owocowały w gorsze i lepsze chwile, ale ostatecznie wszystko pięknie pozdawałam i przyszedł czas na maturę. Zdawałam rozszerzoną matematykę i angielski. Nie zdawałam ani biologii, ani chemii. Biologii po tych wszystkich roślinach i protistach najzwyczajniej w świecie się (niepotrzebnie) wystraszyłam. O chemii lepiej nie wspominać, bo tej bym na maturze po prostu nie zdała. Jak ja wyciągnęłam ocenę na 3 to dalej nie wiem.
Maturę zdałam i to całkiem nieźle. Mój rocznik miał niesamowicie prostą rozszerzoną matematykę i to mnie trochę uratowało. Ale na poważnie, nie taki diabeł straszny jakim go malują 😏.

Przez większość maturalnej klasy zamierzałam iść na pedagogikę przedszkolną. Samoistnie w okolicach lutego mi przeszło. Spotkałam wtedy moją znajomą stewardessę i przez długi czas chciałam iść w jej ślady. Prawie złożyłam papiery na obcą filologię, gdy po raz kolejny mi przeszło. Tak więc był maj, a ja bez pomysłu co chcę robić w życiu. Gdzieś z tyłu głowy miałam to, że zawsze chciałam biegać w odzieży medycznej. Jako dzieci często bawiłyśmy się z siostrą w szpital (ona teraz studiuje medycynę 😁 ), oglądałam medyczne seriale. Któregoś dnia mama z siostrą zapytały mnie, co sądzę o położnictwie. Byłam jeszcze na etapie stewardessy, więc odrzuciłam pomysł. Powtórzyły pytanie w maju. Wtedy przemyślałam sprawę ma poważnie i koniec końców uznałam ten zawód za magiczny i wdzięczny. Siostra mnie utwierdziła w moim przekonaniu (akurat miała zajęcia na ginekologii, porodówce).

Brak zdawanej biologii na wstępie odrzucił mi kilka uczelni. Została mi właśnie Warszawa, Katowice, Białystok, Bydgoszcz i chyba Poznań. Papiery złożyłam na pierwsze trzy uczelnie.
WUM wymagał w 2019 podstawowy polski, ustny obcy (zaznaczyć podstawę i wpisać wynik z ustnego!) i coś dodatkowego rozszerzonego. Kilka dodatkowych przedmiotów było liczone x1.4. Matematyka nie 😑

12 lipca to dla mnie bardzo ważna data. Ogłoszenie wyników ŚUMu i WUMu. Warszawa była pierwsza i zdecydowanie bardziej wyczekana. Dostałam się z pierwszych list. To był szok. Obstawiałam drugą listę. Kilka dni później grzecznie zawiozłam dokumenty (dowód, świadectwo maturalne i jego domowa kserokopia, reszta była do uzupełnienia na miejscu, opis teczki również). Spędziłam tam 3 godziny. Myślałam, że wykorkuję. Ale wszystko ładnie poszło i oficjalnie zostałam studentką położnictwa Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Czyli najprostsze za mną 😂